Jukatan większości ludzi kojarzy się z piramidami Majów, luksusowymi hotelami i ewentualnie z uciekinierami z Kuby, którzy przez Meksyk próbują przedostać się do Stanów Zjednoczonych. Zupełnie niesłusznie. Jeśli ktoś właśnie z powodu tych atrakcji planuje podróż na półwysep - niech wybierze znacznie bliższy Egipt (nie znajdzie tam co prawda Kubańczyków).

>>> Tam, gdzie ludzie zamieniają się w bogów

Kraina ta stworzona jest dla tych, którzy nie boją się zanurzyć w spocony tłum na Mercado 23 w Cancun, przespacerować się, jak po Polach Elizejskich, alejami Meridy, a w dawnych hacjendach poczuć klimat kolonialnego Meksyku. Możemy tutaj zanurzyć się w autentyczny, leniwy rytm życia zaspanych miasteczek wyłaniających się niespodziewanie spomiędzy wysuszonych drzew tropikalnego lasu. Możemy wreszcie spróbować najlepszej na świecie pinacolady oraz mojito.

Plastikowa przepustka do raju

Cancun to duma patrycjatu z Meridy i rządu federalnego. Zbudowane w ciągu kilku lat blokowisko ekskluzywnych hoteli, restauracji i butików ciągnie się przez 20 kilometrów wybrzeża Morza Karaibskiego. Właśnie od miejscowego lotniska większość turystów zaczyna zwiedzanie półwyspu.

Gdy wychodzę z klimatyzowanego terminalu, fala ciepłego, wilgotnego powietrza o mało nie przewraca mnie na ziemię. Z lotniska do strefy hotelowej biegnie szeroka, wysadzana palmami dwupasmówka. Jak pod linijkę strzyżona trawa razi nienaturalną w tym słońcu zielenią. W strefie hotelowej - ani skrawka niewykorzystanej plaży. Mrówkowiec przy mrówkowcu.

>>> Poznaj świętego od przemytu narkotyków

Żeby dotrzeć nad morze, należy najpierw sforsować lobby hotelu albo bramę pola golfowego. W przerwach między kolejnymi pięciogwiazdkowymi wieżowcami gnieżdżą się sklepy najbardziej znanych projektantów mody. Towary u Gucciego i Armaniego w Cancun kosztują znacznie mniej niż we Włoszech. To dzięki zaledwie 10-procentowemu podatkowi VAT, jaki obowiązuje w stanie Quintana Roo.

Czysty, sterylny świat stworzony od podstaw na początku lat 70. jako konkurencja dla Acapulco, wypełnia przede wszystkim gwar angielskojęzyczny. Z rzadka słychać ostre słowa niemieckie, zupełnie sporadycznie rosyjski. Europejczycy wolą bardziej przestrzenne kompleksy hotelowe na południe od Cancun, na tak zwanej Riviera Maya.

Strefa hotelowa została zaprojektowana z myślą o Amerykanach. Nie niepokojeni przez tubylców mogą napawać się widokiem palm, szumem jasnobłękitnego morza i uprawiać aquarobic na basenie.

W hotelach gości witają przylepione uśmiechy i jednolite uniformy śniadej obsługi. Recepcjonista dyskretnie spogląda na mój nadgarstek, by upewnić się, że opinająca go opaska ma odpowiedni kolor. Kawałek plastiku z nazwą hotelu otwiera tu drzwi do jadalni, restauracji i dyskotek. A przede wszystkim ściąga chmarę kelnerów, którzy bez przerwy proponują "something to drink, senor". Nieważne czy gość wyleguje się na patio, czy też opala się koło basenu - zawsze znajdzie się ktoś, kto wciśnie mu do ręki margueritę, tak by nie był w stanie ruszyć się za próg hotelu. Zresztą wielu turystom tak ekstrawaganckie pomysły nie przychodzą nawet do głowy.

"Przyjechałam tu na urlop. Nie do Meksyku" - opowiada Jane, 29-letnia pracowniczka banku z Detroit. "Nie amierzam ryzykować. Tyle się słyszy o tutejszej przestępczości" - dodaje.

