Gdy się jeszcze doda do powyższej listy często nawiedzające kraj trzęsienia ziemi, Iran może się wydać ostatnim godnym polecenia miejscem na spędzenie urlopu. Czy faktycznie należy go wymazać z turystycznej mapy świata?

Już chwilę po lądowaniu na zatłoczonym, ale schludnym lotnisku Mehrabad w perskiej stolicy zaczynasz rozumieć: Iran nie chce iść na wojnę z Zachodem. Miejsce, do którego trafiasz, to bezpieczny i stabilny kraj, którego mieszkańcy na każdym kroku próbują pokazać każdemu przybyszowi z Europy, jak bardzo chcieliby się z Zachodem dogadać.

"Can I help you? Czy mogę jakoś pomóc? Państwo wyglądacie tak smutno" - pyta tęgawy wąsaty Pers o sentymentalnym spojrzeniu. Dziękujemy odruchowo, bo jesteśmy mocno przybici. Z Moskwy nie przyleciał nasz bagaż. "Może jednak pomogę? Porozmawiam z pracownikami lotniska. Jestem tu bardzo znany. Mogę wiele załatwić" - dopytuje nieznajomy. Po kilku chwilach nasza nieufność mija, bo Fazil to nie żaden lotniskowy naciągacz, tylko irański piosenkarz, który przyleciał właśnie z koncertów w Turkmenistanie. "Wiem, że w Europie wiele złego mówi się teraz o moim kraju. Nie przyjeżdża tu zbyt wiele osób. Dlatego przykro mi, że mieliście pecha z bagażem. To mój kraj i nie chcę, żebyście mieli złe wspomnienia" - wyjaśnia. I mimo że jest trzecia nad ranem, odwozi nas na drugi koniec miasta do hotelu.

Dom - twierdza Persa

Po południu telefon przerywa odsypianie męczącego całonocnego lotu. "Hallo. Tu Fazil. Irański piosenkarz. Pamiętacie? Rafael Okay? Margaret Okay?" - słychać w słuchawce. Trochę z obowiązku proponujemy spotkanie. Godzinę później Fazil czeka już wraz z małżonką w hallu naszego hotelu. Jest wylewny. Przyniósł swoją płytę i słodycze. Wsiadamy do jego podstarzałego samochodu Kia i ruszamy ulicami 8-milionowego molocha.

Ulice Teheranu przez cały czas wyglądają, jakby właśnie wszyscy Persowie postanowili rzucić wszystko i ruszyć w drogę swoimi starymi Peykanami i motocyklami ozdobionymi napisami "jadę dla Allaha”. Rację ma ten, kto głośniej zatrąbi. Dlatego Fazil zamontował sobie klakson z jakiejś ciężarówki, żeby potrąbywać nim donośnie na każdym skrzyżowaniu. W ten sposób torujemy sobie drogę, zmierzając na położony u stóp gór Elbrus północny Teheran. Fazil wiezie nas do mieszkania swojego bogatego przyjaciela, który ma firmę pośrednictwa nieruchomości. A ponieważ Teherańczyk im bogatszy, tym wyżej mieszka, więc powietrze z minuty na minutę staje się wyraźnie bardziej rześkie i mniej zanieczyszczone.

Już na progu kobiety zdejmują chusty. "Dom to twierdza Persa i nikomu nic do tego" - tłumaczy Fazil. "Kobiety muszą zasłaniać włosy tylko na ulicach w trosce o moralność. Dzięki temu mniej jest pokus, mniej rozwodów i więcej udanych małżeństw" - przekonuje. Na stole pojawia się kilka puszek piwa Tuborg, choć od przejęcia władzy przez ajatollahów w 1979 picie alkoholu jest w Iranie zabronione. W wielu krajach muzułmańskich, nawet tych na Półwyspie Arabskim, gdzie kobiety nie mają prawie żadnych praw, w hotelach tylko dla turystów można kupić alkohol i cieszyć się względną swobodą. W Iranie się tego nie praktykuje. Za picie alkoholu grożą więzienie i kara publicznej chłosty. Brak jest pubów, dyskotek, klubów.

