Jak co roku spakowaliśmy dobytek i na zaplanowane pół roku wcześniej wakacje wyruszyliśmy pełni optymizmu i radości.

Wcześniej dzwoniłem do biura co dwa dni upewnić się czy nie ma zwyżki ceny za osobę - wszak cała prasa rozpisywała się, że może to nastąpić z powodu wzrostu cen paliwa. Na szczęście nic takiego nie nastąpiło i nadszedł ten upragniony dzień - jedziemy do kolebki cywilizacji na Kretę!

Żona z córką jakoś nas upakowały w trzy potężne torby, sprawdziliśmy czy mamy dokumenty i karty i hajda na lotnisko we Wrocławiu.

Odprawa błyskawiczna, trochę naszukaliśmy się stanowiska naszego biura, ale jakoś poszło.

Lot jakoś minął - z polskim pilotem to była czysta przyjemność. Na lotnisku w Heraklionie nikt na nas nie czekał - ale to raczej norma wśród biur, idzie się za stadem Polaków i teoretycznie można trafić pośród dziesiątek linii transportowych na tę, gdzie znajdą się nasze bagaże. Wystarczy patrzeć na monitory i jak nic na takim, gdzie nie jest napisane (inne z miast europejskich są doskonale oznakowane) to na pewno będzie nasz.

Potem bieg w kierunku wyjścia (na szczęście jest tylko jedno) i tam trzeba już się ostro dopytywać o stanowisko biura.

Miła pani kieruje nas do autokaru i jedziemy na spotkanie z hotelem.

Wykupiliśmy wczasy w hotelu Atali Village i jako ostatni mieliśmy dojechać na miejsce. Okazało się to dosyć niefortunne, gdyż w tym rzucie jako jedyni mieliśmy być w tym hotelu, a rezydentka nie uznała za stosowne nadrabiać drogi dla jednej pary i wysiadła z przedostatnią grupą turystów zostawiając nas samych!

Kierowca na szczęście wiedział gdzie ma jechać, bo poza swoim, nie znał żadnego języka.

Dojechaliśmy na miejsce, kierowca raczył jeszcze machnięciem ręki pokazać nam jakiś czarny gmach na wzgórzu i odjechał z piskiem opon (dosłownie).

Czarny gmach, gdyż jak się po chwili okazało, w tym hotelu akurat nie było prądu! Ale jak dotarliśmy pod niezłą górkę z bagażami, w kompletnych ciemnościach, to zaczęło się szukanie portierni.

Otóż w tym hotelu to nie jest takie proste - oznakowań nie ma, a główne wejście prowadzi przez trawnik do pokoi na parterze.

Polak uparty więc nie daje się zniechęcić i znalazł tę schowaną na piętrze portiernię.

Miły pan świecąc sobie latarką poprosił o vouchery. Nikt nam ich nie przekazał, a oryginały miały być na miejscu (wakacje kupowane były przez internet), rezydentki nie było, więc poświęcając 20 euro dostaliśmy jakiś pokój na noc.

Było ciemno, ale nasze dzielne dziecię miało na szczęście latarkę, więc jakoś się ułożyliśmy i zakończyliśmy tę noc snem.

Przebudzenie - pierwsze co robię to lecę do okna-balkonu i szukam widoczków z folderu, no niby kawałek morza widać, a poza tym jakieś takie same góry widać! Myślę sobie pomyliłem wycieczki, toż wylądowaliśmy w górach. Oczywiście żartuję, wiedziałem, że są tam góry, ale nie sądziłem że to wszystko jest zbudowane na stromych zboczach.

Czas na lustrację pokoju, więc opowieści, że to skromny pokój należy włożyć między bajki!

Ten pokój to masakra obozowa klasy melina, ściany zamalowane na szybko byle jaką farbą, kapiące krany, w obu zresztą woda ciepła i ciepła - tak to nie pomyłka o zimnej można zapomnieć.

Łóżka szpitalne z kółkami do przewożenia chorych, jak zechcecie się przytulić do drugiej połówki to odjedziecie na kółkach w drugą stronę ;-) Zestaw meblowy porozbijany z nieotwierającymi się szufladami dopełniał reszty.

Oczywiście żadnej lodówki, kołchoźnik na szczęście nie działał (taki jak z PGR-u), o TV to chyba tylko pomarzyć można. Ot, taka salka szpitalna z powiatowego szpitala polskiego z lat 50.

Idziemy na śniadanie. Zestaw jak w prawie całym basenie morza śródziemnego dla turystów, czyli ser żółty, mielonka udająca szynkę, jakaś rozbełtana jajecznica przypominająca przegląd tygodnia no i fasolka po bretońsku.

Nie oczekujcie że opiszę co było w dniach następnych, bo nie opiszę - było identycznie to samo!

