URSZULA HAJN: Jak się czujesz po powrocie z wyprawy? Widzę, że popijasz red bulla?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Półprzytomna. Budzę się o godz. 1 – 2 w nocy i już nie mogę spać. Na Antarktydzie przez całą dobę świeci przepiękne słońce. To sprawia, że zegar biologiczny zupełnie się rozregulowuje! Okres po powrocie jest dla mnie zawsze bardzo trudny. Nie umiem przeskoczyć z jednej rzeczywistości do drugiej, przez jakiś czas czuję się, jakbym żyła w światach równoległych. Z jednej strony ulga, że już jestem w domu, ale z drugiej strony jest mi smutno, że już nie jestem tam.

Ludzie zazwyczaj mówią, że z perspektywy ekstremalnych wydarzeń te codzienne wydają się mniejsze. Ty mówisz odwrotnie: z perspektywy codziennych te ekstremalne się kurczą.

Ja będę bardzo forsować tę teorię i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej: dużo łatwiej jest żyć tam niż tutaj. Łatwiej mrozić sobie tyłek w górach i podbijać nowe lądy, niż tutaj żyć, układać się z ludźmi, radzić sobie w pracy, codziennie rano wstawać i walczyć o przetrwanie. W ludziach żyjących ekstremalnymi wyprawami więcej jest chęci ucieczki przed normalnym życiem niż gonitwy w poszukiwaniu ekstremalnych emocji. Ja robię to samo. Tam jest mi po prostu łatwiej. Chociaż podczas burzy śnieżnej na wysokości prawie 4 tys. metrów – kiedy wewnątrz namiotu panowała temperatura minus 30 stopni i wiał wiatr z prędkością ponad 100 km na godzinę, a ja nie jadłam od trzech dni – bardzo tęskniłam za moim dzieckiem i zadawałam sobie pytanie, po co to wszystko i co ja tutaj właściwie robię.

To by znaczyło, że osoba zmagająca się z codziennym życiem jest megabohaterem…

Bo jest! Wyobraź sobie, jakie proste jest życie, gdy wstajesz rano, jesz, maszerujesz, śpisz. Czasami jest ciężko, kiedy na przykład nie możesz się umyć albo nie masz co jeść. Ale to jest banał w porównaniu z tym, że możesz mieć szefa, którego nie lubisz, faceta, który cię denerwuje, dziecko, które jest chore. Operacja psa, zaległości w pracy, pisma z urzędów i problemy z bankiem… po dwóch dniach mam dość!

Na wieść o twojej wyprawie rozszalała się burza. Mówiono: jak ona mogła zostawić dziecko na święta?

To był szok. Spodziewałam się, ze będę opowiadać o pięknie wyjątkowego kontynentu, jakim jest Antarktyda, a zamiast tego głównie odpieram zarzuty i odpowiadam na pytania, czy matka może wyjechać i zostawić dziecko. Podobno jestem wyrodna matką. A co oznaczają święta dla 8-miesięcznego dziecka? Nie mają znaczenia. Lepiej zostawić 3-letnie dziecko, które już rozumie i tęskni, a może 14-letnie dziecko, które zaczyna eksperymentować z seksem i – nie daj Boże – narkotykami? Czy wtedy jest lepiej? Nie! Rozumiem, że matka w ogóle powinna zrezygnować ze swojego życia i swoich pasji?! Nikomu do głowy by nie przyszło, aby pytać Krzyśka Wielickiego, Piotra Pustelnika i kilku innych wybitnych facetów, którzy całe życie złazili na wyprawach, czy opuszczanie dzieci czasami na wiele miesięcy jest w porządku i czy nie są czasem wyrodnymi ojcami, o mężach nie wspomnę. Z jednej strony walczymy o równouprawnienie, dyskutujemy o urlopach „macierzyńskich”, chcemy mieć takie same pensje, a potem same sobie podcinamy skrzydła, mówiąc: matka powinna siedzieć w domu i pilnować dziecka. Nie dziwmy sie potem, że ktoś nie traktuje nas na równi, skoro my same nie traktujemy tak siebie!

Mówiłaś, że wyprawa na Antarktydę upłynęła pod hasłem czekania. Na co?

Na wyprawach więcej jest przygotowań i logistyki niż samego zdobywania szczytu. Na każdym z odcinków naszej podróży na Antarktydę mieliśmy po kilka dni czekania na loty. Droga do bazy pod Vinsonem zajęła nam 2 tygodnie. Potem poszło bardzo szybko, nie dawaliśmy sobie zbyt dużo czasu na odpoczynek. Założyliśmy dwa obozy i zaraz po powrocie do bazy w celu aklimatyzacji byliśmy gotowi do ataku szczytowego, który trwał 7 godzin. Po zejściu ze szczytu do obozu dopadła nas jednak burza śnieżna, która uwięziła na na dwa dni. Po powrocie do Patroit Hills musieliśmy jeszcze 3 dni czekać na samolot do Chile, a następnie na już rejsowy samolot do Europy. Nawet, kiedy to opowiadam, to jestem zmęczona…

Twoje relacje z wyprawy na Masyw Vinsona nie zawsze tryskały entuzjazmem. Przebrzmiewała chęć powrotu, tęsknota za bliskimi. To macierzyństwo spowodowało taką zmianę?

Pojawienie się Marysi spowodowało dużą zmianę w mojej głowie. Znasz matkę, której się nie poprzestawiało w głowie po urodzeniu dziecka? Ja nie. Myślałam że będę tą pierwszą, jedną jedyną. Pomyliłam się, przyznaję. Dziecko jest najwspanialszym darem, jaki można w życiu dostać. Tak jak wytykałam innym rodzicom przesadną histerię związaną ze swoimi pociechami, tak teraz jestem kolejnym rodzicem sfiksowanym na tym punkcie. Nie czuję się specjalnie nieszczęśliwa z powodu tego, że zrewiduję swoje plany na najbliższe lata. Ale nadal chcę wyjeżdżać, choć może już nie tak ryzykownie i nie tak długo.

