Żeby wyjaśnić, o co w tym wszystkim chodzi, trzeba się cofnąć do zamierzchłych czasów, kiedy to ludzie dopiero zaczęli się orientować, że mierzenie upływającego czasu bywa przydatne. Zanim zaczęto liczyć godziny, liczono dni i miesiące. Informacje, za jaki czas nastąpi zmiana pory roku, okazały się bardzo przydatne. Można było w ten sposób przygotować się na nadchodzące sezonowe deszcze, wylewy rzek czy cieplejsze bądź zimniejsze okresy.

Dopiero później przyszedł czas na zegar. Najprostszy model to wbity w ziemię patyk, którego cień wskazywał mijający czas. W nocy zamiast słońca obserwowano ruch gwiazd i na tej podstawie określano, która pora doby jest w danej chwili.

W końcu ktoś wymyślił nieco bardziej skomplikowany wynalazek - garnek z dziurką przy dnie, przez którą wypływała woda. Podziałka w jego wnętrzu dawała posiadaczowi tego prostego czasomierza informację o tym, ile czasu upłynęło. Pierwsze prawdziwie mechaniczne urządzenie, które pokazywało, która w danej chwili jest godzina, powstało w VIII w. n.e. w Chinach.

W Europie epoka podobnych czasomierzy przyszła dopiero w średniowieczu. Wtedy to zaczęto instalować zegary na wieżach ratuszy miejskich lub kościołów. Jednak na dokładny chronometr, który bez problemów działał nawet na kołyszącym się na morzu statku, trzeba było poczekać do XVIII w. Dzięki niemu wreszcie nawigatorzy mogli w miarę dokładnie wyliczyć długość geograficzną. Szerokość wyznaczało się za pomocą prostych narzędzi, którymi określało się położenie słońca i gwiazd na niebie.

Gdy ludzie już umieli wyznaczać dokładny czas w każdym punkcie globu, zrodził się nowy problem. Każda miejscowość miała swój własny, lokalny czas. Dla nieodległych miasteczek różnica mogła wynosić kilka sekund, ale z każdymi dziesiątkami czy setkami kilometrów stawała się ona coraz większa. W XIX w., w dobie telegrafów i coraz szybszych pociągów, było to naprawdę kłopotliwe. Wtedy to kanadyjski wynalazca Sandford Fleming, któremu zawdzięczamy między innymi wrotki, zaproponował, by świat podzielić na 24 strefy czasowe. W 1884 r. pomysł wszedł w życie.

I po tym krótkim wstępie możemy przejść do istoty sprawy. Zaraz po wprowadzeniu stref czasowych tęgie głowy zaczęły kombinować, czy gdyby w ciągu roku czas nieco przesuwać, to czy nie przyniosłoby to jakichś korzyści? Benjamin Franklin zaczął nawet wyliczać, ile świec można by było zaoszczędzić, gdyby ludzie wcześniej wstawali i wcześniej chodzili spać.

Pierwszy raz przestawiono zegarki na czas letni w Niemczech podczas I wojny światowej. Wkrótce letnie zmiany czasu zaczęły stosować inne kraje świata. Część państw wycofała się z tego pomysłu lub go w ogóle nie przyjęła, zwłaszcza te położone bliżej równika, gdzie różnica w długości dnia w różnych porach roku nie jest aż tak wielka.

Czy wprowadzenie czasu letniego faktycznie powoduje oszczędności? Trudno powiedzieć. W niektórych państwach dzięki temu zamieszaniu faktycznie notuje się spadek zużycia energii. Z drugiej strony badania przeprowadzone w amerykańskim stanie Indiana sugerują, że zmiana czasu powoduje więcej strat niż korzyści. Jedno jest pewne, dzięki przestawieniu zegarków słońce będzie zachodzić godzinę później i jeśli nie zasłonią go chmury, to będziemy mogli cieszyć się nim dłużej. Szkoda, że nie jest tak cały rok.