"Zagraj to jeszcze raz, Sam"
Zdanie wypowiedziane przez Humphreya Bogarta w filmie "Casablanca" doskonale pasuje do Maroka. Bo jak się już tu przyjedzie, to potem chce się ciągle wracać. Na taką afrykańską wyprawę wybrała się z Gdyni nasza Internautka Karolina. Oczywiście odwiedziła również Casablancę.
- On zwiedza tylko na golasa!
- W stolicy afrykańskiego Malawi chichoczą hieny
- Marzysz o Krecie? Lepiej daj sobie spokój
- Sprawdź, co różni pielgrzyma od turysty
- Płynęli na desce po lepsze życie
- Mantrę mruczą nawet Rosjanie z różańcem
- Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu
- Najbardziej szalone pomysły na urlop
- Wyrok za dowcipy o Allahu
- Osaczeni terroryści wysadzili się w Casablance
- Amerykanie w Maroku boją się o życie
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-02-14

temp. min -19°C max. 1°C
opady:
śladowe opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Casablanka odpycha swą brzydotą, ale jednocześnie w jakiś niewyjaśniony sposób fascynuje. To, co uderza w tym mieście najbardziej, to kontrast między biedą a bogactwem. Natykamy się na imponujący w swych rozmiarach i przepychu meczet, by za chwilę zderzyć się ze skrajnym ubóstwem obecnym na pobliskim suku (targu).
Ulice slumsów zdają się zacieśniać wokół intruza, tworząc labirynt, z którego trudno się wyrwać. Zapachy i widoki paraliżują, nie pozwalają na wnikliwą obserwację otoczenia. Reszta Casablanki jest nijaka, neoklasycystyczna, bezbarwna. To trochę tak, jakby to miejsce pozbawiono nagle dawnego splendoru i zepchnięto do nowej, gorszej formy egzystencji. Miasto broni się usilnie przed tym zdegradowaniem, ale obserwator wie podświadomie, że jest to walka nierówna i z góry przegrana – bo czasu i zapomnienia pokonać nie można.
Na lotnisku w Marrakeszu o trzeciej nad ranem panuje nieprzenikniona cisza, przerywana tylko czasem śpiewem muezzina, nawołującego wiernych do modlitwy. Sala odlotów – my, nasze walizki, strażnicy i... koty. Niezrozumiałe dla Europejczyka zwyczaje pozwalają kotom na swobodę.
Marrakesz – to miasto nigdy nie śpi, dniem i nocą przelewa się jego ulicami kolorowy tłum, wchłaniający jakby od niechcenia zapachy przypraw i słodyczy. Wszystko jest tu nieformalne, niejednoznaczne, bazujące na umowie międzyludzkiej, bardzo zresztą ulotnej – chwila wahania i oferta znika jak kamfora. Człowiek zmuszony jest płynąć z falą, poddać się rytmowi życia miasta, bo inaczej się zgubi, przepadnie.
Nie trzeba stawać przed stoiskiem, by być uznanym za klienta. Wystarczy "rzucić okiem", nawet odruchowo, by dostać jedyną i niepowtarzalną ofertę kupna. I rzadko w takich momentach udaje się nie kupić czegoś, czegokolwiek. Żadna rzecz na suku nie ma swojej ceny, jest ona zawsze wynikiem nieustających targów, uścisków dłoni, niezliczonych zachwytów nad wyjątkową jakością towaru i utyskiwania sprzedawcy, że oddaje swój drogocenny skarb za darmo. A kupujący? Zawsze odchodzi przekonany głęboko o tym, że mógł wynegocjować niższą cenę.
Największym marzeniem marokańskiego dziecka jest długopis, bo długopis to możliwość pisania, edukacji, rozwoju, a zatem – wyrwania się z biedy. W zamian można dostać zakładkę do książki w kształcie żyrafy, uplecioną małymi, zwinnymi palcami z trawy.
Biała skóra jest jak karta kredytowa, ten, kto ją ma, musi być bogaty, nie wolno go więc odstąpić ani na krok. Błędne przekonanie o bogactwie białych jest zjawiskiem powszechnym w postkolonialnym państwie. Wniosek: upadek pewnego systemu politycznego czy gospodarczego następuje o wiele szybciej, niż zmiana w umysłowości człowieka. Gdy obserwuje się zachowanie turystów z zachodniej Europy, można by zadać pytanie, czy i w ich umysłach nie pokutuje wciąż jeszcze kolonialne myślenie.
Scena z pociągu relacji Rabat – Marrakesz: młoda dziewczyna budzi się ze snu, spostrzega, że wysunął się jej kosmyk włosów znad czoła. Pospieszne rozejrzenie się wokół, czy nie jest w zasięgu wzroku żadnego mężczyzny (mnie zdaje się nie dostrzegać, bo jako kobieta nie stanowię zagrożenia) i już rozluźnia węzeł chusty, odsłania piękne, długie włosy, daje im wolność na te parę chwil, by zapleść je znowu w węzeł i zakryć chustą. Siada wygodnie, wyraźnie odprężona. To, co teraz przykuwa wzrok, to jej ogromne, orzechowe oczy – brak kontrastu z aksamitem włosów zdaje się jeszcze bardziej je uwydatniać. Nie zrobiłam zdjęcia, choć bardzo chciałam. Maroko uczy mnie pokory i szanowania ludzkiej prywatności.
Przeprawa przez Góry Atlas – niesamowite połacie dzikiej przestrzeni, uderzający brak śladów ludzkiej obecności – jedynym dowodem na to, że ktoś tu kiedyś dotarł jest ścieżka wijąca się wśród gór. Można jechać tędy cale godziny, nie natknąwszy się na żaden samochód. Góry mają kolor piasku, roślinność jest rzadkim luksusem. Upał panujący we wnętrzu samochodu obniża zdolność percepcji, wszystko spowite jest w półśnie.
Wschody i zachody słońca na pustyni to kwestia kilkunastu sekund. To trochę tak, jakby ktoś zgasił lampę, nagle jedynym źródłem światła stają się gwiazdy, zawieszone nisko na firmamencie. Prostota życia na pustyni pozwala na nabranie dystansu do tego, co naprawdę jest nam niezbędne do życia, a co jest jedynie wytworem środowiska, w którym żyjemy.
Maroko jest jak curry – mieszanka smaków, zapachów, stylów życia tworzy tam coś niepowtarzalnego, nieuchwytnego i... fascynującego. W moim portfelu nadal tkwi zakładka zrobiona z wysuszonej trawy – prezent od malej marokańskiej dziewczynki. Jest jak promyk słońca, odbijający się w jej ufnych oczach i przepustka do tamtego odległego świata. Gdy na nią patrze, moje myśli biegną wprost na zakurzone ulice Marrakeszu, spowite siecią ciągnącej się kilometrami po murze białej nici, niczym w micie o Ariadnie. Tak oto nigdy nie opuszczam Maroka do końca.
























































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!