Rzeźba Marca Quinna znana z kolorowych czasopism, wyceniana na bagatela 3 miliony dolarów, to część wystawy współczesnych brytyjskich rzeźbiarzy. Dziś zastąpiły ją imponujące „Skarby Szanghaju” (do 27 marca), pyszne, miniaturowe malarstwo indyjskie rodem z 1001 nocy (od 28 maja do 23 sierpnia) oraz himalajskie zdjęcia „Pomiędzy Tybetem a Assamem (do 13 kwietnia)”.

Prawdziwą Kate Moss łatwiej spotkać w pełnym modnych butików Covent Garden lub w lubianym przez bohemę Soho. Zresztą na zakupach i poszukiwaniu skarbów na jednym z wielu sobotnio-niedzielnych pchlich targów spokojnie można spędzić cały weekend. I choć większość z nich działa również w tygodniu, to najwięcej sprzedawców i potencjalnych łupów pojawia się właśnie w weekendy.

Gwiazdy na pchlim targu

Najbardziej znany – dzięki filmowi z Hugh Grantem i Julią Roberts – jest pchli targ na Portobello Road, w sercu dzielnicy Notting Hill. Sama Portobello to gwarna uliczka otoczona pastelowymi, dwupiętrowymi kamienicami. W niemal każdej na parterze rozlokował się jakiś kolorowy niczym rajski ptak sklep czy knajpka. W sobotę chodniki zastawiają sprzedawcy antyków (pierwsi klienci przychodzą już o 7 rano!).

Można tu kupić stary gramofon, pamiętające czasy „Titanica” walizki z okuciami, zabytkowe kije do golfa, dziecięce drewniane zabawki, a nawet hełm z II wojny światowej. Poza tym niezliczone ilości szpargałów, przeróżnych ozdóbek oraz reprodukcji – od graffiti Banksy’ego po zdjęcia Audrey Hepburn. Pomiędzy straganami kuszą skwierczące na wielkich patelniach krewetki w cieście (porcja 3 funty), naleśniki francuskie, gofry lub grzane wino z termosu. Od nadmiaru wrażeń odsapniemy w jednej z dziesiątek modnych knajp. Zresztą modnisie też znajdą tu coś dla siebie, chociażby spory wybór vintage lub oryginalnych ciuchów młodych projektantów.

Jednak fasion victims ciągną głównie do Covent Garden. W średniowieczu mnisi sprzedawali tu kwiaty, dziś kryte targowisko obrosło dziesiątkami sklepów, teatrów i pracowni artystycznych. Pod dachem spory wybór wszystkiego: od ręcznie robionych broszek po pakowane w orientalne, inkrustowane świecidełkami kosmetyki w B Bar. Nie zdziwcie się, gdy przeciskając się przez tłum zgromadzony wokół jednego z ulicznych artystów na rogu Floral Street, traficie do butiku brytyjskiego króla mody męskiej sir Paula Smitha. W nim genialnie skrojone garnitury, wzorzyste koszule fantazyjne skarpetki i cała masa dodatków.

Zupełnie inny klimat i inna klientela trafia do punkowo-rockandrollowej Camden Town. Choć tłumy tu spore, komercja jeszcze nie przyprasowała kanciastego i nieokiełznanego wizerunku dzielnicy.

Tu właśnie przenieśli się ci, którym zaczęły doskwierać podwyżki czynszów w modnym Covent Garden. Dawne ceglane doki, przecinające ulice kanałki, kolorowe nazwy sklepów, grafficiarskie popisy i przedziwne ozdoby – a to but gigant na fasadzie, a to wybijane ćwiekami spodnie – tworzą unikatowy klimat dzielnicy.

Bazar Camden działa od czwartku do niedzieli. Znaleźć tu można wszystko, co kojarzy się z modą uliczną. Ciuchy designerskie, nowe i używane, sprane, wybijane ćwiekami, niegrzeczne. Sporo też orientalnych wzorów i oryginalnych pomysłów, na przykład torebki zrobione z drewnianych samochodzików. Poza tym cała masa parującego, aromatycznego, orientalnego jedzenia.

Raj dla smakoszy

A propos jedzenia. Dla smakoszy Londyn to mekka. Można zjeść międzynarodowo i przepysznie. W końcu ponad 30 proc. mieszkańców miasta (przynajmniej oficjalnie) to emigranci z całego świata. Pootwierali tu swoje knajpki, tak więc nie ruszając się z miejsca, niedrogo można spróbować oryginalnych dań od kuchni malezyjskiej, chińskiej i koreańskiej (londyńskie China Town ciągnie się wokół Gerrard Street w Soho) po indyjską czy bangladeską w okolicach Brick Lane.

