Wenecja to zjawisko, do którego opisania najlepiej nadają się wyrażenia ze słownika snów. Miasto pieszczone przez światło, otulone cieniem, zwielokrotnione przez wodę. Miasto nierzeczywiste, które hipnotyzuje i prowadzi nieustanną grę ze zmysłami. Co krok to łamigłówka. Czy to kołysanie fal, czy chodników? Odbicie w wodzie czy na niebie? Ślepy zaułek, a może tylko iluzja stworzona przez zaciek z porostów na gotyckim murze?

Przybrane wstążkami gondole z kanapami obitymi czerwonym suknem, wygięte w łuk mostki, kręte kanały - nic dziwnego, że wodny krajobraz Wenecji zachwyca romantyków.


Wykorzystywał to Casanova, który - wedle zachowanych przekazów - właśnie w najpiękniejszym mieście Południa uwodził najskuteczniej (a podboje świętował w barze Cantina de Mori, przy dzbanie chłodnego wina i talerzu z marynowanymi sardelami).

Najromantyczniej Wenecja wygląda o świcie, zanim tysiące zaspanych turystów wylegnie na jej wąskie uliczki i place, gondolierzy zajmą strategiczne pozycje, a restauratorzy rozstawią stoliki na wilgotnym bruku. Albo gdy wieczór przechodzi w granatową noc, rozbawiony tłum spływa z placu św. Marka, mgła najpierw przezroczysta jak gaza, potem coraz gęstsza jak mleko. Zalewa bruk, mosty, kanały. Wyłaniające się z mroku postacie wyglądają wówczas jak zjawy ze snu, a kursujące kanałami tramwaje wodne, oślepiają światłami jak łodzie ratunkowe na mlecznym jeziorze.

Jest jeszcze zachód słońca

Ciepłe, złocisto-karmazynowe światło farbuje marmurowe fasady weneckich pałaców, wydobywa blask wypolerowanego bruku, igra z falującą wodą, puszczając wokół tysiące maleńkich zajączków. Dobrze wówczas przysiąść gdzieś na chwilę i zatopić się w spektaklu zagranym przez naturę w bajkowych dekoracjach, postawionych przez człowieka.

Z tych dekoracji można sobie ułożyć zestaw obowiązkowy

Do zaliczenia na pierwszy raz. Czyli gotycki Pałac Dożów, bazylika św. Marka i kampanila - wieża, z której rozciąga się bajeczna panorama laguny. Dalej plac św. Marka i przylegająca do niego piazetta, czyli placyk, też św. Marka.

Można również skomponować program dowolny, dać się powieść na pokuszenie, zgubić w labiryncie uliczek, mostów, zaułków, przejść i pachnących wilgocią pasaży. Zaczepić stukającą obcasami wenecjankę, zapytać o drogę. I znów się zgubić.

Wenecja jest podzielona…

…między mieszkańców i turystów. Choć ścieżki jednych i drugich często się przecinają, niewiele jest miejsc, w których przybysze mogą się wymieszać z miejscowymi.

Gondole? Tylko dla turystów! Wenecjanie wsiadają na łódki sterowane przez przystojniaków w pasiakach tylko w dniu swojego ślubu. By przemieszczać się po mieście, korzystają z traghetto - mniej eleganckich, pasażerskich gondol, na których pływa się na stojąco.


Karnawał? Nie ma mowy!

Większość zamaskowanych uczestników imprez na ulicach Wenecji to turyści. Rdzenni mieszkańcy, jeśli mogą, z ulgą opuszczają na ten czas miasto.

Miejscowi mają swoje, mniej znane festiwale, takie jak lipcowe święto Festa del Redentore, kiedy to zatoka św. Marka zapełnia się tysiącami maleńkich, udekorowanych łodzi.

Podczas listopadowej Festa della Salute, uchwalonej na pamiątkę ocalenia miasta od morowego powietrza w 1630 roku, na Wielkim Kanale wyrasta tymczasowy, skonstruowany z pontonów most. Mieszkańcy wędrują nim do barokowego kościoła Santa Maria della Salute, gdzie zapalają świeczki w podzięce za cudowny ratunek.


Gdzie jadają Wenecjanie?

Na lody chodzą do gelaterii (czyli lodziarni) Nico na Fondamenta Zattere, a na obiad do któregoś z barów wokół targu Rialto, na którym od lat handluje się świeżo złowionymi rybami i kolorowymi, dorodnymi warzywami.

Jeśli wenecjanie mają ochotę na coś mocniejszego, nigdy nie okupują stolików na placu św. Marka, gdzie trzeba zapłacić fortunę za przyjemność wypicia bellini (miejscowy „wynalazek” alkoholowy na bazie wina prosecco z dodatkiem syropu z granatów i soku brzoskwiniowego) przy akompaniamencie wyfraczonych muzyków z orkiestry. Szybciej spotka się ich przy którymś z położonych na uboczu, odrobinę zniszczonych bacaro (bar), gdzie jest zwyczajnie taniej. Na przykład w dzielnicy Giudecca położonej po drugiej stronie zatoki św. Marka.

Niedoceniana dzielnica

Turyści niesłusznie nie odwiedzają dzielnicy Giudecca, która pełna jest nostalgicznego uroku i spokoju. W małych barach godzinami przesiadują emeryci i studenci. I jedni, i drudzy nigdzie się nie spieszą. Nie krzywią się na widok turystów. Do tego panorama na Pałac Dożów i towarzyszącą mu smukłą kampanilę, najwyższą budowlę w Wenecji, jest nieporównywalna z żadną inną.

Podobnie jak poranna cisza przerywana tylko biciem kościelnych dzwonów, piskiem kołujących nad nadbrzeżem mew i wyciem syren ostrzegających przed nadejściem wysokiej fali, która szczególnie dokuczliwa jest późną jesienią.

Woda, która podkreśla urodę Wenecji

Woda działa też na wyobraźnię turystów, jest największym kapitałem, ale też - niestety - największym zagrożeniem dla Królowej Adriatyku. W Wenecji coraz trudniej się żyje.

Morze, które od wieków toczy walkę z lądem, wygrywa. Zbudowane na palach, gotyckie, renesansowe, barokowe budowle są skazane na zagładę. Spieszmy się z wizytą, bo jeśli to przepiękne miasto zatonie, świat straci jeden ze swoich najcenniejszych skarbów.


JAK DOJECHAĆ

Najwygodniej samolotem. Z Krakowa na lotnisko Treviso Lata Sky Europe (www.skyeurope.pl) za 200 zł w dwie strony.

LOT (www.lot.pl) lata z kolei z Warszawy. Bilet w dwie strony kosztuje 740 zł.


GDZIE SPAĆ

Wenecja jest drogim miastem. Ale przy odrobinie wysiłku można znaleźć przyjemne i przystępne cenowo (czyli od 50 do 100 euro) miejsce noclegowe. Zawsze warto się targować - argumentem może być dłuższy pobyt.

Jednym z milszych miejsc jest hotelik Ariel Silva (Cannaregio-Calle Della Masena 1391/A) na skraju dzielnicy żydowskiej.

Dwuosobowy pokój kosztuje tu ok. 85 euro. Można też nocować w jednym z hosteli - łóżko w wieloosobowej sali to wydatek od 19 euro.