Obiad zaś to mistrzostwo świata - niedogotowane ziemniaki (nie łudźcie się, że greckie) bo muszą jeszcze raz sie pojawić, te same, na kolację! Wiadomo - jak sie podgrzeje niedogotowane, to będą na kolację akuratne ;-)

Co do potraw mięsnych to pamiętam jedną - taka gruba kiełbasa a'la metka ze zmielonych ryb mięsa i czegoś jeszcze... Podgrzana oczywiście i udająca kotlety!

Aha, no i sałatki - więc nie ma kochani żadnych sałatek, leży sobie tacka z piętkami pomidorów (to nie żart, nie ma tych części środkowych), oraz tacka z ogórkami pociętymi na grubość palca, rzadko jakaś słodka papryka - jak Czesi i Francuzi się spóźnią! Kolacja to po prostu inne śniadanie z resztkami obiadu i śniadania których wczasowicze nie zjedli.

Będąc przy jedzeniu, zahaczmy jeszcze o tzw. bary all inclusive. Zapomnijcie o barze (tak reklamowanym) przy basenie - jest ale w remoncie i to przez cały sezon. Napoje owszem, ale dla Polaków w malutkich szklaneczkach, a Francuzi mieli w dzbankach ok. 4 razy większych od szklaneczki. Oczywiście jak się Polak postawi, to z niesmakiem, ale dadzą mu napój w takim dzbanku, złorzecząc co niemiara! O jakichś ciasteczkach czy innych dodatkach (poza lodami) to raczej zapomnijcie.

Basen to naprawdę jedyna rzecz w tym hotelu nieprzereklamowana! Jest cudowny i leżaczki w miarę wygodne. Jedyne, co może zmącić przyjemność pływania, to mocny strumień chloru pompowany bez ostrzeżenia przed zakończeniem (czyli przed godz. 20.00). Jak ktoś wtedy otworzy oczy pod wodą to płukanie oczu 30-minutowe z pieczeniem murowane.

Wracając do rezydentki - spotkanie miało być następnego dnia w porze obiadowej. Ok, myślę sobie idziemy i wyjaśnimy sprawę tych voucherów i może pokoju?

Zaczęło się niefortunnie, gdyż o wyznaczonej godzinie okazało się, że przeszkadzamy pani rezydentce w zjedzeniu posiłku hotelowego i może byśmy przyszli za jakieś pół godziny... Ok, przyszliśmy później.

Na pytania o vouchery dowiedzieliśmy się, że trzeba czytać w internecie, albo się wcześniej dopytać i jeździć na wczasy z wydrukowanym świstkiem z maila. No i wyszliśmy na głupków, co to czytać nie potrafią.

Potem już było coraz ostrzej. Nie wolno nam było wchodzić w słowo pani rezydent, gdyż jak usłyszeliśmy, ona jeszcze nie skończyła, a jak nieśmiało powiedzieliśmy, że to co nam mówi już wiemy, to ochrzaniono nas "no to czego jeszcze chcecie jak wszystko wiecie?" .

Zauważyliśmy z żoną, że wszyscy Francuzi jakoś albo, utykają albo mają jakieś bandaże czy są po jakichś operacjach kończyn. Najpierw nas to zdziwiło, ale zapoznany Grek nam to szybko wyjaśnił.

Otóż hotel ma podpisaną umowę na rehabilitację z francuskim NFZ, które prawdopodobnie finansuje ich pobyt. A Polacy, Niemcy czy Czesi, są tylko i wyłącznie zapchajdziurą, jak są wolne miejsca!!!

No ręce mi opadły!

Za bez mała trzy tysiące złotych od osoby kupiłem sobie i rodzinie wątpliwej jakości pokoik szpitalny z radiowęzłem, i to pokoik, którego łaskawie nie zajął jakiś Francuz!!! I jeszcze z oszukanym all inclusive i żarciem jakiego by mój pies nie chciał tknąć!

No dobra, myślę sobie, Polak twardy jest, a poza tym jest jeszcze morze i kolebka cywilizacji...

Ruszyliśmy więc na podbój okolicy. Po stoczeniu się z góry trzeba było znów wejść pod górę potem znów z góry i byliśmy nad morzem. Cali mokrzy od potu - wiadomo zero wiatru, a w cieniu 40 stopni.

Morze jak morze, raczej szarobrudne (klarowne raczej tylko w dzikich zatoczkach), piasek po zmoczeniu przypominający błoto i na długo przylepiający się do skóry i strojów kąpielowych (od środka ;-) Fal raczej też nie ma (zatoka) i jak jezioro to wygląda. Coś jak w Turcji, tylko mniej kamieni. Ale o gustach się nie dyskutuje, znam takich co tam byli i do śmierci będą przysięgać, że było cudownie.

Za to przy morzu całe rzędy kafejek, a raczej knajp w stylu europejskim - zero greckich klimatów, to wszystko dla turystów, a za wieczorek grecki, jak kto koniecznie chce poznać, to płacić trzeba.

