>>> Zobacz Wenezuelę w obiektywie Alexa Pinińskiego!

Z wielką radością przymierzałem się właśnie do pierwszego łyka, gdy usłyszałem jak ktoś rzuca w moją stronę: "De donde eres?".  Zaczęliśmy rozmawiać – najpierw o turystach w Wenezueli, potem o sztukach walki, aż w końcu temat zszedł na ciekawe miejsca w okolicach Meridy... To tak dowiedziałem się, że Tony Martin - mój rozmówca - jest przewodnikiem, który prowadzi wycieczki do Los Llanos. Po paru piwach, rumie i nawet wiśniówce, która miała poczekać na zimny wieczór w górach (dzięki Marek), umówiliśmy się, że pojedziemy razem na kolejną jego wycieczkę.

Los Llanos jest ogromnym terenem równin, pokrytych gęstą trawą i poprzecinanych przez liczne rzeki. Największą z nich - Orinoko - widziałem z samolotu jak się wiła powoli przez wschodnie ziemie Wenezueli. Na tym obszarze panują dwie pory roku – sucha i deszczowa. Ja akurat wpasowałem się między jedną a drugą. Pora sucha się powoli kończyła, ale dzięki temu woda skupiona była na niewielkich obszarach. Pozwala to dostrzec różnorodność fauny, skupionej wokół tych niezbędnych dla życia miejsc. Jednocześnie miałem okazje wypychania jeepa, stojąc po kolana w wodzie, która się zebrała po jednodniowej ulewie. Oznaka początków pory deszczowej.

Llaneros, kowboje zamieszkujący tutejsze tereny, trudnią się przepędzaniem bydła i koni. Są ludźmi odważnymi, którzy na stałe zapisali się w historii za pośrednictwem swojego uczestnictwa w Bitwie pod Boyaca. To właśnie 7 sierpnia w roku 1819 Los Llaneros okazali się kluczowi w zdobyciu, przez Bolivara i armie wyzwolicieli, Bogoty. Ten moment, jak się później okazało, był punktem zwrotnym w walce o niepodległość.

Czujnie-czujnie

Życie w Los Llanos jest spokojne - płynie w rytmie muzyki joropo a obserwacje prowadzi się z lekko kołyszącego hamaka. Zalety tej formy łoża uzmysłowiłem sobie już pierwszej nocy, kiedy to pode mną powoli przesuwała się skolopendra olbrzymia. Jest to dziwne uczucie zobaczyć coś, co wcześniej tylko widziałem w telewizji. Z jednej strony strach, z drugiej ciekawość. Ten wij, który jest charakterystyczny dla Ameryki Południowej, średnio osiąga długość 26 cm i choć nie zagraża życiu ludzkiemu, może przyprawić o duży ból za pośrednictwem swojego jadu. Ciekawość ustąpiła trwodze i gruba podeszwa zakończyła ten spektakl. Bezpieczeństwo bycia zawieszonym na wysokości jest szczególnie istotne w porze deszczowej, kiedy to odległość dzieląca człowieka i inne żywe istoty drastycznie się zmniejsza.

Posiłek ludzie zazwyczaj zdobywają tutaj sami. Jest coś pięknego dla mnie w polowaniu na swój posiłek- na łonie natury, nie w alejkach supermarketu. Nie wiem, czy jest to genetycznie uwarunkowane, może to jedynie wizja samowystarczalności tak mocno wpływa na moją wyobraźnię.

Pewnego dnia przejeżdżaliśmy obok jeziora, które odłączyło się na czas pory suchej od rzeki. Byliśmy lekko zmęczeni, bowiem słońce było tego dnia bezlitosne. Spędziliśmy poranek łowiąc piranie w jego pełnym blasku i z radością schowałem się pod dach jeepa. Nagle Tony z okna samochodu dostrzegł całkiem sporą ogończę (ang. stingray). – Rapido, rapido! - krzyknął do mnie Tony i wyskoczył z samochodu. Pobiegłem za nim i szybko znaleźliśmy się nad brzegiem jeziora. Ostrząc patyki uzgadnialiśmy strategię ataku – stań tam, tak, aby w razie czego odciąć jego drogę ucieczki – powiedział mi już mocno skupiony kompan.

