Amerykańska Bawaria

Nie trzeba znać historii tego amerykańskiego miasta, aby podziwiając tutejsze budowle, odkryć, jakie są korzenie jego mieszkańców. Frankenmuth ma najbardziej autentyczną architekturę bawarską w USA. Niepowtarzalny urok nadają miastu ciągi bawarskich domków, których okna przystrojone są bujnymi pelargoniami. W zabytkowych budynkach ulokowały się liczne galerie, knajpki i sklepy z pamiątkami.

Początki Frankenmuth związane są z luterańskim misjonarzem Frederickiem Wyneken. Przybył on z Niemiec do Ameryki w pierwszej połowie XIX wieku, by nauczać chrześcijaństwa Indian Chippewa, którzy żyli na terenach dzisiejszych stanów Michigan, Wisconsin, Ohio i Indiana. Nieco później pracę duszpasterską rozpoczął tu Wilhelm Loehe. Ostatecznie grupa misjonarzy powiększyła się do piętnastu osób, które umacniały wiarę również wśród przybywających coraz liczniej niemieckich pionierów. Osiedlili się oni w okolicach dzisiejszego Frankenmuth i zagospodarowywali tutejszą ziemię. W 1845 roku osadnicy odkupili 680 akrów indiańskiego rezerwatu za 1700 dolarów i na tym skrawku założyli miasto. Z czasem zbudowali w nim kaplicę o wdzięcznej sylwetce, poświęconą kolędzie Cicha Noc, która jest tu jedynym zabytkowym obiektem do zwiedzania.

Od tamtego czasu Frankenmuth nie straciło nic z typowo niemieckiego landszaftu, dzięki czemu nazywane jest małą Bawarią w centrum Michigan, gdzie do dziś podkreśla się, a nawet celebruje bawarskie odrębności i zwyczaje.

Kariera świecidełek

Dziś miasteczko liczy cztery tysiące mieszkańców. Utrzymują się oni przede wszystkim ze sprzedaży ozdób bożonarodzeniowych. We Frankenmuth znajduje się największy na świecie bożonarodzeniowy sklep o powierzchni prawie sześciu pól futbolowych. Rok w rok do miasta zjeżdżają masy ludzi z różnych stron świata, by kupić tu świąteczny papier, słomę, błyszczącą folię, perforowaną blachę, bajecznie kolorowe łańcuchy, świecące figurki, anielskie włosie, girlandy, świeczki, lampki i mnóstwo innych ozdób oraz obrusy i karty ze świątecznymi życzeniami. Kilka sklepowych hal wypełniają bombki posegregowane pod względem kolorów i kształtów. W sklepie można kupić bombki z Elvisem Presley'em, Marilyn Monroe, Johnem Eltonem, księżną Dianą i wielu innymi znanymi ludźmi. W trakcie kampanii prezydenckiej pojawiły się bombki z podobizną Hillary Clinton i Baracka Obamy. Choć wiele z nich ociera się o kicz, można doszukać się wśród nich prawdziwych dzieł sztuki. W jednym z sektorów artyści plastycy tworzą bombki na życzenie klientów, ale te osiągają zawrotne ceny w porównaniu z masówką "made in China".

Ogromne przestrzenie sklepu zajmują też drzewka bożonarodzeniowe i żłóbki. Nie brakuje też świętych Mikołajów, elfów, skrzatów, reniferków i sani i jakby bożonarodzeniowego asortymentu było za mało, sklep wabi kolorowymi wnętrzami, zapachami i nastrojową muzyką.

Każdego roku miasto odwiedzają trzy miliony przyjezdnych ze wszystkich stron Michigan. Trafiają tu również turyści z najodleglejszych zakątków świata, zabierani przez amerykańskich przyjaciół, którzy uważają Frankenmuth za jedną z największych atrakcji stanu. Co ciekawe popyt na bożonarodzeniowy towar nie słabnie nawet po sezonie, bo Amerykanie nigdy nie chowają wszystkich świątecznych ozdób do pudeł. W domach zapala się lampki przez okrągły rok, a kawę popija z kubka ze św. Mikołajem. Dlatego tuż po świętach do Frankenmuth rusza nowa fala klientów, licząca na posezonowe przeceny.

Śnieg gwarantowany

Ogromną zaletą Frankenmuth jest jego położenie geograficzne, w pobliżu zachodniego brzegu jeziora Huron, mniej więcej w centrum Michigan, które należy do stanów o jednym z najchłodniejszych klimatów w USA, gdzie śnieg sypie nieprzerwanie już od października do marca, a bywa, że przy silnych opadach zalega aż do okien. Poza tym we Frankenmuth śnieg na Boże Narodzenie to sprawa gwarantowana.

Do miasta dobrze dojechać samochodem. Okoliczny krajobraz charakteryzują niewysokie pagórki, na których drogi najpierw wspinają się, a później zjeżdża się po nich na łeb, na szyję.

Centrum miasta lepiej jednak zwiedzać, spacerując lub przesiadając się do stojących przy głównej ulicy zaprzęgów konnych, powożonych przez mężczyzn w kapeluszach z piórkiem i ubranych w skórzane, wyszywane spodnie jak na prawdziwych Bawarczyków przystało. Miasto można też podziwiać ze statków spacerowych, które dosyć często kursują po rzece Cass. Przez rzekę przerzucony jest most z dziewiętnastowieczną metryką. Jest to najdłuższy drewniany most w Stanach.

Poza architekturą w stylu bawarskim, licznymi galeriami, muzeami, pomnikiem poświęconym Indianom Chippewa i Domem Skrzatów, które zajmują uwagę turystów tuż po opuszczeniu sklepu, są tu dwie wyjątkowe, dziwiętnastowieczne restauracje z tradycyjną, bawarską kuchnią. Starsza została otwarta w 1856 roku, młodsza - w 1888 roku. Naliczono, że z trzech milionów ludzi odwiedzających miasto każdego roku aż dwa miliony wybiera bawarskie dania przyrządzane w tych restauracjach. W jadłospisie dominują potrawy z dziczyzny, specjały z rusztu, pieczona golonka, którą można zagryźć preclami lub knedlami.

We Frankenmuth nie brakuje również lokali serwujących wielogatunkowe piwo podawane w tradycyjnych, bawarskich kuflach z grubego szkła.

Ile potrzeba czasu na to miasto? Zgodnie z tutejszym powiedzeniem, jeśli ktoś chce, święta Bożego Narodzenia mogą trwać przez cały rok...