Szacuje się, że w Kraju Wschodzącego Słońca rośnie ich ponad 300 odmian. Najpopularniejsza to somei yoshino z białymi i delikatnymi jak jedwab kwiatami, rzadką i najbardziej podziwianą jest shidarezakura – podobna do płaczącej wierzby z kaskadami różowych kwiatów. Wielu Japończyków podróżuje, by oglądać najpiękniejsze okazy u podnóża Fudżi, na stoku Yoshino (30 tys. drzew), w ogrodach otaczających zamki w Osace, Himeji, Hirosaki, Nagoi. Kwitnące wiśnie można podziwiać podczas pikników, pieszych wycieczek albo rejsów po rzekach i kanałach. Wyjątkowo malownicza jest wycieczka tratwą wśród wąwozów i wzgórz Arashiyamy.

Kwitnienie wiśni zaczyna się w marcu na południu kraju, kończy w maju na wyspie Hokkaido. Media komunikują o czasie i stopniu rozkwitu pączków, nadają relacje z parków i ogrodów, w sprzedaży pojawia się mnóstwo wiśniowych gadżetów (widziałam butelkę sake w kształcie drzewa wiśniowego), a Japończycy stają się zadumani i romantyczni.

Wszyscy mówią o kwiatach

W świątyniach, w pracy, w barach, na ulicy mówi się o urodzie i zapachu kwiatów, niektórzy próbują swych sił w pisaniu tradycyjnych wierszy haiku – na cześć kwiatów oczywiście – albo rozstawiają sztalugi. Można by rzec: rodzaj zbiorowej ekstazy. Skąd się ona bierze? Jedni twierdzą, że to wpływ rodzimej religii shinto mocno podkreślającej zespolenie człowieka z naturą, inni mówią o buddyjskiej zasadzie ulotności rzeczy, zjawisk i istnień, a właśnie delikatne kwiaty opadające po kilku dniach są tego symbolem. A może to jeszcze coś, co w duszy japońskiej gra...

Zwyczaj oglądania kwiatów wiśni, czyli hanami, liczy sobie już prawie 1300 lat, cesarz Saga w VIII w. ucztował ze swą świtą pod kwitnącymi drzewami wiśni, wkrótce zwyczaj ten przejęli samurajowie, dziś robi to cała Japonia.

Parki i ogrody pękają w szwach, bo wszyscy chcą z bliska zobaczyć kwitnące wiśnie, spotkać się pod nimi z rodziną, przyjaciółmi i firmą. Wokół drzew rozkłada się maty, na nich termosy, kuchenki na akumulatory, tu i ówdzie przenośny sprzęt do karaoke i kolumny. Błysk aparatów, rozmowy, śpiewy, tradycyjne tańce wykonywane przez kobiety w luksusowych kimonach, a tuż obok ufarbowane na blond skośnookie nastolatki słuchające przebojów japońskiego rapu.

Aromat kwiatowy miesza się z zapachem ryżu, sushi, sake, a nawet dań z McDonalda czy pizzerii (co jest przy okazji podstawą do ogólnonarodowej dyskusji o zanikaniu dobrych japońskich obyczajów). Wieczorem na drzewach zapalają się lampiony, na trawnikach lampy, a potem piknikowa atmosfera przenosi się do restauracji i barów.

W tym roku oprawa hanami jest skromniejsza niż w ubiegłych latach, a to oczywiście za sprawą kryzysu. – Może zamiast samochodów i komputerów będziemy eksportować drzewa wiśniowe? – zastanawia się Tadao, stroiciel fortepianów z Osaki. – Te przesłane w 1912 r. do Waszyngtonu mają się świetnie.

Całoroczne święto

Hanami jest jednym z wielu wydarzeń, którym żyją Japończycy. W kalendarzu świąt jest aż 26 dużych festiwali religijno-ludowych i kilka narodowych. Gdyby zliczyć wszystkie, łącznie z Nowym Rokiem, urodzinami cesarza, świętami lalek, dzieci, pełnoletności (osiągają ją 20-latkowie), starości, o-bon (odpowiednik naszych Zaduszek, ale bardziej radosny) i najmniejsze, o zasięgu wioski albo dzielnicy, okaże się, że uroczystości świątecznych, czyli matsuri, jest prawie tyle, ile dni w roku. To fakt, który kłóci się z wizerunkiem wiecznie zapracowanych ludzi.

– Uwielbiamy nasze święta, starannie przygotowujemy się do nich. To hołd składany tradycji, naturze, przodkom, rodzaj rozrywki i odreagowanie stresu – opowiada pracownik informacji turystycznej w Nara.

Ci, którzy całymi dniami planują, obliczają, wpatrują się w monitory, wieczorem zrzucają garnitury i bez względu na status zawodowy wkładają tuniki, opaski na czoła i ruszają w barwnym korowodzie. Głównym elementem świąt są mikoshi – kolorowe platformy i rusztowania, rodzaj przenośnych ołtarzy, a na nich dekoracje nawiązujące do mitologii i historii – będące ruchomymi scenami do przedstawień teatralnych.

Jest co dźwigać, bo niektóre mikoshi ważą kilka ton i sięgają 10 – 15 metrów. Takie ogromne rusztowania ciągnięte przez zwykłych Japończyków, a nie przez zawodników sumo, wprawiają w osłupienie europejskich turystów.

