Urszula Ferenc: Pierwszych kilkanaście lat życia spędził pan w Polsce. Były to jednak lata trudne, naznaczone wojną, prześladowaniem i ucieczką do lepszej rzeczywistości, do Izraela. Czy mimo tego wspomina pan ówczesną Polskę z sentymentem?

Szewach Weiss: Zdecydowanie tak. Jestem zakochany w Polsce i jej krajobrazie zarówno w sensie fizycznym, jak i metafizycznym. W każdym miejscu, do którego dziś jadę, czuję, że gdyby nie niepomyślne losy, mógłbym tam żyć. Z tego punktu punktu widzenia Polska jest dla mnie drugą ojczyzną.

Które miejsca są panu szczególnie bliskie?

Najważniejszy i najpiękniejszy jest dla mnie Borysław, miasteczko, w którym się urodziłem i spędziłem dzieciństwo. Leży w Karpatach, niedaleko Truskawca. Co prawda dzisiaj Borysław jest miasteczkiem ukraińskim, ale wtedy, w czasie wojny, kiedy w nim żyłem, należał do Polski. Zresztą, ja nie patrzę na nie pod kątem przynależności do danego kraju, dla mnie to jest po prostu moje miasteczko – moje i mojej rodziny. Zawsze, kiedy tu przyjeżdżam, doznaję szoku, bo wracają do mnie wspomnienia trudnego dzieciństwa, obrazy ucieczki i prześladowania, tego, jak musieliśmy się ukrywać w piwnicy czy w kryjówce, którą przygotował mój ojciec – między ścianą naszego sklepu, za szafami, a ścianą magazynu wydzielił pomieszczenie o szerokości nie więcej niż sześćdziesiąt centymetrów, za to bardzo wysokie. Spędziliśmy tam ok. 8 miesięcy. Pamiętam, że długie lata później, będąc przewodniczącym Knessetu, zaprosił mnie z wizytą oficjalną prezydent Ukrainy. Powiedziałem, że przyjadę, pod warunkiem że jeden dzień spędzimy w Borysławiu. Zrobiliśmy wtedy film, który był w Polsce kilka razy pokazywany.

A gdzie w dzisiejszej Polsce czuje się pan najlepiej?

To trudne pytanie, bo takich miejsc jest wiele. Na przykład zima najpiękniejsza jest w okolicach Suwałk, zwłaszcza w Sejnach. Po tych ziemiach zawsze chodzę wzruszony, ponieważ kiedyś Żydzi stanowili połowę ich mieszkańców. Ich ślady widać tu na każdym kroku, miasteczka północno-wschodniej Polski są pełne żydowskich domów. Łatwo je rozpoznać – najczęściej stoją koło rynku, z wielkimi oknami umiejscowionymi bardzo nisko, zaczynającymi się już od kolana.

Ale Polska to nie tylko pamiątki historii. Czy ma pan tu miejsca, które podobają się Panu same w sobie?

Oczywiście. Zawsze chętnie jeżdżę do Ojcowskiego Parku Narodowego, żeby spędzić chociaż parę godzin w ciszy, pośród pięknych skał. Ale przede wszystkim jestem wielkim miłośnikiem Warszawy. Wiem, że to w Polsce mało popularny pogląd. Po raz pierwszy przyjechałem tu w 1985 roku. Byłem w drodze do Auschwitz, na obchody 40-lecia wyzwolenia. Zaskoczyło mnie, jakim smutnym miastem była wówczas Warszawa. Wyglądała jak wielkie lotnisko, tak była pusta. Pamiętam, że zadzwoniłem wtedy do mojej żony, i powiedziałem, że na każdym roku jest tu albo księgarnia, albo kwiaciarnia, albo apteka. To mi się bardzo podobało.

Mówi Pan o Warszawie sprzed wielu lat. Co z jej dzisiejszym obliczem?

Charakterystycznym punktem jest w Warszawie Pałac Kultury i Nauki. Wiem, że Polacy czują do tego miejsca jakąś wściekłość. Ale chyba już się do niego przyzwyczaili, zresztą ja też. Kiedy jestem w Warszawie, zawsze się gubię. Dlatego pałac kultury traktuję jako miejsce strategiczne, jak wieżę Eiffela. Dzięki niemu wiem, gdzie mam iść. W Warszawie bardzo lubię też Ursynów. To piękna dzielnica, ale wszystko jest tu bardzo do siebie podobne, dlatego poradziłbym, żeby na rondach poustawiać pomniki. Łatwiej byłoby się tam odnaleźć. Poza tym podobają mi się miejsca, które nawiązują do przeszłości, np. Nowy Świat, Starówka, Zamek Królewski, mury Barbakanu i moja ukochana restauracja „Pod Kogutem” z pierożkami, rosołem, smalcem. Oczywiście też Krakowskie Przedmieście i Uniwersytet Warszawski, na którym wykładam. To miejsce jest dla mnie świątynią wiedzy, nauki, moich stosunków z Polakami.

W Polsce powstaje wiele ścieżek wiodących po pamiątkach kultury żydowskiej, jak np. krakowski Kazimierz.

To bardzo dobrze. Tych miejsc i tych ludzi, którzy nie popełnili grzechu, a zostali niewinnymi ofiarami, nie wolno zapomnieć. Sam często do nich wracam. Zwłaszcza w czasie festiwali kultury żydowskiej siedzę w kawiarniach na Kazimierzu i patrzę na młodych, tańczących ludzi. Zawsze przypominam sobie wtedy rzeczywistość sprzed 70 lat, kiedy w każdym oknie można było zobaczyć żydowską matkę z chustką na głowie zapalającą świece, a w domach czuć było zapachy wspaniałego obiadu. W tych okolicach jest 6 synagog i z każdej z nich słychać było przepiękne głosy żydowskich kantorów. Dziś zapachy kuchni pochodzą z kawiarni i restauracji, a kantorzy występują tylko na koncertach, gościnnie. Festiwale zawsze sprawiają mi dużo radości. Ale jest to radość przez łzy.