Wyspa leniwych poranków
Ko Chang to turystyczna wizytówka Tajlandii. Dojeżdża się tu zatłoczonym do niemożliwości, rozklekotanym autobusem, by potem zażywać luksusu kąpieli w nieskazitelnie turkusowej wodzie.
- Pokonaj zimę. Wybierz gorący urlop
- Oto 10 najtańszych miejsc na wakacje
- Na wyprawę życia pojechałam do Kazachstanu
- Wyprawa dookoła świata: Bangkok - raj na ziemi
- Angkor w Kambodży. Tutaj dżungla pożarła cywilizację
- Dali ośmiolatce bombę i wysłali na policję! Dziewczynka zginęła
- Słonie porażone prądem. Przewróciły słup i zaplątały się w przewody
- Japończycy zbudowali miniaturową "Arkę Noego"
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-02-14

temp. min -19°C max. 1°C
opady:
śladowe opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Zapada zmierzch. Kształty rzeczy zacierają się, trudno odróżnić brzeg wyspy od dziobu promu. Wieczór przechodzi w noc. Tylko Tajowie na niższym pokładzie, oświetleni żarówką, wydają się realni.
Siedzą na przyczepie starej furgonetki wśród gdaczących kur i rżną w karty. Mają ze sobą solidną wałówkę, a nam coraz bardziej burczy w brzuchach. Czekamy niecierpliwie, aż dobijemy do wyspy Ko Chang, skrawka dżungli otoczonego przez piaszczyste plaże i turkusową wodę.
Docieramy na miejsce późną nocą. Podróżni rozpierzchają się w poszukiwaniu jakiegoś transportu. Nam trafia się furgonetka. Dookoła samochodu szybko zbiera się tłum. Wygląda na to, że to ostatnia podwoda z przystani; wszyscy muszą się zmieścić.
Nasz środek transportu ma już czasy świetności dawno za sobą, a miejsca z tyłu wystarczy ledwie dla kilku osób. Jednak kierowca ani myśli liczyć się z komfortem pasażerów. Upycha nas w przyczepie jak zwierzęta. Nie mieści się tylko Japończyk. Jego żona, wciśnięta w kąt z bagażem, nie ma szans, by wysiąść. Kierowcę niewiele to obchodzi. Kiedy rusza, Japończyk w akcie desperacji chwyta się barierki na przyczepie. Ale jedzie. Spędzi tak następne trzydzieści minut. Na ostrych zakrętach łapiemy go za pasek, by nie wypadł.
Zatrzymujemy się po kolei przy plażach Hat Sai Khao, Hat Kai Mook, Hat Khlong Makok i Hat Kalibae. Dookoła roi się od hoteli, barów, pubów i restauracji. Tutaj nigdy nie chodzi się spać. Szkoda i dnia, i nocy. Wysiedli wszyscy. Co za ulga.
Nasz przystanek to Bailan Bay, na samym końcu zachodniego pasma plaż, gdzie miejscowy diabeł mówi dobranoc. Parę kilometrów dalej kończy się droga. Jedyna na wyspie. Niewiele zabudowań. Dwa hoteliki, dwie restauracje. Rozleniwione psy leżą plackiem na ulicy. Powarkują nieufnie, gdy mijamy je dużym łukiem. W końcu lądujemy w drewnianym domku na drzewie, otoczonym gąszczem palm kokosowych.
























































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!