Z szacunkiem dla ryżu

Podczas gdy mężczyźni biegają z ołtarzami (np. w Niigacie odbywają się wyścigi związków dźwigaczy ołtarzy!), kobiety odtwarzają tradycyjne tańce przy dźwięku gongów, bębnów i fletów. Zjawiskowo wyglądają ich delikatne ruchy naśladujące sadzenie ryżu. To właśnie tej roślinie poświęconych jest wiele uroczystości. O ryżu – podobnie jak o kwiatach wiśni – pisano poematy, śpiewano pieśni, pory jego sadzenia i zbiorów wyznaczały cykl życia.

Choć dziś w rolnictwie zatrudnione jest zaledwie 3 proc. ludności, to nadal dary ziemi traktuje się z szacunkiem i to nie tylko ze względów kulinarnych. Wyznawcy shintoizmu wierzą, że w ryżu mieszka ta-no kami, jedno z ośmiu milionów bóstw.

Z sakralnej tradycji wywodzą się też parady z figurami smoków, węży i ryb. Niegdyś były to magiczne rytuały mające oddalić niebezpieczne zwierzęta zagrażające plonom. Dziś to rodzaj rozrywki, ot choćby takiej jak w pobliżu gorących źródeł Sekikawy, gdzie w świątecznym korowodzie niesiony jest 83-metrowy bambusowy wąż – wpisany do Księgi rekordów Guinnessa.

Maski smoków można zobaczyć podczas letniego święta Tenjin w Osace. Głośny i rozbawiony korowód przypomina nieco ten z Rio – tylko tancerki nie są roznegliżowane, zamiast pióropuszy noszą kimona, tuniki i spodnie, zamiast obręczy tropikalnych kwiatów – kolorowe parasolki. Zamiast samby słychać ogłuszający dźwięk wielkich bębnów taiko. Do tego flety i okrzyki. Wieczorem wszyscy przenoszą się nad rzekę, po której sunie procesja dekorowanych łodzi i barek. Dookoła pochodnie, lampiony malowane w japońskie znaki, świece, latawce. Uwieńczeniem jest pokaz sztucznych ogni.

Matsuri to niezwykła feeria barw, światła, radości, zabawy i japońskiej spontaniczności, w którą nie zawsze wierzą goście zza granicy. Dopóki nie zobaczą któregoś z tutejszych świąt.

Królowa miast – Kioto

Tu wiśnie kwitną najpiękniej, uroczystości świąteczne trwają najdłużej, a festiwale mają najbogatszą oprawę. Kioto jest dostojne, cesarskie, dumne, skupia się w nim jak w soczewce kulturalne życie Kraju Wschodzącego Słońca.

Gdy przyjechałam tu z zatłoczonej i nowoczesnej Osaki, poczułam się jak przeniesiona w czasie. Setki zabytkowych świątyń, pałace, pawilony, majestatyczne krużganki, mostki i przepiękne ogrody tworzą niemal bajkowy krajobraz, pośród niego spacerują maiko, przyszłe gejsze, w jedwabnych kimonach i ozdobnych fryzurach przypominających dzieła sztuki, w pobliżu pałacu cesarskiego przejeżdżają łucznicy na koniach.

To jednak nie skansen. Wielobarwne procesje, święta i ceremonie odbywają się tu już ponad dziesięć stuleci! Wokół drewnianego kompleksu świątynno-pałacowego Kiyomizu-Dera czy Złotego Pawilonu odbijającego się w Stawie Lustrzanym w sąsiedztwie zamku Nijo z pałacem i wewnętrznymi ogrodami, w wąskich uliczkach, między sklepami z japońskim rękodziełem, w tradycyjnej herbaciarni, w teatrze kabuki i na wystawie origami czas stanął w miejscu i nie są go w stanie przyspieszyć rozentuzjazmowani turyści z całego świata. Najwięcej przyjeżdża ich teraz, by podziwiać kwitnące wiśnie w parku Maruyama, wzdłuż malowniczych kanałów, nad rzeką i wokół świątyń. Uroczo wygląda barwna procesja jednakowo ubranych dziewczynek rozsypujących płatki kwiatów na cześć szoguna Toyotomi Hideyoshi, który doprowadził do zjednoczenia Japonii i rozsławił hanami wśród wszystkich grup społecznych. Na scenie tutejszego teatru codziennie przez cały kwiecień odbywają się miyako odori – tańce kwitnienia wiśni wykonywane przez adeptki szkoły gejsz z Gion. W tym samym czasie świątynie buddyjskie organizują sesje medytacji (również dla cudzoziemców), a tutejsze agencje turystyczne – naukę kaligrafii japońskiej albo wykłady o historii Japonii pod kwitnącymi wiśniami.

Gdy opadną ich ostatnie płatki, zaczną się przygotowania do następnego wielkiego święta – Aoi Matsuri ze wspaniałym korowodem postaci w kostiumach historycznych i pięknie udekorowanych wozów ciągniętych przez woły. Bez względu na to, o jakiej porze roku zawita się do Kioto, jednego można być pewnym: święta trwają tu bez przerwy.