Pierwsza próba okazała się nieudana, ponieważ patyk nie był wystarczająco ostry, aby przebić się przez pancerz. Ogończa zaalarmowana rozwojem sytuacji, rzuciła się do ucieczki. Na szczęście nasza strategia wzięła to pod uwagę i szybko odciąłem jej drogę ucieczki. Jak się okazało, nóż, który miałem przy sobie był niezbędny w tej walce o obiad – przechodził gładko przez pancerz. Problem jednak powstał, gdy ogończa chciała użyć swojego (jak się później dowiedziałem - czasem zabójczego) ogona. Trzeba było puścić nóż, który zwiedził sporą część jeziora, co jakiś czas wystawiając swój uchwyt nad taflę wody.

Z pomocą dwóch kijów udało nam się wyciągnąć na brzeg to wielkie wodne stworzenie. Tym samym udało nam się złapać siedem ogończy, rzecz w Los Llanos bardzo rzadka! Następnie z części zrobiliśmy ceviche, a to co zostało, usmażyliśmy w panierce z mąki pszennej na głębokim oleju. Nie wiem czy to dlatego, że sam złapałem część tego co jadłem, czy dlatego, że mięso ogończy jest bardzo smaczne (albo jedno i drugie), ale ten posiłek wydawał mi się niesamowity!

Więcej na: www.amerykapoludniowa2011.pl


Przy zdobywaniu jedzenia llaneros wiedzą jakie czeka ich niebezpieczeństwo. Z jednej strony Ty, z drugiej zwierzyna. Zdarza się, że rolę się odmieniają i człowiek staje się pożywieniem dla głodnego drapieżnika. W przeszłości spotykałem się z opinią ludzi mówiących o barbarzyństwie zabijania zwierząt, o tym jak jest to niemoralne i nieludzkie. Ci sami ludzie nie mają żadnych obiekcji, aby zamówić w restauracji pierś z kurczaka, albo wrzucić na ruszt gruby plaster soczystej karkówki.

To właśnie ta dysocjacja od samego czynu zabicia i przyszykowania mięsa jest rzeczą, która mnie dziwi. Przecież spożywane mięso samo się nie zabiło, a mam wrażenie, że wiele osób tak właśnie myśli. Co może być bardziej ludzkie od zdobycia pokarmu dla siebie i swoich najbliższych? Prawda jest taka, że to właśnie myśliwi w większości przypadków, znają się najlepiej na przyrodzie i życiu zwierząt - potrafią docenić piękno otaczającego ich świata w którym stają się integralnym elementem drabiny pokarmowej.

Mnie na szczęście nikt ani też nic nie zjadło, choć jedna anakonda przyglądała mi się z zaciekawieniem. W sumie to ona się nie przyglądała, bo nic nie widzi, ale tak to odczuwałem. Wąż jest najbardziej niebezpieczny, gdy znajduje się w wodzie. Ten na szczęście był na lądzie i sądząc po nierównomiernej szerokości ciała, nie był głodny. Najprawdopodobniej trawił właśnie kajmana, którego wcześniej musiał udusić (łatwiej jest zjeść ofiarę jak zwiotczeją mięśnie), po czym powoli się na nią nawlókł. Trawienie takiego posiłku może nawet trwać latami.

Kolejnym stałym bywalcem wód w tym regionie są kapibary - największe żyjące gryzonie. To roślinożerne zwierzę jest uznawane za lokalny przysmak. Rozcina się je na pół i wyjmuje wnętrzności. Następnie zdejmuje skórę i posypuje solą. Zostawia się ciało na słońcu, aby przez dobre parę dni mięso dojrzało do spożycia. Potem się je gotuje najczęściej w formie gulaszu. Zwierzę to szczególnie często jest spożywane w okresie Wielkanocy.

Kajmany, które wcześniej wydawały mi się niebezpieczne, boją się ludzi i uciekają do wody na ich widok. Słyszałem tylko jedną historię o lokalnym rybaku, którego ugryzł ten drapieżnik. Ponoć miało to miejsce gdy ów człowiek czyścił świeżo złapane ryby nad wodą i kajman (jako znany rybożerca) go zaatakował, ale celem była ryba. Niestety dla biednego Jorge, łupem stała się także jego ręka. Nie byłem pewien siły kajmana, aż nie wziąłem do ręki małego, bo zaledwie 0,5 metrowego. Siła z jaką się wyrywał, przekonała mnie o tym, iż od większych będę raczej trzymał swój dystans. Wiecie, tak profilaktycznie. Nie żebym się bał czy coś..!

