Analiza ekonomisty z norweskiego Sogn og Fjordane University College ukazała się w najnowszym numerze "The Journal of Revenue and Pricing Management".

Bharat P. Bhatta zaproponował trzy modele systemu Pay-As-You-Weigh (płać tyle, ile ważysz). Pierwszy, najprostszy, zakłada, że cena biletu lotniczego zależałaby od wagi pasażera. Przykładowo osoba, która waży 60 kg, płaciłaby za bilet o połowę mniej niż ten, kto waży 120 kg.

W drugim modelu bilet kosztowałaby dla wszystkich tyle samo, natomiast ci z dodatkowymi kilogramami musieliby płacić ekstra opłatę za tzw. nadwagę, czyli coś w rodzaju dzisiejszej opłaty za nadbagaż.

W trzecim modelu jednakową cenę za przelot płaciliby tylko ci, którzy mają przeciętną wagę, z odchyleniami o 25 proc. w górę lub w dół od przyjętej normy. Natomiast dla pasażerów z niedowagą przewidziane byłyby obniżki, a dla otyłych - ekstra dopłaty.

Zdaniem norweskiego naukowca najlepszy byłby trzeci model, bo jeśli wprowadzić jedynie ekstra dopłaty dla otyłych, bez zniżek dla pasażerów z niedowagą, to zarabiałyby na tym tylko linie lotnicze, a przecież nie o to chodzi. Celem - jak przekonuje Bhatta - jest zmniejszenie zużycia paliwa, czyli mniejsza emisja CO2 do atmosfery, a w konsekwencji - ochrona środowiska.

Bhatta proponuje, by pasażerowie sami mogli deklarować swoją wagę przy zakupie biletu, a potem tylko, już na lotnisku, byliby losowo wybierani do sprawdzenia wagi. Nie można byłoby ważyć wszystkich, bo zajęłoby to zbyt dużo czasu - przekonuje naukowiec.

W ślad za tym można by pomyśleć - zdaniem naukowca - o dopasowaniu wielkości siedzeń w samolotach; małe siedzenia byłyby przewidziane dla dzieci i osób ważących mniej niż 75 kg, średnie dla osób o wadze od 76 kg do 125 kg, a pasażerowie ważący ponad 125 kg zajmowaliby największe miejsca, płacąc oczywiście odpowiednią dopłatę w cenie.

Niektóre kraje podjęły już próby wprowadzenia tzw. fat tax. W 2011 r. zrobiła tak Dania, wprowadzając 2,3-procentowy podatek od tłuszczów nasyconych. Podatek jednak się nie sprawdził, bo - jak przyznał Jens Klarskov z Duńskiej Izby Handlu w wywiadzie dla kanadyjskiego portalu National Post - Duńczycy zaczęli wyjeżdżać na zakupy do Niemiec. Zresztą niemieckie sklepy same ich do tego zachęcały hasłami: Przyjeżdżajcie robić zakupy u nas, tu nie ma podatku od tłuszczów.

Klarskov przyznał, że sam pojechał na zakupy do Niemiec, ale - jak zaraz zastrzegł - nie widzi w tym niczego sprzecznego z prawem; zakupy za granicą są legalne i stały się już tradycją Duńczyków.

Natomiast szacuje się, że wprowadzenie "fat tax" kosztowało Duńczyków utratę ok. 1300 miejsc pracy.

Korzyścią było to, że Duńczycy zaczęli narodową dyskusję, czy w ogóle podatki mogą służyć temu, by edukować ludzi, jak żyć i postępować.

Przy okazji obliczono, że 10-letni okres stosowania podatku mógłby przedłużyć życie Duńczyków o pięć i pół dnia. - To jak strzelanie do królików z broni nuklearnej - skomentował Klarskov.