Określenie „last minute” w tym sezonie wakacyjnym straciło swoje znaczenie. W niektórych biurach podróży najbliższe terminy wycieczek „na ostatnią chwilę” to druga połowa sierpnia, a dla popularnych kierunków nawet daleki wrzesień. O ile w ubiegłych latach nie było z tym problemu, to obecnie znalezienie oferty z wylotem za kilka dni graniczy z cudem. A jeżeli już się taka okazja trafi, to musimy być przygotowani na pewne niedogodności – np. gorszy hotel, wylot z Łodzi, ale przylot do Poznania bądź odwrotnie, albo zaskakująco wysoką – jak na ofertę last minute – cenę.

Odpoczynek w październiku

Te dobre wiadomości dla biur podróży i gorsze dla samych turystów to efekt chmur wiszących nad Polską niemal od początku stycznia. Jak wynika z naszych rozmów z przedstawicielami pensjonatów i hoteli nad Bałtykiem i na Mazurach, część gości, którzy zarezerwowali pobyt u nich już wiosną, przez aurę po prostu zrezygnowała i w ogóle nie przyjechała. Zamiast tego ruszyli do biur podróży, a z nimi nad basen Morza Śródziemnego.

– Dotychczas sprzedaliśmy już ponad 80 proc. wycieczek przygotowanych na sezon letni i przewidujemy, że w ciągu najbliższych 2 – 3 tygodni wyprzedamy całą resztę, łącznie z wyjazdami na październik – tłumaczy Jacek Parysek, kierownik działu współpracy agencyjnej w Grecos Holiday. Z tym biurem podróży wyleci w te wakacje za granicę łącznie 45 tys. Polaków.

Na brak chętnych nie narzekają też inni touroperatorzy. W Neckermannie od początku lipca wycieczki last minute cieszą się o kilkadziesiąt procent większym zainteresowaniem w porównaniu z rokiem ubiegłym. Podobnie jest w TUI, gdzie najwcześniejszym terminem wylotu dla większości wycieczek jest połowa sierpnia. – Popyt wyraźnie wzrósł. Mamy już około 500 rezerwacji dziennie, bez względu na to, czy jest to poniedziałek, czy sobota – tłumaczy Marek Andryszak, prezes TUI Poland.

Pogoda dla bogaczy

Szturm Polaków na biura podróży powoduje, że powoli zaczyna brakować tanich propozycji. Można zapomnieć o obniżkach względem ceny katalogowej dochodzących do 50 proc., jak miało to miejsce w latach ubiegłych. Kto rok temu wyjechał np. do Tunezji za 999 złotych, w tym roku musi wydać 20 – 30 proc. więcej. A i tak poleci najprawdopodobniej dopiero we wrześniu.

To efekt nie tylko wyjątkowo dużego popytu na zagraniczne wycieczki, lecz także mniejszej niż w ubiegłym roku ich podaży. Po wydarzeniach w Tunezji i Egipcie sprzed kilku miesięcy tour-operatorzy wystraszyli się, że tegoroczny sezon będzie chudszy niż poprzedni i zarezerwowali aż o 120 tys. miejsc w hotelach mniej. To sprawiło, że tego lata oferta jest skromniejsza o 10 proc. od ubiegłorocznej, podczas gdy popyt wzrósł. To wywindowało ceny. Ale zdesperowani i spragnieni słońca klienci nie marudzą i coraz chętniej sięgają nawet po ofertę katalogową, czyli tą nieobjętą wyprzedażą. Cieszy się ona powodzeniem również dlatego, że proponowane w last minute wycieczki bardzo często dotyczą już hoteli o niższym standardzie, gdzie pokoje są małe i do tego tylko ze śniadaniem.

Na wakacje z Berlina

Kto ma problem ze znalezieniem interesującej oferty last minute, powinien ruszyć do Berlina i tam... wykupić wycieczkę bezpośrednio na lotnisku. Tu obniżki na wyjazdy, których pierwotna cena w większości przypadków jest już od kilku do kilkunastu procent niższa niż w Polsce, sięgają 50 proc. Trzeba się jednak liczyć z tym, że wyjazd następuje w ciągu kilku godzin od zakupu oferty. W Polsce jak na razie nie ma takiej możliwości. Wynika to z tego, że nasz rynek turystyki zagranicznej jest dziesięć razy mniejszy niż w Niemczech. To oznacza mniej ofert i brak konieczności aż takiej ich przeceny.