>>> Stolica Meksyku jest mało meksykańska

Jedynie na brzegu może dojść do niezaplanowanego spotkania z tubylcami, którzy nie należą do personelu hotelu. Od czasu do czasu koło leżaków pojawiają się sprzedawcy wisiorków i rzeźbionych w majańskie wzory butelek, którym mimo zdecydowanie zbyt indiańskich rysów udało się przemknąć między czujnymi spojrzeniami ochrony. Krępy, opalony na brązowo akwizytor w czapeczce z napisem "I love Cancun" żąda 50 dolarów za butelkę w kształcie węża. Widząc moją rozczarowaną minę, zagaduje: "To może coś tańszego? Okazuje się, że ma w zanadrzu marihuanę i kokainę. Istotnie znacznie tańsze od butelki.

Co prawda Jukatan nadal jest najbezpieczniejszym regionem Meksyku, jednak także tutaj policji zdarza się znajdować trupy bez głów. Tuż przed moim przyjazdem wojsko zatrzymało jednego z szefów kartelu Del Golfo. "Kartele są tu coraz bardziej widoczne, chociaż działają jeszcze dość dyskretnie" - opowiada Barbara, przewodniczka w biurze organizującym rejsy po Morzy Karaibskim. "Na pewno nie zdarza się u nas to, co jest nagminne w Acapulco czy na północy kraju: dwie bandy natykają się na siebie w dyskotece i zaczyna się strzelanina. Jeśli decydują się na porwania, to jedynie członków konkurencyjnych gangów. Normalnych ludzi to nie dotyczy" - dodaje.

Dyskretna, ale zauważalna obecność wojska jednak robi swoje. Poza tym biznesmeni z Meridy i Wysp Kanaryjskich są zdecydowani, by za wszelką cenę chronić doskonale działającą machinę do zarabiania pieniędzy na amerykańskich turystach. Jednak dla mnie w tym raju na ziemi nie da się wytrzymać dłużej niż jeden dzień. Budzi on bowiem zbyt wyraźne skojarzenia z filmem "Truman show.

Za progiem hotelu

Najkrótsza droga do czegoś bardziej autentycznego to autobusy jeżdżące co kilka minut w stronę Ciudad Cancun - zaplecza strefy hotelowej. Za oknami ryczącego i charczącego busa, którym cała obsługa hoteli dojeżdża do pracy, widok zmienia się z sekundy na sekundę. Gdzieś znikają rozległe podjazdy hotelowe, zieleń trawy zastępuje żółć. Wzdłuż ulicy pojawiają się małe klockowate domki o płaskich dachach pomalowane w jaskrawe kolory, na których wierzchołkach wystają czarne pękate baniaki na wodę. Wszechobecny w Zona Hotelera głos trenera aerobiku, zaganiającego swoje podopieczne do ćwiczeń na basenie, płynnie przechodzi w mieszankę reggaetonu i cumbii, dochodzącą z okien pobliskich kiosków.

>>> Tajemnicza zagadka Madonny z Guadelupe

Na ulicy autobusy ścigają się z masywnymi ciężarówkami. Samochody osobowe i motory przeciskają się między tymi kolosami, uciekając przed zgnieceniem. Poprzedni porządek zamienia się w pozornie całkowity chaos. Przekrzykują się uliczni sprzedawcy kubańskich cygar. "Mexican girl, senor? Mexican boy?" - zaczepia mnie wąsaty grubas ubrany w "gimnastiorkę", spod której widać gruby złoty łańcuch.

Im dalej od głównych ulic, tym mniej nachalni sprzedawcy. Tylko te spojrzenia... Przeciętny Europejczyk jest nie tylko jaśniejszy, ale zazwyczaj przynajmniej o głowę wyższy od typowego potomka starożytnych Majów. "Kiedy wreszcie wyjedziecie do swoich Niemiec?" - można usłyszeć, gdy za długo przystanie się na zatłoczonym chodniku przy Mercado 23 - targu, gdzie można znaleźć wszystko.

Z baru buchają zapachy smażonego na blasze mięsa, sosów i cebuli. Obok zaczynają się rzędy stoisk ze stosami limonek, ananasów i innych owoców, których nazw nie jestem w stanie spamiętać. Dalej piętrzą się worki z chili i trawą cytrynową. Handlarze ryb, potrącając przechodniów, pchają taczki wypełnione tłuczonym lodem i świeżo wydobytymi z oceanu tuńczykami.

