>>> Zobacz Kolumbię w obiektywie Alexa Pinińskiego!

Mówię naszej, bo towarzyszy mi Luis - poznany przez Couchsurfing lokalny przewodnik, u którego spałem w Manizales. W związku z większym niż zwykle atakiem deszczu, lokalny transport był bardzo utrudniony. Osunięcia ziemi zabijają wiele osób i na jakiś czas odcinają pewne obszary od cywilizacji. Znając realia i wiedząc jakie są możliwe konsekwencje, zdecydowaliśmy się na trzydniową wyprawę.

Początek już źle wróżył. Don Jaime, który zaopatruje lokalne tereny górskie i skupuje ich wyroby (najczęściej mleko i ser), powiedział, aby się stawić równo o 4.55. Zapowiadany na 5.00 wyjazd ciągle się opóźniał. Ilość zaopatrunków, które się dumnie prężyły na dachu naszego jeepa - czerwonej Toyoty Land Cruiser - ciągle rosła. Inny rodzaj transportu wysoko w Andach się po prostu nie sprawdza, nie mówiąc już o porze deszczowej... W każdym razie samochód w pewnym momencie powiedział pas - więcej już na swoje barki chyba przyjąć nie mógł. W efekcie ruszyliśmy, ale jedynie jakieś 10 kilometrów.

Do miejsca docelowego - Potosi - zostało nam ciągle około 40 km. Kierowca powiedział, że jest problem z jedną ze śrub mocujących oponę. Poważna usterka, szczególnie jak na taką podróż. Nie było wyjścia - musieliśmy się cofnąć do Villamaria, mieściny leżącej tuż obok Manizales. Umówiliśmy się za półtorej godziny w tym samym miejscu. Czas ma to do siebie, że inaczej płynie w różnych stronach świata. Niby 60 sekund to 1 minuta, 60 minut to 1 godzina, ale jakoś moje doświadczenie mówi co innego... Przynajmniej nauczyłem się panować nad złością, która w takich sytuacjach tylko pogarsza sprawę. Adaptacja do otaczającego świata jest kluczem przetrwania, nie mogłem więc odmówić świeżo usmażonych empanadas i mocnej espresso, tutaj nazywanej tinto. Po 7 godzinach, z uśmiechem na twarzy, pojawił się Don Jaime. - Wyszło troszeczkę dłużej niż zakładałem, ale już jestem. W obu przypadkach miał rację.

Podróż do Potosi jest piękna. Wąskie ścieżki pnące się stromo na szczyty lokalnych gór. Duża ilość kamieni i błota pozostawionych po osunięciach zapewnia dobrą dawkę emocji. Mijaliśmy liczne mleczarnie i pola uprawne, których bohaterem głównie są tutaj ziemniaki. Wraz z coraz to większą wysokością pejzaż powoli pustoszeje. Odgłosy krów i koni pozostają wspomnieniem. W połowie drogi się zatrzymujemy. Nie ma tu żadnej farmy, nie ma żadnego domu. Stoi za to posąg Maryi, otoczony sporą liczbą lamp samochodowych. Każda ma wypisany flamastrem numer rejestracyjny jakiegoś samochodu.

Moje doświadczenie z podróży po wenezuelskich Andach podpowiedziało szybko co tu robimy. Znicz zapalony przez kierowcę nie pozostawił złudzeń. – Wielu moich przyjaciół straciło tu życie. Te lampy upamiętniają poszczególne wypadki, które miały miejsce. Modlę się tutaj zawsze za ich pamięć i bezpieczny przejazd. Pomóc w zapewnieniu beztroskiej podróży miały też liczne figurki. Nad deską rozdzielczą było mnóstwo postaci biblijnych obserwujących pasażerów. W takich momentach zastanawia mnie, czym dla ludzi jest wiara, czy wynika z przesądu? Czy nasz kierowca sobie myślał - Jeżeli się nie przeżegnam, może mnie spotkać krzywda?

Jakąś godzinę później dotarliśmy do Potosi, no, prawie dotarliśmy, bo odcinek ostatnich 10 km nie był przejezdny. Wzięliśmy rzeczy i ruszyliśmy. Było już po 16 i chcieliśmy dojść przed zmrokiem do opuszczonej farmy, która jest blisko wejścia do parku narodowego Los Nevados. W tej części świata przemiana dnia w noc jest zaskakująco szybka.

Osobiście lubię się uczyć na cudzych błędach, więc może ktoś będzie się chciał nauczyć na moich. Na tą sześciomiesięczną wyprawę zabrałem ze sobą plecak 90 litrów; wypchany po brzegi waży troszeczkę ponad 30 kg. Większą część zajmuje mi sprzęt – apart, dwa obiektywy, statyw, akumulator, ładowarka solarna, laptop. Nie pomaga też fakt, że podróżując z północnych regionów Ameryki Południowej, aż po południowe krańce, nie sposób przebywać w jednej strefie klimatycznej. I oto w ten sposób spakuj się na sawannę, góry, plażę, lasy równikowe, pustynie i lodowce. No, ale wracając do rzeczywistości. Chciałem zobaczyć jak się chodzi po górach z takim ciężarem na plecach. Zobaczyć, jak sobie poradzę z mniejszą ilością tlenu. Nie musiałem czekać długo na odpowiedź.