Pozostają domowe imprezy, kino, koncerty, spacery, gry i pikniki w parku. Najbardziej popularnym i tradycyjnym sposobem spędzania wolnego czasu są spotkania z rodziną i przyjaciółmi w czajchanach. Pijąc jedną za drugą szklaneczkę czarnej, gorzkiej herbaty nalewanej z samowara i zagryzanej twardą kostką cukru oraz paląc kojąco bulgoczącą wodną fajkę nabitą aromatycznymi tytoniami, bywalcy godzinami wiodą rozmowy, czytają poezję. Daktyle, pyszne ciasteczka i tradycyjna perska muzyka dopełniają atmosfery spokoju i wprowadzają w błogostan. Turyści szybko wpadają w czajchanowy nałóg i między jednym a drugim zabytkiem wstępują, by odpocząć, poobserwować tubylców, poczytać przewodnik lub zadumać się i pozwolić, by chwile leniwie ulatywały wraz z tytoniowym dymem.

Koran to podstawa

Zatroskanie o międzynarodowy image swojej ojczyzny charakteryzuje nie tylko wielkomiejską klasę. Nieważne, czy to typowy Teherańczyk ubrany w koszulę włożoną w zaprasowane na kancik spodnie, czy noszący dużo chętniej szerokie zwiewne szaty mieszkaniec Beludżystanu na wschodzie Iranu - wszyscy chcą udowodnić, że ich kraj to bezpieczne miejsce niemające nic wspólnego z owładniętymi wojną sąsiadami Afganistanem i Irakiem.

"To wam się pewnie musi wydawać dziwne, takie tłumy, pewnie myślicie, że tam pełno terrorystów" - zagaduje nas młody żołnierz, gdy na placu Imama w centrum półtoramilionowego Isfahanu patrzymy sobie, jak w piątkowe popołudnie z meczetu wylewają się tłumy wiernych. Szybko gromadzi się wokół nas spora grupka Persów. "Większość ludzi uważa, że Iran wspiera lub przynajmniej sympatyzuje z islamskim terroryzmem. Do tego jeszcze wasze władze cichaczem próbują wyprodukować bombę atomową" - odparowujemy. Żołnierz uśmiecha się tylko, bo wie, że szykuje się fundamentalna polemika, przy okazji której poćwiczy trochę swój dawno nieużywany angielski. "Iran potrzebuje energii. Tak jak wiele państw świata chcemy postawić na energię atomową. Europa może to robić, Ameryka także, dlaczego nie my?" - pyta.

Chłopak z trzydniowym zarostem, który siedzi obok mnie na dywanie pod ścianą meczetu w Szirazie, ma na imię Mehdi i zgadza się z opinią, że to Stany Zjednoczone są winne złych notowań Iranu na świecie. "Ameryka nie może się pogodzić z tym, że wyrwaliśmy się z ich szponów i chciałaby znów mieć naszą ropę za bezcen. Najpierw nakłonili Irak do ataku na nas, a gdy ten plan się nie udał, twierdzą, że wspieramy międzynarodowy terroryzm. A przecież Koran to przesłanie pokoju" - tłumaczy. Mówiąc to, pokazuje mi swoją komórkę. "Popatrz, właśnie kupiłem sobie nokię. Daje tyle możliwości, ale nie będę o nich wiedział, jeśli nie przeczytam instrukcji obsługi. Koran to właśnie taka instrukcja obsługi, tyle że do... życia" - kończy.