Choć trzeba przyznać, że jedna knajpa (pod bananami) przypadła nam mocno do gustu. Prawdziwe kwitnące i owocujące bananowce - to jest jazda ;-)

Żarcie w knajpach znośne, ale dowiedzieliśmy się kolejnej nieciekawej rzeczy o hotelach w Grecji. Otóż na przykład takie mięso na potrawy nie ma nic wspólnego z mięsem greckiego bydła. Jest sprowadzane aż z Nowej Zelandii płynąc i gnijąc przez dwa miesiące do Grecji. Dlaczego? Kasa, kasa, kasa, mięso z Nowej Zelandii kosztuje 2,5 euro za kilogram, a miejscowe aż 6 euro, rachunek prosty, a turysta i tak zje wszystko. Podobnie jest niestety z innymi artykułami.

Po paru dniach opalania i leniuchowania przyszedł czas na wycieczki. Wzięliśmy na początek tę do Knossos jako, że to niby kolebka cywilizacji minojskiej. Zaczęło się standardowo, czyli opłata, wczesne wstanie na autokar i jazda. Pozbieraliśmy trochę chętnych z innych hoteli i po godzinie byliśmy już w Heraklionie.

Pani rezydent wysadziła nas na jakimś betonowym pustkowiu i oznajmiła ze stoickim spokojem że następny autokar będzie po nas za godzinę.

Grupka kilkunastu osób w tym starszych i z małymi dziećmi, smażyła się przez godzinę bez grama cienia, a na drugą stronę ulicy nie wolno nam było przejść bo jak nam powiedziała pani "pozabijacie mi się jeszcze wieśniaki" - no to zrozumiałe bo u nas w Polsce aut i ulic nie ma.

Jakoś nikt nie zemdlał, więc doczekaliśmy kolejnego autokaru i po kilkunastu minutach wysiedliśmy przed wejściem do pałacu Knossos.

Pani z rozbrajającą szczerością oznajmiła, że ona nie zna się na tym, więc będzie nam czytać z przewodnika o tej kupie gruzów. No faktycznie, ta kupa gruzów imponująco nie wygląda tym bardziej, że niejaki Artur Ewans - domorosły archeolog - po prostu z betonu odbudował to co mu się wydawało, że tam powinno stać.

Wielu współczesnych archeologów uważa zresztą, że poczynił nieobliczalne szkody, tą swoją betonową metodą, niszcząc nieodwracalnie kilka oryginalnych wykopalisk.

Ale to pikuś, to jest i tak ogromne mistrzostwo świata przywozić w to miejsce kupę ludzi za pieniądze i wmawiać im że widzą przeszłość.

Po zakończonej edukacji mamy jechać dalej, ale niespodzianka - znów zmiana autokaru - pół godziny dalej na skwarze szukając tego nowego.

Gdzie jedziemy? Ano dobre się już skończyło - teraz czas wydać pieniądze na sponsorów tej wycieczki (poza oczywiście pierwszą opłatą ok. 40 euro) czyli obwożenie po przybytkach gdzie mamy się zachwycać i kupować.

Na początek jakaś wytwórnia win. Tak wstrętnego wina nigdy nie piłem ale oczywiście do sklepu zaganiano nas jak bydło. Kupiłem jedno - dam mojemu wrogowi w kraju - może go skrzywi na dobre ;-)

Potem mamy jazdę do Heraklionu (w planach było zwiedzanie muzeum) ale pani przewodnik stwierdziła zostawiając nas w centrum tego miasta: "możecie tam podejść, to tam za rogiem, ale i tak nic nie zobaczycie, bo na 13 sal tylko dwie są dostępne - reszta w remoncie".

Zjeździliśmy kilkanaście krajów, ale z taką arogancją w stosunku do turysty w życiu się nie spotkaliśmy.

Wycieczek mieliśmy już dosyć. Póżniej wynajęliśmy sympatycznego Greka, który pokazał nam piękne oblicze Krety... Bez komercji, oszustw, naciągania i czytania z kartki o zabytkach, on opowiadał to wszystko z serca, tak jak to czuł.

Nadszedł czas, aby opisać naszych ulubieńców, którzy nie pozwalali się cieszyć do woli słowem mówionym. Otóż chodzi o te "piękne" owady cykady, opisywane przez poetów, jako te śpiewające poezję... Nic bardzie wrzeszczącego i paskudnego w życiu nie widziałem! Na odległość 3 metrów nie było słychać nikogo, oprócz tych "śpiewających poezję". Nawet do 100 decybeli potrafi toto wrzeszczeć, więc żartów nie ma. Koncerty na wolnym powietrzu są przez nie odwoływane, a te robale są wszędzie - obok hotelu również.

Trzeba mieć sporo samozaparcia aby dotrzeć do serca Krety jej mieszkańców, zabytków czy tradycji.

Artykuł nie ma na celu oczernianie jakiegokolwiek biura, czy osób, ot po prostu tak jest prawie wszędzie, więc nie ma co rozdzierać szat ;-)

Ewentualne komentarze prosze kierować na email: tenesi@o2.pl.