Więcej: www.amerykapoludniowa2011.pl


Przy bardziej stromych wspinaczkach każdy krok jest jak walka ze samym sobą; sprawdzanie granic swoich możliwości fizycznych, ale także psychicznych. Po 3,5 godzinach marszu (łączonego z nie jedną przerwą) dotarliśmy do celu, opuszczonego budynku, gdzie miejscami był dach i dziurawe ściany, które lekko zmniejszały siłę wiatru. Lepsze to niż nic. Rozbiliśmy namiot i przystąpiliśmy do uczty z bułki i salchichon (przetwory wieprzowe). Niestety kolejny dzień nie dorównał naszym oczekiwaniom. Nawet nie był bliski - wielka burza i mgła ograniczająca widoczność. Z drugiej strony, to właśnie te elementy składają się na istnienie rzadkiego ekosystemu, który zaopatruje miliony ludzi w wodę.

Zdecydowaliśmy się wyruszyć do Laguna Del Otun, jako że pogoda nie zapowiadała nadchodzących zmian. Jest to jedynie jakieś 13 km, ale podczas ulewy idzie się o wiele trudniej. Liczne bagniste odcinki i zapadająca się ziemia nie sprzyja szybkiemu przemieszczaniu się. Dotarliśmy nad lagunę po jakiś 5 godzinach. Byłem cały mokry, ale na szczęście zapas suchych ubrań, upchany w plastikowych workach, czekał na mnie czule. Deszcz na pół godziny dał o sobie zapomnieć. W tym czasie udało nam się rozstawić namiot w miarę bezpiecznym miejscu i nabrać wody z coraz to większych strumieni. Ledwo co założyłem suche ubrania a znowu otworzyły się niebiosa.

Szybki skok do namiotu uświadomił mnie o smutnej prawdzie. Nie ma miejsca dla mnie, Luisa i naszych rzeczy. Wybieranie spośród złych rozwiązań nigdy nie jest przyjemne, jest koniecznością z którą trzeba się zmierzyć. Długo decydowałem się jaką pozycję do snu wybrać, kartkując strony mojej wyobraźni w poszukiwaniu rozwiązania. Nie mogłem niestety owego znaleźć i w złości z domieszką desperacji rzuciłem się na plecy, rozpychając w gąszczu znajdujących się w namiocie rzeczy. Ta noc była zdecydowanie zimniejsza od poprzedniej - ciągle powyżej 0 stopni, ale wiatr i deszcz pogorszyły sprawy.

Pobudka była bardzo miła - tymczasowy brak deszczu wsparty słońcem, które wystawiło część swojego ciepła zza chmur i pozwoliło mi zrobić parę zdjęć. Niestety nie na długo, bo zaledwie godzinę, ale i tak była warta wysiłku i wyrzeczeń. Niestety mokre ubrania nie zdążyły wyschnąć i musieliśmy się zmierzyć z dylematem: zostać w suchych czy założyć mokre? W dzień nie jest tak zimno jak w nocy i podczas wysiłku, jakim jest chodzenie po górach, ciało całkiem sprawnie utrzymuje swoją temperaturę. W nocy jest inna sytuacja i suche ubrania są obowiązkowe (chyba, że komuś spieszno do hipotermii.) Jeep miał nas zgarnąć rano z tego samego miejsca, gdzie nas zostawił. Zdecydowaliśmy się na demontaż obozu około południa i ruszyliśmy w drogę powrotną...

Pomimo jeszcze większych utrudnień środowiskowych, udało nam się przejść trasę w całkiem dobrym tempie - 4 godziny do najwyżej położonego punktu w Potosi i kolejne 1,5 do umówionego miejsca. Rozbiliśmy namiot i w znanym nam dobrze rytuale, przebraliśmy się w suche ubrania (lekko wilgotne, ale prawie suche). Zajadając się ostatnimi porcjami jedzenia - sardynki w puszcze oraz arepa z radością witałem w swoich myślach obraz Don Jaime i ciepłego prysznica w Manizales. Obaj rano wstaliśmy ze wschodem słońca, szybko spakowaliśmy swoje rzeczy i w bezpieczeństwie namiotu czekaliśmy. Czekaliśmy. CZEKALIŚMY. I nic... Wiedzieliśmy, że droga jest trudna i są problemy, gdy pada dużo deszczu, a nasze ubrania świadkiem - padało dużo deszczu.

Tutaj jest miejsce, aby przekazać kolejną ciężką dla mnie lekcję - wełna nawet mokra (patrz ubrania Luisa) utrzymuje właściwości grzewcze. Inne (patrz ja) – niestety nie za bardzo. Nauczyłem się za to szanować moje poncho przeciwdeszczowe! Chyba muszę trochę przyspieszyć, bo mruga napis very low battery. W każdym razie zdecydowaliśmy się pozostać w tym samym miejscu jeszcze jeden dzień i zobaczyć, czy juto rano zjawi się transport. Niestety tak się nie stało i jako, że jedzenie już nam się skończyło wczoraj (a był to skąpy posiłek mówiąc delikatnie) zdecydowaliśmy się wyruszyć do farmy, która jest jakieś 15 km niżej od naszego obecnego położenia i mam nadzieję, że będziemy w stanie przeczekać tam do przyjazdu, już utęsknionego przeze mnie jeepa!

Alex Piniński - z wykształcenia socjolog, absolwent Akademii Koźminskiego. Szkolił się w Raiffeisen S.A.w Warszawie (Departament Operacji Walutowych) i Barclays PLC w Londynie (Departament Zarządzania Aktywami). Specjalista w dziedzinie zarządzania zasobami ludzkimi i komunikacji niewerbalnej. Licencjonowany hipnoterapeuta (USA). Organizator przedsięwzięć charytatywnych, podróżnik i miłośnik sportów ekstremalnych.

Więcej: www.amerykapoludniowa2011.pl