Życie jak z bollywoodzkiego filmu

Z meczetu już tylko krok na bazar, który od wieków jest sercem perskich miast. Handluje się tam wszystkim: od przypraw i wyrafinowanych tkanin po tandetne budziki w kształcie meczetu, które budzą cię przeciągłym okrzykiem muezina. "Państwo z Polski? A witam, witam. A czy znacie... Josepha Conrada? On chyba był Polakiem. Bo Kafka to nie Polak, prawda? Chyba Czech z tego, co pamiętam" – przedstawił nam się 23-letni nauczyciel angielskiego Ali, który musi dorabiać pracą na straganie. "Chce się ożenić, ale nie mam na mieszkanie. A dopóki nie będę miał domu, moja pozycja w negocjacjach z rodzicami mojej narzeczonej jest słaba. Nie mogę im na przykład powiedzieć: kupcie lepszą zamrażarkę albo telewizor" - tłumaczy.

Nagle wyraźnie się ożywia: "Może wy moglibyście porozmawiać z moimi teściami. Powiedzieć, że w Europie to zupełnie normalne wynajmować mieszkanie" - mówi. "Spotkajmy się tu jutro o tej samej porze" - prosi.

Gdy spotykamy się następnego dnia, zabiera nas do tradycyjnej herbaciarni, gdzie przy dizi i fajce wodnej chwali się: "Dzięki wam zarobiłem wczoraj 2 mln tomanów. Jak powiedziałem, że chcę was prosić o pomoc, mój ojciec się wściekł. – Co? Mój syn ma prosić Europejczyków o pomoc? Niedoczekanie. Co oni sobie o nas pomyślą? Sam dam ci te pieniądze" – opowiada.

W dowód wdzięczności zaprasza na piknik nad rzeką, a brat narzeczonej Alego odwozi nas na motorze do hotelu. Zwyczajni Irańczycy podróżują po swoim kraju autokarami. Długie godziny potrzebne na pokonanie kilkusetkilometrowych odcinków z Teheranu do Isfahanu, Jazdu czy Szirazu uprzyjemniają im aplikowane przez kierowców irańskie filmy. Najwyraźniej hitem tego lata był w Iranie film "Zraniona niewinność": historia dziewczyny, która nie chce poślubić wskazanego przez ojca mężczyzny. Ten ucieka się do fortelu i fałszuje jej e-maile, doprowadzając do powstania niesnasek w rodzinie. Ojciec bije córkę na kwaśne jabłko, ta idzie na policję i rodziciel trafia za kratki. Na szczęście niecny spisek czarnego charakteru wychodzi na jaw, a ojciec i córka rzucają się sobie w ramiona. Większość spotkanych przez nas Persów sprawiało wrażenie, że podobny stosunek łączy ich z rodzimą władzą. Czasem się poczubią, ale na ostateczną zerwanie nikt tutaj nie ma na poważnie ochoty.

Warto wiedzieć

Irańczycy chętnie obchodzą święta związane z czasami przedislamskimi, zwłaszcza zoroastryzm - religia starożytnych Persów - jest wciąż żywy mimo bardzo niewielu już wyznawców. Celebrowanie takich świąt jak Nouruz - perski nowy rok obchodzony w dzień przesilenia wiosennego - przypomina o dawnej potędze i starożytnej historii, a praktykowane jest także przez muzułmanów. To przecież głównie dla obchodów święta Nowego Roku Dariusz I Wielki zaplanował i zbudował w VI wieku p.n.e. imponującą stolicę świata Persepolis, która stała się letnią stolicą Królestwa Perskiego. Po najeździe i spaleniu dwa wieki później przez wojska Aleksandra Wielkiego podupadła i z czasem przykryta piaskiem, kurzem i kamieniami popadła w zapomnienie aż do XVIII wieku, gdy na ruiny natrafili europejscy podróżnicy. Dziś jest to wspaniałe muzeum leżące kilkadziesiąt kilometrów od Szirazu i rzadko odwiedzane przez turystów. Można tam przez cały dzień podziwiać ruiny, liczne rzeźby i płaskorzeźby, a fotografując - nie martwić się, że ktoś wejdzie w kadr.

