Choć Martini poleca to miejsce jako serwujące drink agenta 007, to jednak zamawiam Campari - w końcu pochodzi właśnie z Madiolanu. Francesca parzy jing tea. "Patrz na to" - mówi, wrzucając zieloną kostkę do czajniczka. Po chwili listki herbaty rozwijają się niczym płatki, a w środku pojawia się czerwony kwiat. Rozbawiony barman kręci głową i dodaje: "Pomyśleć, że gdy przy barze rok temu siedział Roger Moore, pił najbardziej wytrawne martini - wstrząśnięte oczywiście". A dla nas to dopiero początek wieczoru.

Drinki w Sharatonie

Francesca prowadzi mnie do miejsca serwującego najlepszy aperitif w mieście - hotelu Sheraton Diana Majestic. To pierwszy z mediolańskich hoteli, który udostępnił swój przepiękny ogród nie tylko swoim gościom. Z zewnątrz imponująca zdobna fasada, kolumienki, barokowe zawijaski.

Za to w recepcji klimat jak w modnym klubie. Odsłaniam kotarę i... oczom nie wierzę. Jestem w świecie rodem z "Vogue’a" lub na after party po pokazie wszystkich najlepszych projektantów naraz. Kobiety z torebkami co najmniej od Louis Vuitton, mężczyźni cali w Armanim, Zegni i Fendim, dobranych z iście włoską fantazją. W minimalistycznym wnętrzu, przy akompaniamencie DJ-a i na tle, niestety niezielonego o tej porze roku, ogrodu.

"Tu bawi się mediolańska śmietanka" - mówi Francesca. A ja mam wrażenie, że nie jestem odpowiednio (raczej odpowiednio modnie) ubrana. "Nie przejmuj się, za mediolańskimi elegantkami nawet mnie, rodowitej Włoszce, niekiedy trudno nadążyć" - pociesza Francesca. "Ale idziemy jutro na zakupy" - dodaje zaraz. Pewnie, w końcu zaczęły się wyprzedaże! Tymczasem zamawiam drinka - wszystkie są za 12 euro (za to przekąski w cenie) - i rozglądam się po barze, podziwiając wypięknionych ludzi niemal jak eksponaty w muzeum.

Czas na zakupy

Nazajutrz wszystkie fashion victims świata spotykam w modowym sercu Mediolanu - Quadrilatero della moda wytyczonym ulicami: Via Manzoni, Via della Spiga i Corso Venezia. Na najmodniejszej chyba Via Monte Napoleone (potocznie Montenapo) sąsiadują ze sobą: Gucci, Louis Vuitton, Ralph Lauren, Chopart, Tiffany, Valentino, Chanel... Na nieco spokojniejszym deptaku Via del Spiga: Cavalli, Dolce & Gabbana, Giorgio Armani, Prada.

Między butikami jak w transie pielgrzymują maniaczki mody. Zresztą zakupowe szaleństwo łatwo się udziela. A obniżki cen kuszą, choć im większa marka, tym dyskretniej wyprzedaże są oznaczone, a niektóre domy mody zapraszają na nie tylko stałych klientów.

Kto ma więcej

Ilość tekturowych toreb z logo zdradza zasobność portfela klientek. I gust. Włoszki rozpoznaję po minimalizmie w stroju, zaskakujących dodatkach i obowiązkowo - markowej torbie. Przyjezdnych po tym, że mają na sobie plon wczorajszych zakupów. A turystów po tym, że zaciekle fotografują prześcigające się oryginalnością wystawy.

Zdecydowanie najbardziej nietypowy jest butik Victor & Rolf. Tu moda dosłownie wywróciła świat do góry nogami. Na podłodze złoty żyrandol, z sufitu zwisa krzesło. Do środka prowadzą drzwi - też na odwrót. Chodzi się po suficie, a siedzi na wymoszczonych poduchami łukach sklepienia. Tylko ubrania na wieszakach nie oparły się żartowi z prawa grawitacji.

By odetchnąć, wchodzimy do OYA, jedynej bodaj kawiarni pośród butików. Przy barze elegantki zapominają na chwilę o tym, że ubrania od projektantów najlepiej wyglądają na rozmiarze 34 i wsuwają wyśmienite cornetto z kremem. A torby z zakupami tworzą mur niemal nie do przejścia.

"Ten tłok potwierdza, że <made in Italy> to jakość" - woła śpiewnie Francesca, rozglądając się wokół. "Chodź, dość już tych marek, pokażę ci miejsca, w których jakość i niepowtarzalność wzorów jest najważniejsza, a ceny sporo tańsze. 10 minut taksówką stąd i kupisz rzecz, której nie ma nikt inny" - mówi.

Małe nie znaczy gorsze

Jedziemy w okolice Navillo Grande Canall, który płynie tu niczym w Wenecji. A potem, ginie pod ziemią i niewidoczny oplata całe miasto. Wzdłuż niego zgrabne kamienice z kolorowymi fasadami. Tłumów nie ma. Gdy wchodzimy w podwórka, wyjaśnia się, dlaczego - trafić tu niełatwo.

Ale już pierwszy butik zaskakuje. Projektantka Marcella, na bieżąco kreśli stroje, obok na wieszakach, gotowe dzieła z metką Marzona. Perfekcyjnie skrojone i wykończone. Z najlepszych materiałów. Pokazuje swój wynalazek - połączenie szala i bolerko-sweterka. Idealny na chłodny wieczór i garden party. Z bawełny za 65 euro, a z kaszmiru za 95 euro. Dalej, przy ulicy Vicolo Lavandai 6, butik Selene Giorgi tworzącej zwiewne, tkane niczym z sieci pająka bluzki i suknie. Nad stołem wiszą zwoje wełny i jedwabiu. Trudno sobie wyobrazić, że to właśnie z nich powstaje sukienka mgiełka.

Po przeciwnej stronie kanału trafiamy też na maleńki warsztat jubilerski kryjący się pod niepozornym brązowym szyldem: Arpaia Tempo Prezioso, Laboratorio Artiginale. Kto by pomyślał, że tu powstają cacuszka od Buccellatiego. Można też zamówić biżuterię wg własnego projektu.

Pizza też jest ważna

Uff. Mam dość zakupów. Idziemy na najlepszą pizzę w mieście, do małego lokalu Rugantino prowadzonego przez rodowitego rzymianina - Mauricia. Na placu St. Lorenzo niełatwo o wolny stolik z widokiem na jedyne zachowane w Mediolanie kolumny rzymskie - Colonne di San Lorenzo. Jest godz. 14, czyli lunchowe pory szczytu. -"To jednak nic" - śmieje się Francesca. Bilety na najsłynniejszą kolację, <Ostatnią Wieczerzę> autorstwa Leonarda da Vinci w kościele Santa Maria delle Grazie, trzeba rezerwować i dwa miesiące do przodu. A możesz ją oglądać tylko 15 minut.

W głowie mi szumi od nadmiaru metek, wzorów, krojów i kolorów... Serwuję sobie relaksacyjny masaż. Gdy wchodzę do hotelowego pokoju, masażystka już czeka, gra przyciszona muzyka. Zakupowe myśli odchodzą w dal, a stopy ściśnięte w modnych butach przestają wreszcie boleć. Chociaż gdy przypomnę sobie niebotyczne szpilki Francesci, na których z gracją kiwała się na mediolańskich kocich łbach... No cóż, stolica mody ma swoje wymagania.