Zapomnijcie, że mówicie po angielsku, niemiecku czy francusku. Nie znając portugalskiego, Rio de Janeiro staje się prawdziwym poligonem doświadczalnym. Ratuje hiszpański i esperanto. Poniższy mikro-przewodnik po Boskim Mieście powstał jako skrót sumy miesięcznych doświadczeń Polaka, który ten eksperyment przetrwał, choć umiał jedynie powiedzieć... że nie zna języka.

Podróż

O ile nie jest się twardym wilkiem morskim, zostaje jedynie podróż samolotem. Lecieć można przez Londyn (Heathrow) lub Paryż (Charles de Gaulle). Cena nieznacznie na korzyść British Airways, ale panujący na Heathrow chaos może poważnie utrudnić przesiadkę. Bilet w klasie ekonomicznej kosztuje od 3,2 do 3,5 tys. Lot z Paryża do Rio trwa 11 godzin, z Londynu - nieco krócej. Wizy do Brazylii nie potrzebujemy przy pobycie turystycznym do 90 dni.

Klimat i ubranie

By nie zamęczyć się, tonąc w pocie, lepiej jechać polską wiosną lub latem - tam będzie odpowiednio jesień i zima. Brazylijska zima to przerażające 23-24 stopnie. Nocą, szczególnie po deszczu, spaść może do 20. Generalnie - o ile nie jest to wyjazd biznesowy, długie spodnie nie są obowiązkowe.

W Rio i generalnie w Brazylii dominuje styl wygodny i praktyczny. To logiczna konsekwencja klimatu, ale i biedy. Nawet w bogatych dzielnicach ludzie za bardzo się nie wyróżniają strojem. Niech złodziei przyciągają turyści.

Na nogach najwięcej tzw. hawajan. To nic innego niż nasze poczciwe "japonki". Co kraj to klapki. Kosztują grosze (ok. 10 zł.) i można je kupić dosłownie wszędzie, nawet w aptece. Poza tym sandały i lekkie tenisówki. Ze szpilkami ostrożnie, bo choć miejscowe dziewczyny opanowały sztukę biegania po drobnej kostce (5x5x5cm), europejska noga może ugrzęznąć i brzydko się wykręcić.

Co do reszty ubrania, naprawdę warto postawić na wygodę. Nie należy przesadzać z kolorami. Stonowane barwy nie przyciągają uwagi i można czuć się swobodniej. Tu kolorowo noszą się papugi i 'dolarowcy'.

Mieszkanie

Hotele w Rio są drogie, średnio 300-400 złotych za noc pod trzema gwiazdkami. I to niezbyt jasno świecącymi. Dostaniemy za to standard turystyczny plus. Co do lokalizacji, to o centrum miasta lepiej zapomnieć. Tam w hotelu będzie się człowiek czuł jak w twierdzy.

Dzielnice dla turystów są na południu - Leme, Ipanema i Copacabana. Tam jest względnie bezpiecznie, dużo sklepów, barów i kafejek. Wiele otwiera się dopiero po zmierzchu. Plus, ponoć najpiękniejsze na kontynecie, plaże Copacabana i Ipanema. Pokój z widokiem na którąkolwiek z nich kosztuje powyżej 600 złotych.

Wyjściem ekonomicznym jest hotel w Kurytybie i trzy-, czterodniowy wypad do Rio. Samolotem dociera się w godzinę, a bilet kosztuje 300 złotych. Jednak hotele o połowę tańsze. Plus, Kurytyba może posłużyć za dobrą bazę wypadową do zwiedzania południa kraju.

Jedzenie i zakupy

Nie myślcie nawet o hotelowym jedzeniu, tu się jada na mieście. Najlepszy rodzaj knajp w Brazylii to comida a quilo, jedzenie na kilogramy. Nikt nie chce tu klienta tuczyć, wręcz przeciwnie, rozpieszcza się jego podniebienie i dba o portfel. Tu jadają miejscowi.

Choć wyglądają jak rasowe bary mleczne, na szwedzkim stole owoce, warzywa, mięska, sałatki i wypieki. Wszystko wygląda i smakuje jak domowe. Wszystko w jednej cenie. W Rio średnio 20 reali za kilogram, poza Rio - nieraz i 10 reali. Każdego dnia jest inne menu, zazwyczaj mocno urozmaicone. Do tego sok - 2 reale (3 zł.) za szklankę świeżego pomarańczowego.

