Leon Tarasewicz, malarz: Supraśl, czyli słowiański Rzym na Podlasiu

Wszystkim, którzy podczas urlopu szukają czegoś więcej niż słońca, lasu i wody, polecam wizytę w miasteczku Supraśl koło Białegostoku. Niewielka miejscowość w Puszczy Knyszyńskiej słynie ze swoich walorów przyrodniczych, ale pod względem kulturowym jest o wiele bardziej niezwykła. Pokażcie mi inne miejsce w Polsce, które tak jak Supraśl może poszczycić się oryginalnym malarstwem rzymskim, które powstało u nas, a nie nad Tybrem!

Cofnijmy się o kilka wieków. Jest początek XVI wieku. W leśnych ostępach nad rzeką Supraśl marszałek Wielkiego Księstwa Litewskiego Aleksander Chodkiewicz przy współudziale prawosławnego biskupa smoleńskiego, późniejszego metropolity kijowskiego Józefa Sołtana funduje monastyr. Prawdopodobnie dzięki kontaktom w Kijowie do Supraśla przyjeżdża serbski mnich Nektariusz, który na ścianach cerkwi maluje słynne freski eksponowane dziś w tutejszym Muzeum Ikon. Warto o tym pamiętać, bo pełne informacje o autorstwie supraskich malowideł z niezrozumiałych przyczyn bywają pomijane w polskich podręcznikach i książkach o sztuce.

Zwróćmy uwagę na ojczyznę Nektariusza, którą była Serbia, w owym czasie prowincja Cesarstwa Rzymskiego. Mamy więc w Supraślu oryginalne malarstwo z Rzymu, niezwykły styk kilku kultur. W tym miejscu Imperium Rzymskie spotkało się ze Wschodem. Tu działa się wielka historia. Prawdopodobnie po śmierci Aleksandra Jagiellończyka wdowa po polskim królu Helena Moskiewska zamieszkała w dobrach Aleksandra Chodkiewicza i ufundowała w Supraślu klasztor. Helena była córką Iwana III, wielkiego księcia moskiewskiego, oraz katoliczki Zofii Paleolog o bizantyjskich korzeniach. Dzieje Supraśla splatają się więc także z historią Bizancjum, z kolebką kultury europejskiej, do której co rusz chcemy nawiązywać.

Supraska cerkiew i klasztor były jednym z głównych ośrodków intelektualnych w Wielkim Księstwie Litewskim obok Wilna i Ławry Kijowskiej. Mnisi zgromadzili bogatą bibliotekę z cennymi drukami i rękopisami (m.in. Kodeks supraski z XI - XII w.). Przy klasztorze działała drukarnia i papiernia, tłoczono tu książki religijne i świeckie w cerkiewnosłowiańskim, łacińskim i polskim.

Unikalna jest architektura supraskiej świątyni będącej oryginalnym połączeniem w cerkiewnym stylu budownictwa gotyckiego i bizantyjskiego. Wspaniale, że cerkiew wysadzona w powietrze 1944 roku przez wycofujące się wojska niemieckie została niedawno odbudowana, bo obiektów o podobnych walorach zachowało się zaledwie kilka - wśród nich jest m.in. cerkiew obronna w Małomożejkowie na Białorusi. Jeśli kiedyś przyjedziecie na Białostocczyznę, nie zapomnijcie odwiedzić Supraśla, unikalnego miejsca nie tylko pod względem rekreacyjnym, ale (a może przede wszystkim) duchowym.

Olga Tokarczuk, pisarka: Wambierzyce, czyli zapomniana śląska Jerozolima

Chciałbym zachęcić Was do odwiedzenia Wambierzyc w Kotlinie Kłodzkiej. To miejsce zawiera w sobie kwintesencję prowincji dolnośląskiej, jej dawnej świetności. Kiedyś jako Albendorf były Wambierzyce niezwykle ważnym ośrodkiem pielgrzymkowym. W XVIII i XIX wieku odwiedzało go rocznie nawet i sto tysięcy pielgrzymów, czyli niewyobrażalne jak na tamte czasy ilości. Teraz są miasteczkiem niemal zapomnianym, leżącym na uboczu wiecznie pędzącego i niespokojnego świata. Wambierzyce nazywano Śląską Jerozolimą, są bowiem zbudowane właśnie na wzór świętego miasta.

