Zapada zmierzch. Kształty rzeczy zacierają się, trudno odróżnić brzeg wyspy od dziobu promu. Wieczór przechodzi w noc. Tylko Tajowie na niższym pokładzie, oświetleni żarówką, wydają się realni.

Siedzą na przyczepie starej furgonetki wśród gdaczących kur i rżną w karty. Mają ze sobą solidną wałówkę, a nam coraz bardziej burczy w brzuchach. Czekamy niecierpliwie, aż dobijemy do wyspy Ko Chang, skrawka dżungli otoczonego przez piaszczyste plaże i turkusową wodę.

Docieramy na miejsce późną nocą. Podróżni rozpierzchają się w poszukiwaniu jakiegoś transportu. Nam trafia się furgonetka. Dookoła samochodu szybko zbiera się tłum. Wygląda na to, że to ostatnia podwoda z przystani; wszyscy muszą się zmieścić.

Nasz środek transportu ma już czasy świetności dawno za sobą, a miejsca z tyłu wystarczy ledwie dla kilku osób. Jednak kierowca ani myśli liczyć się z komfortem pasażerów. Upycha nas w przyczepie jak zwierzęta. Nie mieści się tylko Japończyk. Jego żona, wciśnięta w kąt z bagażem, nie ma szans, by wysiąść. Kierowcę niewiele to obchodzi. Kiedy rusza, Japończyk w akcie desperacji chwyta się barierki na przyczepie. Ale jedzie. Spędzi tak następne trzydzieści minut. Na ostrych zakrętach łapiemy go za pasek, by nie wypadł.

Zatrzymujemy się po kolei przy plażach Hat Sai Khao, Hat Kai Mook, Hat Khlong Makok i Hat Kalibae. Dookoła roi się od hoteli, barów, pubów i restauracji. Tutaj nigdy nie chodzi się spać. Szkoda i dnia, i nocy. Wysiedli wszyscy. Co za ulga.

Nasz przystanek to Bailan Bay, na samym końcu zachodniego pasma plaż, gdzie miejscowy diabeł mówi dobranoc. Parę kilometrów dalej kończy się droga. Jedyna na wyspie. Niewiele zabudowań. Dwa hoteliki, dwie restauracje. Rozleniwione psy leżą plackiem na ulicy. Powarkują nieufnie, gdy mijamy je dużym łukiem. W końcu lądujemy w drewnianym domku na drzewie, otoczonym gąszczem palm kokosowych.


Tu nie ma szyb w oknach ani nawet okiennic, a drzwi to dwa kawałki drewna zsuwane razem. Żadnego zamka! Istny raj dla rabusiów i malarycznych komarów.

– Tu jest bardzo bezpiecznie – zapewnia właścicielka i odchodzi chwiejnym krokiem, by dokończyć kolejnego drinka.

Zabójcze kokosy

Budzi nas śpiew ptaków, promienie słońca prześwitujące przez szpary w ścianach i szum morza. Wszystko naraz. Lepiej być nie mogło.

Leniwe przedpołudnie. Woda ciepła i nieskazitelnie turkusowa. Małe rybki łaskoczą w brzuch. Palmy sennie kołyszą liśćmi.

Taki sam scenariusz przewidujemy na popołudnie, ale... woda zniknęła, odkrywając połać zamulonych kamieni. Odpływ jest tak potężny, że w ogóle nie widać, gdzie zaczyna się morze. Nie ma szans na kąpiel. Pozostaje spędzić czas w rajskim ogrodzie. Wieczór kusi nas światłem naftowych lamp i brzękiem kieliszków. Znowu czujemy się błogo.

Z letargu wybija głośny szelest liści. Olbrzymi kokos roztrzaskał się tuż obok sąsiedniego stolika, niemal ocierając się o siedzącą tam dziewczynę. Nie jest nam do śmiechu. To poważna sprawa. Co roku w tropikach wielokrotnie więcej ofiar ginie od uderzenia kokosa niż na skutek ataku rekinów. Trwożnie spoglądamy w górę. Nad stolikami, nad ścieżką, plażą, wszędzie wiszą bomby zegarowe. Tylko nie tykają.


Na skuterze i na słoniu

W środku puszczy obrazek niczym z arki Noego. W niewielkiej zagrodzie olbrzymie słonie zajadają suche badyle. Wokół nich i pod nimi kurczęta dziobią to, co zostało ze słoniowej strawy. Popatrują na to bez emocji psy i koty, leżące pokotem tuż obok siebie, a czasem jedno na drugim. Wszystko w idealnej komitywie. Pełno tu białych. Pracują jako wolontariusze.

Wchodzimy na platformę, zdejmujemy buty i gramolimy się na siedzenie zainstalowane na słoniu. Czuję się trochę zawiedziona. Myślałam, że usadowię się na głowie olbrzyma. To jednak miejsce zarezerwowane dla poganiacza.

Słoń ruszył. Powoli, bujając się na boki, przemierza wąziutkie ścieżki tuż obok strumienia. Jak ten gigant to robi? Bujamy się razem z nim. Nagle nasz poganiacz zeskakuje i gestami namawia mnie, żebym zajęła jego miejsce. Jednak siedzę na słoniowej głowie! Zwierzę ma skórę grubą i szorstką jak pumeks. Macha uszami. Podpatrzyłam wcześniej, że poganiacz steruje nim, dotykając nogą miejsca tuż za uchem. Dotykam i ja. Słoń reaguje natychmiast. Zamiast iść wydeptaną ścieżką, skręca w bok. Nawoływania niewiele pomagają. Zwierzę wybiera inną trasę.

Na miejsce karmienia trafia jednak bezbłędnie. Biorę kilka zielonych bananów i podaję wyciągniętej trąbie. Ta chwilę niucha, wciąga, po czym wypluwa. Okazało się, że nasz pieszczoch nie lubi niedojrzałych. Dokładnie więc oglądam owoce, zanim je podam. Teraz już mu smakują.

Jeszcze tylko krótka kąpiel. Olbrzym stoi potulnie z podwiniętym ogonem, podczas gdy poganiacz wylewa na niego wiadra wody. Cykam zdjęcie za zdjęciem. Nagle słoń odwraca się i parska z trąby wodą w moim kierunku. Chowam aparat. Zrozumiałam delikatną aluzję.