W supermarkecie nieco inaczej niż u nas. Widać to po dziale z owocami. Na początku nawet nie wiadomo, czy to coś z kolcami to owoc czy może warzywo. Te jednak lepiej kupować na lokalnych targach. Znacznie większy wybór niż w sklepie, i wszystko świeże, a nie z chłodni.

Brazylijczycy mają świra na punkcie słodkich napojów, warto części spróbować. Nawet znane pepsi czy cole są w innych odmianach. Każdy napój ma wersję light albo 'bez cukru'.

Piwa miejscowe niezłe, bez goryczki. Kultura piwna jednak nie istnieje. Najlepszy przykład? W knajpie litrową butelkę rozlewa się na cztery osoby do szklanek 150-mililitrowych. Największy spotkany kufelek miał 350 ml. Polecam swojsko brzmiące piwo Bohemia. Butelka 0,35l za około 2 złote.

Wśród wysokoprocentowych alkoholi królem jest cachaça (czyt. kaszasa), wódka trzcinowa o lekkim owocowym posmaku. Służy za podstawę króla plażowych drinków, caipirinhy. Największym odkryciem są owocowe wina, smakiem i etykietami przypominające nasze 'jabole'.

Komunikacja

Sądząc po liczbie taksówek, jedna przypada na 10 mieszkańców miasta. Są wygodne i tanie, ale przed jazdą na większą odległość należy ustalić z góry cenę. Uczciwy kurs z międzynarodowego lotniska Rio-Galeão do Copacabany to 60 reali, niecałe 90 złotych. Mafia lotniskowa każe płacić dwa razy tyle.

O autobusach w Rio powinno się pisać rozprawy doktorskie. Dla Europejczyka zjawisko to doprawdy przedziwne. Kilka luźnych faktów.

Po pierwsze, nie istnieje rozkład jazdy autobusów. Jeżeli istnieje, nie jest upubliczniany.

Dwa, na przystanku stoi się, aż coś przyjedzie. I to, o ile przyjedzie. Na wiatach nie ma żadnej informacji o zatrzymujących się liniach.

Trzy, autobus trzeba złapać. Jeżeli widzimy, że jedzie, to machamy jak szaleni - powinien zajechać i otworzyć drzwi. Zdarza się, że musimy wbiegać przed autobus, bo kierowca postanowił nas zignorować.

Cztery, czas za przejazd zapłacić. Płaci się u kanara-kasjera, który ma osobny fotel z boku kierowcy. Po uiszczeniu opłaty otwiera nam bramkę, zupełnie jak te w metrze. Typów autobusów jak i taryf za przejazd jest wiele. Od 2,10 za zwykły bus z otwartymi oknami, przez większe z klimatyzacją, aż po regularne autokary za 4 reale.

Pięć. Stylem jazdy kierowcy autobusów przypominają mieszankę Formuły 1 i terenówek. Szybko i niemiłosiernie trzęsie.

Metro w Rio to dwie przecinające się linie i linia naziemna - autokarowa ze znaczkami metra, które wypełniają luki między dość odległymi od siebie stacjami. Czysto, szybko i bezpiecznie, tylko mało przystanków i niezbyt przez to wygodnie.

Zwiedzanie Rio

Mając do dyspozycji nawet tylko kilka dni, nie trzeba się ograniczać. Polskie biura podróży rozpisują w programach na cztery dni Jezusa z Corcovado i Górę Cukru dopełnione smażeniem się na plaży.

W oba miejsca można dotrzeć w ciągu jednego dnia, i to ruszając się jedynie autobusami. Do Jezusa rozciągającego nad Rio swe ramiona wjeżdża się kolejką po zboczu lub samochodem. Na Pao de Açúcar, 'słodką' skałę wwozi nas kolejka linowa (35 reali, ok. 50 zł.). Choć Cristo Redentor stoi wyżej (ok. 700 m.), widok zawsze ładniejszy będzie z Głowy Cukru. U jej stóp w morze spogląda z cokołu Fryderyk Szopen.

Szwendanie się po mieście jest najbardziej przyjemne, gdy robić to z głową. Najlepiej miejscowego przewodnika. Samemu kręcić się nie należy, a jeżeli już, to wyjść rano i popołudniem wrócić w turystyczne rejony. Kilka dni spędzić można oglądając budynki, muzea to kolejne kilka.