Są też miejsca, do których bez wcześniejszej rezerwacji nie ma po co się wybierać, jak chociażby Fifteen znanego z telewizji i książek kucharskich Jamiego Oliviera czy któryś z licznych lokali Gordona Ramsaya (np. Maze). Rezerwację trzeba zrobić co najmniej miesiąc, dwa wcześniej. Warto.

Zwiedzanie bez końca

Kalorie, które w Londynie kuszą na każdym kroku, bez problemu spalicie podczas zwiedzania. Warto pamiętać, że zobaczyć wszystkiego i tak się nie da, więc trasę najlepiej dopasować do gustu i wcześniej zaplanować. Inaczej błądząc bez celu, chociażby po British Muzeum, którego korytarze liczą w sumie niemal 6 hektarów, można szybko stracić poznawczy entuzjazm.

Ponieważ uwielbiam impresjonistów i tropię ich dzieła w różnych miejscach świata, wybrałam się do bajkowo wieczorem podświetlonego, neoklasycznego Somerset House. A konkretnie do galerii Courtauld. Tu wdrapując się po skrzypiących schodach i spacerując po równie skrzypiącym parkiecie, kameralnie, na wyciągniecie ręki można podglądać „Lożę” Renoira, wykrzywioną twarz „Jane-Avril” Toulouse-Lautreca, kobietę w kimonie Matissa lub usiąść naprzeciwko melancholijnej kelnerki w „Barze Folies-Bergere” Edouarda Maneta (do 17 maja trwa wystawa „Miłość i ślub w renesansie florenckim").

Apetyty na impresjonistów zaspokoi też National Gallery, gdzie „Słoneczniki” van Gogha wiszą koło tahitańskich obrazów Gaugina czy „Lilii” Moneta. Po drodze można też zobaczyć Vermeera, Rembranta lub wystawę Picassa „Rzucając wyzwanie przyszłości" (do 7 czerwca). Jeżeli jednak nie chcemy spędzić tu całego dnia, warto nastawić się na zwiedzanie fragmentaryczne – ułatwia to darmowy wstęp. Szczególnie że tłok jest adekwatny do ilości znanych dzieł.

Z National Gallery miłośnicy turystycznej klasyki pójdą wprost przez monumentalny Trafalgar Square ulicą Whitehall zobaczyć konną straż przy siedzibie kawalerii królewskiej (Horse Guards) i dalej, aż do gmachu parlamentu i opactwa westminsterskiego. W ramach alternatywy polecam spacer przez Saint James’s Park w stronę pałacu Buckingham i podziwianie go z perspektywy czarnych łabędzi i flamingów pływających po malowniczym jeziorku.

A wieczorem...

Można się wybrać na jeden z niezwykle modnych w Londynie musicali. Najnowsza premiera to „Piotruś Pan”, a z afisza nie schodzą wyjątkowo popularne: „Mamma Mia!” i „Dirty Dancing”. Bilety można rezerwować wcześniej przez internet, ale sporą oszczędnością będzie kupienie ich w last minute w jednym z trudniących się okazjami butików przy stacji metra Leicester Square lub Canary Wharf (np. TKTS Half Price Ticets).

Co jeszcze warto w Londynie zobaczyć? Na pewno wystawę „Antropologia kapeluszy” przygotowaną przez znanego modystę Stephena Jonesa w V&A, prezentującą nakrycia głowy od XVII wieku po kapelusiki Audrey Hepburn i Dity von Teese (do 31 maja). Miłośnikom klasyki spodoba się wystawa „Od Bruegela do Rubensaģ w Queens Gallery oraz brytyjskie obrazy van Dycka w Tate Britain (do 17 maja). Za to do jej młodszej siostry, Tate Modern, warto się wybrać, by zobaczyć, jak straszącą mrokiem starych cegieł przestarzałą elektrownię można przerobić na świątynię nowoczesnej sztuki. Prowadzi do niej zaprojektowany przez Normana Fostera most Millennium, który zagrał w niejednym filmie – chociażby u Woody’ego Allena we „Wszystko gra”.

Warto się nim przejść nad Tamizą, spojrzeć na statki płynące do Big Bena spod Tower Bridge i może przepłynąć się jednym z nich. Albo rozłożyć „London Planner”, comiesięczną darmową gazetkę z tym, co się aktualnie dzieje w Londynie, i zaplanować szalony wieczór. Założyć jeden z wygrzebanych na Portobello czy w Camden modnych ciuchów i wybrać się na szaloną imprezę do kultowego Ministry of Sound? Pomysłów jest wiele. Bo na city break Londyn nadaje się idealnie. A atrakcji tu tyle, że nawet przy napiętym programie nie sposób nie wyjechać stąd z lekkim niedosytem. I mieć pretekst, by wrócić tu znowu.