Mike Horn i Borge Ousland na ostatniej wyprawie zanotowali -40 st. C na biegunie, natomiast kiedy ja dotarłem do Grzbietu Czerskiego temperatura nawet na jeden dzień nie wzrosła powyżej -40 st. C. Już się przyzwyczaiłem.

To bardzo ostra zima, śniegu mało na samej rzece, ale mrozy trzymają. Zazwyczaj po 20 lutego temperatura podnosi się, a tu cały czas zamrażarka na całego. Ostatnie 30 km było niezwykle trudne i chyba nie dałbym już rady. Na szczęście zmęczony i wyziębnięty zostałem ściągnięty przypadkowo przez rybaka, który jechał buranem (skuterem śnieżnym) do Średniokołymska. (Pomyślałem, że każdy raz w życiu powinien otrzymać bilet ulgowy od Boga. Ja swój właśnie otrzymałem). Rybak wsadził mnie do przyczepy z sankami i tak się tu znalazłem.

KAŻDY DZIEŃ TO WALKA

Każdy dzień wędrówki to walka. Najgorsze jest wstawanie po nocy. Zazwyczaj robię tak, że jedną noc spędzam w namiocie, a na drugą staram się dotrzeć do jakiejś izbuszki, czyli domku rybaków lub tutejszych myśliwych, którzy zakładają wnyki na sobole.

Moja maska co chwilę zamarza i czuję się jak w skorupie. Ale nie ubieram się zbyt grubo. Najpierw podkoszulka, później bluza, następnie windstoper i kurtka przeciwwiatrowa z kapturem. Na nogach dwie pary kalesonów (siatkowe i jednolite) plus cienkie spodnie polarowe i spodnie z goreteksu, na stopach trzy pary skarpet od najcieńszych po najgrubsze wraz z workiem foliowym, który nie przepuszcza potu.

Buty sprowadzone z Kanady sprawdzają się dobrze, choć czasami marznę w nich palce. Wtedy wkładam chemiczne ogrzewacze miedzy palce i tak idę, a celu nie widać. Zresztą liczy się droga, nie cel. Najważniejsze to przetrwać.

Ostatnio widziałem jednego samotnego wilka i to tyle ze zwierzyny. Co trzy dni trafi się jakaś izbuszka, od czasu do czasu kilku rybaków, a tak to pustka. Kiedy wszedłem na zimnik, co drugi dzień widziałem Kamazy, które wożą produkty do osad w syberyjskiej puszczy aż z Jakucka. Kiedy spotykam myśliwych czy kierowców Kamazów, dziwią się: - Po cholerę idziesz sam w takim mrozie, dla nas sama wyprawa do Czerskiego w ogrzewanym aucie to ekstremum, a ty „pieszkom".

WIELKI KRĄG PÓŁNOCY

Teraz zastanawiam się, czy iść zimnikiem, który jest tak samo dziki jak puszcza, czy też buranowskim szlakiem do osady Kołymskoye. Prawdopodobnie wybiorę zimnik. Trasa dłuższa i przez tundrę, ale tam są wiatry jednak można szybciej określić położenie. Postanowiłem, że będę wędrował również przez Czukotkę. A co tam: jak iść na całość, to iść na całość. Chcę dotrzeć do Uelen. Gdzie to jest? Jest to koniec Rosji. Jeżeli ktoś mnie spyta: czy byłeś na krańcu świata, powiem, że tak. Stamtąd tylko 60 km do Alaski. A po drugiej stronie już byłem - kiedy spłynąłem Jukonem do Morza Beringa.

Pomyślałem, że jakbym tam dotarł, zrobiłbym wieki krąg podróży po Północy i stąd pomysł na Czukotkę. Prawdziwej przygody się nie zaplanuje, więc zobaczymy.

Najważniejsze, że mimo zmrożonych palców, apetyty na dalszą wyprawę nie znika. To wystarcza, żeby iść. Choć czuję się samotny i czasami bezbronny jak niemowlę, chcę iść... Nie mogę stanąć... Któregoś dnia po 7 godzinach wędrówki nie miałem siły dalej iść, zatrzymałem się więc i zrobiło mi się ciemno w oczach. Stałem jakieś 3 minuty, czułem apatię i senność. Wtedy uderzył we mnie rześki wiatr i zrozumiałem, że to mróz chciał mnie otulić sennością, a to zabójstwo. To tak jak w filmie „Titanic", kiedy ludzie w lodowatej wodzie oddawali się błogiemu snu. Taki sen chciał ogarnąć i mnie. Lecz zacząłem działać szybko: namiot, kuchenka (na złość przestała działać) i otuliłem się śpiworem. To naprawdę nie są żarty. Właśnie wtedy sobie uzmysłowiłem, że wędrówka zimą w takich mrozach nie da się porównać do nawet najcięższej przeprawy jesienią przez Góry Mackenzie.

OBY NIE ZWARIOWAĆ

Dlatego też tak bardzo zadziwiają mnie Jakuci niczym magicy z amerykańskich filmów. Jak w mrozie, przy -45 stopniach C można wyciągać gołymi rękoma ryby z wody?. Fakt, woda jest cieplejsza, ale mokra ręka wystawiona na mróz raptownie kostnieje. Oni na to mówią: normalna sprawa... Dla mnie to niepojęte. Pocierają tylko śniegiem, i mchem ręce po wyjęciu z wody i dalej pracują.

Ostatnio myśliwy spytał mnie, o czym myślę w trakcie przeprawy przez Kołymę, idąc tak ze spuszczoną głową. A ja myślę o śnie,jedzeniu, zgrabnych dziewczynach w Sopocie. "A gdzie to jest?" - pytają. I znowu objaśnienia, którym nie ma końca. Ale czasami myślę tylko po to, żeby nie zwariować: o moich rodzicach, którzy dali mi siłę i tworzą ze mną moją pasję, o moim psie i o ludziach, którzy we mnie wierzą. Myślę też o tym, ile rzeczy muszę jeszcze w życiu zrobić. Uzmysłowiłem sobie także, że już nigdy nie użyję sformułowania "wyprawy życia", bo takiej nigdy nie będę miał. Każda jedna będzie wyprawą życia.

W Średniokołymsku naprawię sanie, wysuszę ekwipunek, a później wyruszę dalej w stronę Czerskiego przez osadę Andruszkino. I jeszcze jedno: muszę się nauczyć pić, bo inaczej nie dogadam się z Jakutami ani z Rosjanami ani z Czukczami.

Serdecznie pozdrawiam czytelników DZIENNIKA ze Średniokołymska