Płynący przez miasteczko strumień nazywa się Cedron, nazwy okolicznych wzgórz - Tabor, Syjon, Horeb - także nawiązują do tematyki biblijnej. A do miasteczka, podobnie jak do starej Jerozolimy można wejść przez jedną z dwunastu bram. Centralnym miejscem Wambierzyc jest przepiękna barokowa Bazylika, zbudowana w miejscu, w którym wydarzył się w dwunastym wieku cud uzdrowienia wzroku. Bazylika jest oczywiście sama w sobie warta dokładnego obejrzenia, jednak to, co mnie zachwyca tam najbardziej, to wiszące w nawach obrazy wotywne, które za każdym razem oglądam z zadziwieniem. Można je uznać za swego rodzaju antycypację komiksu. Są to obrazkowe opowieści ludzi o cudach, których doświadczyli. Można je oglądać godzinami. Ukazują życie zwykłych ludzi, umeblowanie ich domów, modę, jaka panowała w przeszłości, sytuacje pracy, wypoczynku, zabawy. Próbują opowiadać niezwykle historie, które zawsze kończą się happy endem. Ich kulminacyjnym momentem jest ingerencja Matki Boskiej.

Godna uwagi jest także Góra Kalwaria pokryta ogromną ilością kapliczek i stacji Drogi Krzyżowej. Mówiąc o Wambierzycach nie mogę nie powiedzieć o świętej Wilgefortis-Kummernis, którą opisałam w "Domu dziennym, domu nocnym". Jest to dawna portugalska święta, która przywędrowała do Środkowej Europy i szczególnie rozpowszechniła się na Dolnym Sląsku i w Saksonii. Wilgefortis odmówiła wyjścia za mąż i podjęcia roli, jaką wyznaczył jej ojciec - żony i matki. Za to stała się zaprzysięgłą dziewicą i postanowiła służyć Chrystusowi. Wilgefortis prosiła go o to, żeby obdarzył ja swoją twarzą, a w ten sposób niejako oszpecił ją. Rozwścieczony ojciec ukrzyżował ją za to.

Wizerunki Wilgefortis zwanej również Kummernis były kiedyś bardzo częste na Dolnym Śląsku. Uważano ją nawet za patronkę rozwodu (!). Jednak kontrreformacja dała się świętej bardzo we znaki. Została uznana za podejrzaną i w końcu zniknęła z żywotów świętych. Wambierzycki wizerunek Wilgefortis pozbawiono brody. Święta ma swoja kapliczkę za smażalnią ryb, gdzie - co też warto sprawdzić - podaje się świetnego smażonego pstrąga w migdałach. W Wambierzycach warto zobaczyć także zabytkową szopkę, która mnie zawsze wzrusza, bo pokazuje, jak bardzo infantylne i nieudolne są nasze próby odzwierciedlenia świata.

Zachęcam też do spokojnego powłóczenia się po Kotlinie Kłodzkiej. Spacer po wielopoziomowych uliczkach Nowej Rudy, kawa wypita na rynku w Radkowie, obiad w Bardzie, atmosfera pięknego Kłodzka i położenie Srebrnej Góry na pewno nie podniosą nikomu poziomu adrenaliny. Podejrzewam jednak, że ci, którzy by tego pragnęli, skaczą już na banji w Grecji albo surfuja na Pacyfiku. Kotlina Kłodzka jest dla zadumanych, wrażliwych melancholików, dla ciekawych naszej przeszłości miłośników historii (gdzie jest tyle pięknych i tajemniczych ruin?) i tych wszystkich tęskniących do spokojnych szlaków turystycznych, gdzie przez godziny nie uświadczysz nikogo. Zwróćcie też uwagę na mieszkańców Kotliny. To najbardziej mili i przyjaźni ludzie w Polsce.