Jak bardzo turyści ignorują zagrożenie i apele TOPR?
Zdarzało się nam ratować dwa razy tych samych mężczyzn podczas ich jednego pobytu w górach. Pierwszy raz zastaliśmy ich na stromych śniegach, w kiepskich warunkach i z brakami w ich wyposażeniu, drugi - pod wpływem alkoholu. Ale daleki byłbym od stwierdzenia, że jest gorzej niż było; biorąc pod uwagę, że około 3 mln ludzi wchodzi rocznie na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego, to liczba wypadków jest mocno organiczna. I dowodzi, że mamy szczęście, po drugie - dobrze zachowany instynkt przetrwania.

Jednak nie wszyscy - ostatnio głośno było o turystach, którzy karnie maszerowali z Morskiego Oka, ale drogę musiał im oświetlać policyjny radiowóz.
Brak świateł to standard - zazwyczaj turyści nie mają ze sobą ani jednego i drogę oświetlają sobie komórką, o ile jeszcze nie padła. Przecież mieli włączony Internet i musieli wrzucać jedno zdjęcie za drugim na portale społecznościowe... Telefon komórkowy w górach nie jest źródłem światła! Potrzebna jest latarka, a najlepiej czołówka, która pozwala mieć wolne ręce. Powiem więcej, w tym konkretnym przypadku należało wybrać się do Morskiego Oka z terminalem i trzema czołówkami. Sprzedać je razem z zapasowymi bateriami, po czym ruszyć z powrotem.

"Uwaga, dziś w Morskim Oku po zmroku będzie ciemno" - taka informacja miała się pojawić w tamtejszym schronisku, o czym donoszą teraz media społecznościowe.
Żart, a może jednak poważna informacja parku? Tego nie wiem. Ale podobne zdjęcie krążyło w sieci rok temu, kiedy miała miejsce podobna sytuacja. Powiem tak: w czterdziestomilionowym kraju zawsze znajdzie ktoś, kto tej informacji jeszcze nie słyszał.

I nie wie, że zimą jest zimno?! Wyjścia na szlak w wiosennej kurteczce i trampkach też się zdarzają.
Mamy duży kraj, więc i pomysłów na ignorowanie zagrożeń czy też zdrowego rozsądku nie brakuje. O, na przykład teraz modne są wycieczki na wchód słońca. Przy czym celem jest nie tyle przebywanie w górach, o ile zdobycie zdjęć, inaczej mówiąc: trofeów na media społecznościowe. Ostatnio spora jest też grupa tych, którzy kupują sprzęt, ale nie idzie to w parze z szkoleniem oraz zbieraniem i przetwarzaniem informacji.

Konkretny przykład?
Ktoś kupił sobie raki i chodzi w nich nawet wtedy, kiedy mamy pół metra świeżego śniegu. Oczywiście raki mamy ze sobą zawsze zimą i wiosną, kiedy zalega jeszcze śnieg. Ale to, czy je założymy, to już inna kwestia. Czasami to może nam wręcz zaszkodzić, bo będą one powodowały większe zbijanie kul śniegu pod butami. To wszystko to konkretna wiedza, którą najlepiej jest zdobywać stopniowo. Przez długi czas. Jedno szkolenie, zwłaszcza jednodniowe, nie uczyni z nas człowieka gór. Poza tym samo przekonanie o własnej wspaniałości nie jest z nią równoznaczne. Góry mają je w głębokim poważaniu - one sobie stoją, a co my wymyślimy, to już nasz problem.

Jakie inne błędy robią turyści wyruszający w góry?
Błąd w planowaniu lub w ogóle całkowity jego brak. Przekonanie, że jakoś to będzie. Niestety nie jesteśmy krajem górskim, więc nie ma u nas, poza naprawdę wąskimi społecznościami, tradycji sportów przestrzennych, a także wiedzy połączonej z szacunkiem do gór. Za dużo w nas uporu oraz dążenia do bycia twardym i silnym w myśl zasady: Ale jak to, ja nie dam rady?

Co to oznacza w praktyce?
Na przykład wychodzenie w góry w nieodpowiednich butach. Co z tego, że będą najlepsze na świecie, siedmiowarstwowe, z podejściem na najnowsze raki, jeśli będzie nierozchodzone. A my na dodatek wybierzemy się na wycieczkę bliską limitów naszych możliwości. To nie ma prawa się udać!
To też pokazuje, że najczęstsze błędy są najmniej spektakularne, jak np. fakt, że bardzo często ubieramy się za grubo. Bo przecież jest nam zimno. A potem przez cały dzień jesteśmy kompletnie zapoceni. Koniec końców, jeśli na początku zafundujemy sobie taki zimny kompres, to jeśli przyjdzie nam poczekać 30 minut, bo pogoda się zmieniła albo kolega opadł z sił, to od razu zaczniemy dygotać z zimna.

A te najbardziej spektakularne błędy?
Z naszego punktu widzenia popełniają je te nieszczęsne grupy uwiezione wysoko w górach, na drodze, którą sprawny biegacz jest w stanie pokonać w 30 minut. Ale nie mogą się wydostać, bo nie mają podstawowego sprzętu oraz wiedzy, czym są góry i z czym to się je. Podam przykład: jeśli jest ślisko, to nawet mnie zdarza się chodzić w rakach, czyli sprzęcie zdecydowanie na góry wysokie. Jeżeli dołożę kije, nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć.

To bierze się z doświadczenia, a jeśli go nie mamy?
To warto pogadać z kimś, kto je ma. Albo chodzić w góry z kimś, komu ufamy. Może to być rodzic czy przyjaciel, choć kumpli czasami trudno pod tym względem zweryfikować, albo ktoś, kto ma kwalifikacje zawodowe. Ale wtedy trzeba będzie mu - wykwalifikowanemu instruktorowi lub profesjonalnemu przewodnikowi - zapłacić. Można zapisać się na kurs czy też w ogóle scedować obowiązek dbania o bezpieczeństwo danego wyjścia. Drogi na skróty w tym przypadku nie ma!