Rio de Janeiro jest gigantycznem architektonicznym kotłem. Dla jednych kolorowym snem szalonego architekta, dla innych nocym koszmarem. Na widok akweduktu, po którym jeździ tramwaj, czy katedry w kształcie piramidy Majów oczy same się otwierają.

Najmniej rozsądne jest chodzenie do dzielnic biedy, faweli. Część to po prostu zaniedbane osiedla. Do większości jednak policja nie zapuszcza się inaczej niż w ciężkim rynsztunku. W tym kraju nawet straż miejska strzela, by zabić. Dla miłośników przeżyć ekstremalnych są wycieczki pod zbrojną eskortą.

Już lepiej iść na Targ Hipisów - Feira Hippie. Co niedzielę, od 40 lat, na centralnym skwerze dzielnicy Ipanema wystawiają się setki rzemieślników i artystów, sprzedając ręcznie robione 'pamiątki z Rio' ale i niezłej jakości galanterię skórzaną. Ceny na polską kieszeń, można śmiało się targować.

Nie trzeba przy tym przejmować się brakiem gotówki. Wielu zaszokują zapewne czytniki kart kredytowych między rzucone między kryształowe drzewka szczęścia i drewniane figurki tukanów.

Gdy już pozna się zawartość każdego straganu, z placu targowego trzy kroki na plażę Ipanema. Może nie tak reklamowana jak Copacabana, ale zdecydowanie ładniejsza i bardziej nastawiona na faktyczne plażowanie, a nie lansik w słońcu. Plus rozbawioną gawiedź surowym spojrzeniem ogarnia Józef Piłsudski.

Słońce. Polaku uważaj, to słońce może spalić skórę. To nie to, co wypad do Grecji czy nawet do Egiptu. Tu słońce to twój wróg, a ładna opalenizna to ciężko negocjowany rozejm. Oliwka i krem to konieczność.Nie trzeba dlugo leżeć na plaży, by przez tydzień potem biegać do lekarza z bolesnymi poparzeniami.

Wypad poza Rio

Brazylia jest ogromna, dwa razy większa od całej Unii Europejskiej. Nie wszędzie da się łatwo dotrzeć, nie wszędzie turysta powinien. Foz do Iguaçu jest miejscem jak najbardziej wskazanym. I to z kilku powodów.

Jadąc do Foz z Rio autokarem, pokonujmy 1500 kilometrów przez sam środek kraju. Z wieloma przystankami po drodze, to najlepsza metoda poznania liźnięcia kraju. Powierzchownie, ale szybko.

Foz do Iguaçu to miejsce, gdzie stykają się trzy państwa. Bez problemu można zrobić wypad do Argentyny i Paragwaju.

Wodospady. Widziało się raz, pamięta się przez całe życie. Potoki lejącej się wody, szybkie motorówki, wpływanie pod wodospady, dzikie zwierzęta, jazda na pace ciężarówki przez dżunglę. Coś pięknego.

Koszty. Wygodny autokar kosztuje tyle co samolot - około 300 złotych. Na miejscu w 24 godziny. Powrót do Rio samolotem przez wspomnianą wcześniej Kurytybę.

Na wycieczkę do wodospadów starczą dwa dni. Szczerze polecam nocleg w pensjonacie Ewelina (Pousada Evelina). Hotelik prowadzony przez starszą emigrantkę z Polski kosztuje 80 reali (110 zł.) za noc w dwuosobowym pokoju ze śniadaniem.

Wstęp do wodospadów od strony brazylijskiej to 35 reali za spacerek i robienie zdjęć. Wodospady od strony argentyńskiej to 100 reali. Za jazdę ciężarówką przez dżunglę, zodiakiem (szybkim pontonem z silnikiem) po rzece, prysznic pod wodospadami, wypad do rezerwatu kolejką wąskotorową i wiele okazji do spaceru i foto.

Na koniec

Wycieczka na drugą stronę globu tania nie jest. Podobnie jak nie jest tanie samo Rio. Dwutygodniowy pobyt z biurem turystycznym może kosztować nawet i 20 tys. złotych. W praktyce jedyna rzecz, której nie da się obejść lub zdobyć za mniejsze pieniądze, to bilet.