Lizbonę, stolicę Portugalii, powinno się opisywać parafrazując słowa Proust’a: "Piękne miasta pozostawmy ludziom bez wyobraźni". Jeżeli chcesz przechadzać się sterylnymi uliczkami, podziwiać elegancko odmalowane fasady domów, lepiej jedź do Singapuru, gdzie śmiecenie jest traktowane z taką samą powagą jak przestępczość zorganizowana.

A jeśli nie straszne Ci przechadzanie się pagórkowatymi uliczkami, artystyczny chaos i malownicza destrukcja, to Twoim kolejnym ulubionym miastem będzie absurdalna Lizbona.

Lizbona jest jednym z piękniejszych i najmagiczniejszych miast Europy, ale nie jest prawdą, że nie można się rozczarować. Najgorsze, co może zrobić turysta, to zachowywać się jak sprzedawca nieruchomości jadący na rekonesans - zaliczyć miejsca opisane w przewodniku, a przy okazji popstrykać kilka fotek.

Lizbona jest miastem z charakterem, a jej prawdziwe piękno stanowią elementy, które u części turystów mogą powodować niesmak. Lizbończycy traktują swoje miasto jak mieszkanie. Wkomponowują się w jego architekturę, a zarazem modyfikują ją.

Niech nikogo nie dziwią suszące się ubrania porozwieszane na sznurkach przeciągniętych między kamienicami czy dzieci, które chętnie schłodzą strudzonego wędrowca wiadrem zimnej wody. Jedyne, co możesz zrobić, to się otworzyć i chłonąć atmosferę. A po chwili się nią zaciągniesz i nie będziesz chciał przestać.

PIERWSZE KROKI

Większość książkowych przewodników swoich czytelników, od razu wysyła do Belem, zabytkowych przedmieść, gdzie znajdują się zabudowania militarne niegdyś broniące dostępu do miasta. W tej lokalizacji znajdziesz też XVI-wieczny klasztor Hieronimitów oraz pomnik ku czci Wielkich Odkrywców. Te budowle stanowią DNA Lizbony. Romantyzm szaleńców, który się ziścił.

52-metrowy pomnik, w którym wykuto 32 postacie odkrywców. To oni doprowadzili Portugalię do potęgi ekonomicznej. Są tam: m. in.: Henryk Zeglaz, Vasco da Gama, Bartolomeo Dia oraz Ferdynand Magellan.

Wisienką na złotym ciastku sukcesu wielkich odkryć geograficznych jest klasztor Hieronimitów ufundowany przez Manuela I. Szczęściarz, bo tak go zwano, postanowił na miejscu małej kapliczki (niewspółmiernej do ówczesnej potęgi kraju) postawić obiekt o renesansowej prezencji, w którym podróżnicy mogliby prosić o łaskę i wyspowiadać się z grzechów.

Patrząc na obiekt, można być pewnym, ze środki finansowe nie były szczędzone na tę nieruchomość. Bogactwo dekoracji związanych z morzem, Orientem i zakonem krzyżowym jest wykonane z takim namaszczeniem, że niewątpliwie robili to artyści sowicie wynagradzani.

Ale Lizbona od wieków była królewska, szlachecka i magnacka, a wielkopański charakter mieszkańców pozostał im we krwi do dziś, a widać go w ich ambicjach i geście.

BEZ PRZEWODNIKA

Ja natomiast poleciłbym zostawić przewodnik i udać się do dzielnicy Alfamie - najstarszej, najbiedniejszej i zarazem najbardziej klimatycznej dzielnicy Lizbony. Zaprojektowana przez ówczesnych muzułmańskich architektów niczym labirynt składający się z wąskich, krętych, stromych uliczek, którymi pędzą małe tramwaje i samochody.

Wieczorem, gdy robi się chłodniej, rodzi się kawiarniane życie. Ulice wypełniają pieśni fado, przesycone tęsknotą, nieokreślonym smutkiem i melancholią. Może właśnie ze względu na treść pieśni. Tęsknota, o której opowiadają, smutki zapisane w gestach śpiewaków ubranych na czarno. Odzwierciedlają pewne emocje tej dzielnicy.

Kolejnym miejscem wartym odwiedzenia jest Baixa. Dzielnica szachownica, gdzie wszystkie ulice równolegle noszą nazwy imion świętych, a poprzeczne nazwy zawodów. Baixa to zarazem kulturalne, turystyczne, finansowe i handlowe centrum Lizbony, gdzie butiki przyciągają turystów jak nektar pszczoły.

Wycieczkę po Lizbonie warto zakończyć, wejściem na jedno z siedmiu wzgórz, na których jest ona położona. Gwarantowany widok na panoramę miasta, morze pomarańczowych dachów, kopię statuy Chrystusa (wierna kopia tej z Rio de Janerio) i bliźniaka Golden Gate - most 25 kwietnia. A to wszystko przy akompaniamencie soczystej zieleni przystrzyżonej trawy, kameralnych restauracyjek i butelce dobrego portugalskiego wina.

Czyż nie warto poczuć się jak lizbończyk i połechtać tego wielkopańskiego ducha, który siedzi gdzieś tam w naszej szlacheckiej naturze?!

Na koniec pamiętaj! Lizbona jest jak dobre portugalskie wino, zadziorna, ma wyrazistą osobowość i na długo zapada w pamięci.