Po podróżach przez pustynie i miasta warto odetchnąć nad morzem lub w górach. Do wyboru są upalne plaże Zatoki Perskiej lub położone na depresji wybrzeże Morza Kaspijskiego. Na kaspijskim wybrzeżu wypoczywał sam szach. Jego pałac można zwiedzać w dawnym kurorcie Ramsar. Za szacha mężczyźni trwonili pieniądze w kasynie, a na plaży opalały się panie w bikini. Dziś damską część plaży od męskiej oddziela szczelny parawan na metalowej konstrukcji wychodzący daleko w morze, choć i tak kobiety siedzą na piasku i pływają w... czadorach.

Informacje praktyczne

JAK DOJECHAĆ

Główne lotnisko mieści się niedaleko Teheranu (Mehrabad). Można na nie dolecieć m.in. z Londynu. Samochodem lub autobusem dojechać można z Turcji.

GDZIE SPAĆ

Cudzoziemcy mogą zatrzymywać się tylko w hotelach, motelach i guesthouse’ach. Ograniczenia w podróżowaniu dotyczą terenów wojskowych; poza tym niektóre obszary mogą być niedostępne dla obcokrajowców z uwagi na sytuację polityczną (pogranicze z Irakiem) lub działalność band przemytniczych (pogranicze z Afganistanem i Pakistanem).

PRZEWODNIKI

W Iranie, jeśli nie zna się języka, potrzebny jest dobry przewodnik. Polecamy angielskie wydanie Lonely Planet, który mieli pod pachą wszyscy inni napotkani turyści. W wielu hotelach i knajpach, nawet tych tanich, obsługa mówi podstawowym, a czasem dobrym angielskim. Warto przed wyjazdem zaopatrzyć się w rozmówki farsi - my ich nie mieliśmy i bardzo żałowaliśmy – i nauczyć się odczytywania cyfr arabskich, bo w nich wypisane są w sklepach wszystkie ceny.

KUCHNIA

Wbrew literackim opisom, dostępna turystom kuchnia irańska jest monotonna i niebyt porywająca: głównie ryż i kebaby drobiowe i baranie albo kurczak pieczony. Jedliśmy i piliśmy wszystko, w tym surowe owoce z targu i nieprzegotowaną wodę z ulicznych kranów - i ani razu nie mieliśmy kłopotów żołądkowych.

WALUTA

Irańska waluta na początku trochę stresuje, szybko jednak okazuje się, że to nie takie trudne. Choć oficjalna waluta to rial, Irańczycy często podają cenę w dawnej walucie tomanach. To mylące bo 1 toman to 10 rialów. Pez paniki. W razie problemów, prawie zawsze znajdzie się ktoś, kto zna angielski i zaoferuje pomoc. Wymiana euro lub dolarów nie stanowi problemu. Najlepiej robić to w prywatnych kantorach, których jest dużo. Nie warto chodzić to banków, których jest w iranie zatrzęsienie, ale mają dziwaczne godziny wymiany i wiąże się to z dokuczliwą i niezrozumiałą bieganiną od okienka do okienka.

WAŻNE ADRESY

Ambasada RP w Teheranie
No. 1/3, Pirouz St., Africa Expressway,
Tehran, Iran, PO Box 11155-3489
tel: +98 (21) 8878 7262 do 64
fax: +98 (21) 8878 8774

Sekcja Konsularna - fax: +98 (21) 8887 2627
ambasada@teheran.polemb.net
konsulat@teheran.polemb.net

Godziny pracy ambasady:
8 - 16 od niedzieli do czwartku (w piątki i soboty ambasada jest nieczynna)

Ambasada Islamskiej Republiki Iranu
ul. Królowej Aldony 22
03-928 Warszawa
tel. 617 15 85, 617 42 93
fax 617 84 52
iranemb@iranemb.warsaw.pl