Czy ktoś z Was wie jakiego zwierzęcia nie atakują jaguary? Na myśl przychodzi zwierzę silne, szybkie, duże... Otóż nic z tych rzeczy! Jest to mrówkojad. Ten niepozorny morderca mrówek i termitów jest w stanie za pomocą dużych pazurów pokrzyżować plany niejednego drapieżnika. Dzięki temu wyrobił sobie respekt wśród współtowarzyszy sawanny. Chcąc zrobić mu dobre zdjęcie i nakręcić parę ujęć, myślę, że przebiegłem spokojnie parę kilometrów. Co jakiś czas wyjmując aparat i naciskając spust migawki. Litry potu, obdrapane nogi od zarośli, serce bijące jak młot pneumatyczny. Czy było warto? Oceńcie sami.

Melanż w rytmie rapu i joropo

Wieczór jest czasem do odpoczynku. Kto nie odpoczął za dnia, nadrabia wieczorem. Ja dzień spędziłem energicznie, więc miałem dużo do nadrobienia. Sposobów na to jest kilka. Mój akurat był połączeniem piwa Polar, rumu Santa Teresa i specyfiku szczególnie dla mnie smacznego - jengibre – który, jak mnie przekonywano jest robiony na bazie zioła o tej samej nazwie. W smaku dla mnie było to jak połączenie eukaliptusu i aloa vera.

W każdym razie zacząłem odpoczywać. Oprócz mnie ciężko odpoczywało jakieś 20 osób, ludzi z lokalnych terenów, przyjaciół i kompanów. Częścią tego przedsięwzięcia była gitara cuatro, instrument czterostrunowy, które się robi z jelit zwierzęcych. Joropo można wykonywać w dwóch wersjach, nie inaczej niż rap. Śpiewając wcześniej skomponowaną piosenkę lub improwizując. Tego wieczoru brana była pod uwagę tylko druga kategoria – freestyle. Jedna osoba grała na cuatro a reszta wymieniała się w swoich improwizacjach.

Byłem jedyną osobą obcą w tym wydarzeniu, jednak pomimo tego chciałem stworzyć kolejną część pomostu, jaki już zacząłem budować. W związku z tym jak kolej doszła do mnie zapytałem się mojego sąsiada czy wie co to jest bit? Uśmiechnął się i zaczął rękoma stukać na skrzynce w której mroziły się piwa. – Trochę wolniej – pokazałem mu o co mi chodziło. W tym czasie reszta osób z niepewnością czekała na dalszy rozwój sytuacji. Ku ich zaskoczeniu, zacząłem swoją improwizację – wolny styl w języku polskim, podkład muzyki joropo a bit zbliżający się do brzmienia z AKAI. Ktoś mówił, że muzyka nie łączy ludzi?

Więcej na: www.amerykapoludniowa2011.pl


W związku z tym, że już do tego czasu zdążyłem bardzo odpocząć mój występ trwał całkiem długo. Nie wiem skąd czerpałem inspirację, ale gdyby to było WBW – nie byłoby na mnie mocnych! Jak skończyłem, zgromadzeni kowboje uraczyli mnie głośnymi oklaskami i kolejną rundą jengibre – nie odmówiłem jednego, ani drugiego. Wieczór jeszcze długo się rozwijał, aż stał się dniem. W mojej pamięci skończył się trochę wcześniej niż w rzeczywistości, ale od czego są przecież poranne rozmowy przy piwie?

O Los Llanos mógłbym pisać jeszcze dużo. Ilość rzeczy, które tam zobaczyłem, wspaniałych ludzi, których poznałem i pysznego jedzenia, które skosztowałem – na zawsze utknął mi w pamięci. Niestety nie mam teraz więcej czasu, aby opowiadać o tym co jeszcze się wydarzyło. Mam nadzieję, że po części zrobią to filmy, które nakręciłem. Dziękuję tym wszystkim, którzy mnie zaakceptowali i potraktowali jak swojego, nawet jeśli mnie nazywali Rambo De Polonia.

Alex Piniński - z wykształcenia socjolog, absolwent Akademii Koźminskiego. Szkolił się w Raiffeisen S.A.w Warszawie (Departament Operacji Walutowych) i Barclays PLC w Londynie (Departament Zarządzania Aktywami). Specjalista w dziedzinie zarządzania zasobami ludzkimi i komunikacji niewerbalnej. Licencjonowany hipnoterapeuta (USA). Organizator przedsięwzięć charytatywnych, podróżnik i miłośnik sportów ekstremalnych.

Więcej na: www.amerykapoludniowa2011.pl