Jak się przygotowujesz fizycznie do takiej wyprawy?

Moje przygotowania polegały na tym, żeby zbić wagę i poprawić wydolność oddechową i sercową, nie pracowałam natomiast w ogóle nad siłą. Taki trening głównie opiera się na bieganiu uzupełnianym pływaniem i siłownią z treningiem tzw. obwodowym. Plan działania był szczegółowo rozpisany. Pierwszego dnia płakałam, ale wstawałam i biegałam, tak samo drugiego, trzeciego i piątego, ale siódmego po nieprzespanej nocy z Marysią już nie dałam rady. Przygotowania były więc trochę urywane. Po cesarskim cięciu przez pewien czas w ogóle nie mogłam uprawiać żadnego sportu. Do tego zostało mi bardzo dużo kilogramów po porodzie. A przecież trzeba te kilogramy wnieść na górę... Odczuwają to stawy kolanowe i kręgosłup.

Twoje podróże nie kończą się na wspinaczce. Zjeździłaś pół świata. Co jest dla ciebie najcenniejszego wśród tych podróży?

Do tej pory zjeździłam chyba60 krajów i nie ma podróży, która nie byłaby cenna na swój sposób. Chyba najważniejsze były spotkania ze zwierzętami. Trzykrotne nurkowanie z rekinami w RPA i spotkanie z fotografowanymi przeze mnie gorylami w Ruandzie. No i ludzie. Zwykli prości ludzie, których spotykam. Czasem nie pamiętam nawet ich nazwisk, ale pamiętam ich historie.

Co jest takiego niezwykłego w takim spotkaniu?

To nie o to chodzi, że te historie są niesamowite, bo są zwyczajne i na tym polega ich niezwykłość. Czasem, w jakimkolwiek miejscu na ziemi, czy to w Kuala Lumpur, czy w małym chilijskim miasteczku, zatrzymuję się, patrzę na mijających mnie ludzi i myślę, Boże, jest nas 6 miliardów i tyle samo historii do opowiedzenia! Każdy ma swoje miłości, nienawiści, śluby, rozwody, tragedie, dzieci, pogrzeby, to jest niebywałe! Historie bywają nieprawdopodobne, czasami bardzo traumatyczne, jak np. ta mieszkańca Kambodży spotkanego przeze mnie na Polach Śmierci, który widział, jak mordowano całą jego rodzinę. Spotkanie z dzikim zwierzęciem oko w oko to przeżycie nie straszne, a mistyczne. Genialne jest uczucie, że mnie trochę dopuszczają do swojego świata. Patrzę z podziwem na to, jak doskonale matka natura przystosowała je do życia. Człowiek jest szalenie nieporadny i żyjąc w cywilizacji, zatracił wszystkie swoje zmysły i zdolności: węch, słuch, wytrzymałość fizyczną. Na szczęście okazuje się, że rzuceni w warunki ekstremalne potrafimy sie dostosować do rzeczy, o których nam się nawet nie śniło...

A ty się dostosowujesz? Zdobywałaś Elbrus, już będąc w ciąży...

Wyprawa to inna rzeczywistość, inny świat. Tu nie wyobrażam sobie, by się nie umyć przed snem, na wyprawie mogę nie kąpać się przez miesiąc. Tu po 15 minutach w siłowni na bieżni narzekam na zmęczenie, tam maszeruję non stop 12 godzin i nie mogę sobie na nie pozwolić. Sytuacje ekstremalne wyzwalają w człowieku ekstremalne zachowania i siły. Sprawiają, że przesuwamy swój horyzont - dlatego tak zatytułowałam moją książkę.

Masz wizerunek osoby, która długo w miejscu nie usiedzi, którą ciągle coś gdzieś pcha. Chciałabym cię zapytać o sesję dla Playboya. Zastanawiałam się, czemu się na to zdecydowałaś? Dlatego, że to przygoda, kolejne nowe doświadczenie.

Są różne etapy w życiu. Kiedyś widziałam siebie w roli wampa. Potrafiłam usiąść za kierownicą samochodu rajdowego z pełnym makijażem i w obcisłym kombinezonie. Dziś stawiam na wygodę. Wtedy chciałam zaistnieć na rynku medialnym, pokazać się od innej strony. Chciałam udowodnić, że mimo stereotypowo męskich zajęć, takich jak sporty motorowe, gdzieś tam, pod tym kombinezonem, jestem kobietą. Ale było to też potrzebne mi samej jako kobiecie. Potrzebowałam, być może oczami fotografa, spojrzeć na siebie trochę z zewnątrz i może z próżności zaakceptować się, potwierdzić swoją kobiecość. Teraz nie potrzebuję już niczego nikomu udowadniać. Dziś bym się na tę sesję nie zdecydowała.

Jakie masz więc plany na najbliższą przyszłość? Zdobędziesz Koronę Ziemi?

Tak. Za wcześnie, żeby dokładnie określić, kiedy wyjadę, ale chcę tego dokonać szybko. Powiedziałam „A”, powiem i „B”. Tego też chciałabym nauczyć moje dziecko: jeśli się za coś bierzesz, skończ to. Najważniejsze teraz dla mnie to nawał pracy w „National Geographic”. Przygotowuję też telewizyjny program podróżniczy o kobietach w różnych kulturach – to temat bliski mojemu sercu. Ale najważniejszym planem i celem, jaki sobie postawiłam jako numer jeden na ten rok 2009, to sprawić, aby każdego dnia Marysia była szczęśliwa i uśmiechnięta.