Wschodnie dzielnice Londynu to jeden z najbardziej zmieniających się obszarów miasta. Kiedyś przejście przez dzielnicę doków dane było tylko odważnym albo beztroskim. Teraz wyrosło tu całe miasto z aluminium i szkła. Kopuła Areny O2 w Greenwich stała się symbolem miasta na równi z Parlamentem, Wieżą Zegarową czy Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds. W tym roku jest tu mnóstwo jubileuszy, które mogą być pretekstem do wizyty, ale i bez nich Greenwich to miejsce, które rozbudza wyobraźnię.

Już samo dotarcie tutaj może być ekscytujące. Można tu dopłynąć łodzią, ale najwięcej emocji dostarcza dziewiętnastowieczny tunel pod Tamizą, która w tej części miasta jest doprawdy imponującej szerokości. Prowadzący z Docklands tunel przeznaczony jest tylko do użytku pieszych. Przypomina nieco stacje tutejszego metra (najstarszego na świecie). Nawet jeśli ktoś nie ma klaustrofobicznych skłonności, to zdając sobie sprawę z ogromu rzeki płynącej nad jego głową, mimowolnie przyspiesza kroku. Nagrodą za pokonanie tunelu jest widok najszybszego klipra herbacianego na świecie.

Jak nie zaciągnąłem się na herbaciany kliper

Zbudowany w 1869 r. „Cutty Sark” jest jedynym zachowanym żaglowcem tego typu. Nazwa pochodzi z języka szkockiego i oznacza „krótką spódniczkę” Nannie, lokalnej piękności. Zresztą stosując terminologię angielską, lepiej byłoby używać formy żeńskiej wobec wszystkich statków. „Cutty Sark” biła wiele rekordów prędkości, mogąc przepłynąć na żaglach w ciągu dnia nawet 650 km (czyli ok. 350 mil morskich). A kto szybciej przywiózł herbatę, ten dostawał lepsze ceny. Teraz żaglowiec jest w remoncie. W pełnej krasie zobaczymy odrestaurowaną „Cutty Sark” dopiero w przyszłym roku.

A kto zatęskni za klimatem opiewanym w licznych szantach, niech wybierze się do jednej z nadbrzeżnych tawern, serwujących tradycyjną rybę z frytkami. Knajpa, nosząca w herbie wizerunek słynnego klipra, znajduje się nieco dalej w dół Tamizy. Trzeba do niej przejść przez wyludniony i mroczny fragment dzielnicy przemysłowej. Jedynym jaśniejszym punktem jest tutaj trójwymiarowy mural Amandy Hinge, namalowany na starej elektrowni. Trzeba przyznać, że wygląda dość surrealistycznie.


Morskie opowieści

Rok 1869 to nie tylko budowa „Cutty Sark”. Właśnie wtedy stare budynki szpitala wojskowego zostały przekształcone w Szkołę Morską. Dziś miejsce, gdzie kilkaset lat wcześniej urodził się Henryk VIII, nadal służy jako uczelnia: mieści się tu m.in. Uniwersytet Greenwich. Mamy tu także Narodowe Muzeum Morskie.

Jedną z jego największych atrakcji jest Pokój Nelsona, bohatera bitwy pod Trafalgarem. To tutaj balsamowano zwłoki najsłynniejszego angielskiego admirała przed ich przeniesieniem na miejsce wiecznego spoczynku w katedrze Świętego Pawła. Anglicy szczególną pamięcią otaczają tych, którzy zginęli na morzu. Bardziej współczesnym hołdem jest stworzenie niewielkiego ogródka pamięci ofiar katastrofy „Titanica” (15 kwietnia 1915 r.). Prócz stosownych kwiatów w ogródku znalazł się kornwalijski granit wykorzystywany na statkach jako balast.

Uwaga na piłkę!

Tuż za ogródkiem i budynkami dawnej Szkoły Morskiej rozciąga się park Greenwich. Widoczne w oddali niewielkie wzniesienie to najważniejsze miejsce w okolicy. To tu znajduje się Królewskie Obserwatorium Astronomiczne. Kiedy timeksy i rolleksy nie były jeszcze w powszechnym użyciu, żeglarze, a także okoliczni mieszkańcy, regulowali swoje chronometry, patrząc na wielką czerwoną kulę znajdującą się na dachu budynku Flamsteed. O 12.55 kula podnosi się do połowy masztu, trzy minuty później jest już na szczycie, z którego spada dokładnie o pierwszej. Właśnie w tym miejscu (a nie na stadionie, jak sądzą kibice piłki nożnej) narodziło się zawołanie „watch the ball!”. Do obserwatorium ciągną prawdziwe tłumy, kto chce zatem zwiedzić muzeum w spokoju, powinien przyjść tu przed południem.


Fałszywy początek świata

Wycieczka do obserwatorium to jeden ze sztandarowych punktów programu zwiedzania Londynu. Bieżący rok ogłoszono przecież Rokiem Astronomii. Właśnie minęło 400 lat od pierwszego użycia teleskopu przez Galileusza i 40 lat od lądowania człowieka na Księżycu.

Brytyjczycy też mają co świętować: w październiku mija 125 lat od ustanowienia południka zerowego. Był to dla dziewiętnastowiecznych astronomów nie lada problem. Zmierzenie szerokości geograficznej nie przedstawiało żadnych wątpliwości. Jest jeden równoleżnik zero, czyli równik, podobnie jak poszczególne szerokości geograficzne: albo południowe, albo północne. Ale południkiem zerowym mogłaby być przecież każda, dowolnie wybrana linia łącząca dwa bieguny. Był nawet czas, gdy każde mocarstwo miało ambicję ustanowić w tej dziedzinie swój własny punkt odniesienia. Dopiero w 1884 r., na skutek międzynarodowego porozumienia, ustalono, że południk zerowy przebiega właśnie przez odległe przedmieście Londynu.

Nieco wcześniej, bo w 1850 r., postawiono w Greenwich nowy teleskop. Dokonane przezeń pomiary zmieniły nieco położenie południka. Jednak dla ówczesnych naukowców 1/5 sekundy była różnicą nieistotną z praktycznego punktu widzenia. Dlatego do dziś na przedłużeniu osi teleskopu wszyscy turyści robią sobie zdjęcia, choć tak naprawdę stosowany obecnie południk zerowy biegnie sto metrów dalej na wschód.

Możemy być za to pewni zegara wiszącego na bramie przed obserwatorium. Od półtora wieku pokazuje on wzorcowy czas dla południka zerowego.