Merida i rum

Po drodze do Meridy gigantyczne tablice kuszą naiwnych, by odwiedzili "któryś tam cud świata", czyli jedno z miejsc kultu Majów. Jeśli jednak ktoś ulegnie tej pokusie, szybko przekona się, że ponad 40-stopniowy upał i słońce, odbite od białych kamieni piramid w Chichen Itza potrafią doprowadzić człowieka do szału. Cienia zaś pod nielicznymi, karłowatymi drzewkami wystarcza tylko dla nielicznych. Za to pełno tutaj handlarzy oferujących koszulki z wizerunkami opierzonego węża - boga Kukulkana, rzeźby, lalki, portfele... Ceny są niebotycznie wysokie, ale nam, Polakom, w targowaniu się wyraźnie pomaga szacunek, jakim Meksykanie darzą zmarłego papieża.

Ale wreszcie dojeżdżam do Meridy. To serce Jukatanu i zarazem obowiązkowy punkt w kalendarzu wyprawy na półwysep. Stare kolonialne miasto, słynące z leniwego życia i najstarszej katedry na kontynencie. Tu można dosłownie zanurzyć się w gęstej atmosferze nieróbstwa. Brukowane uliczki 700-tysięcznego miasta to znakomite miejsce na niekończące się spacery przerywane postojami w niezliczonych kawiarenkach, które w weekendy swoje stoliki ustawiają wprost na ulicy.

>>> Meksykańscy rowerzyści to nudyści

Liczne knajpy wyglądają jak żywcem przeniesione z Madrytu: w przestrzennym chłodnym wnętrzu byle jakie meble i imponujący bar z co najmniej setką różnych butelek. Biorąc przykład z miejscowych, można sączyć pinacoladę, mojito albo inne drinki na bazie rumu (wbrew powszechnemu przekonaniu Meksykanie wcale nie piją dużo tequili). Królem jest właśnie rum, przede wszystkim ze względu na cenę: litr jasnego kosztuje w przeliczeniu około 10 złotych.

Najbardziej reprezentacyjna część Meridy to Paseo Montejo, zbudowana na wzór Pól Elizejskich. Po obu stronach bulwaru w zieleni toną ogromne wille zbudowane kilka wieków temu przez bogatych właścicieli hacjend, którzy nadawali ton życiu półwyspu. Dziś pozostały po nich jedynie te hacjendy.

Wyprawa szlakiem gniazd arystokratów, to jeden z najciekawszych pomysłów na Jukatan. Każdy z dworów kryje bowiem niezliczone historie jego mieszkańców: zdrady, krwawe zemsty, romanse i pojedynki. Na zakończenie wyprawy można odwiedzić maleńką wioskę Uman, oddaloną kilkanaście kilometrów od Meridy. Oprócz targu mięsnego, w którego centralnym punkcie stoi ołtarz z Matką Boską - kupcy modlą się tu, zanim rozpoczną dzień handlowy - największą atrakcją miejscowości jest niedokończony kościół budowany z kamieni rozebranej piramidy. Architekt nie przewidział, że budulca wystarczy jedynie na wybudowanie głównej nawy.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Dolecieć tam

Z Warszawy do miasta Meksyk lata kilka linii lotniczych. Jeśli zająć się biletem odpowiednio wcześniej, to można tam dotrzeć za około 2,5 tysiąca złotych. Z Niemiec i Szwajcarii lata całe mnóstwo rejsowych i czarterowych samolotów bezpośrednio do Cancun.

Transport na miejscu

Wbrew powszechnej opinii Meksyk to świetnie zorganizowany kraj. Szczególnie w sferach, w których państwo pozwala działać obywatelom na własną rękę. Dotyczy to też transportu. Między miastami kursuje niezliczona liczba autobusów, które tak jak gdzie indziej pociągi są podzielone na klasy - zazwyczaj pierwszą i drugą. Różnica w standardzie nie jest duża. Jednak w cenie już odczuwalna. Należy pamiętać, żeby do środka zabrać ciepłe ubranie: im wyższa temperatura na zewnątrz, tym mocniej działa klimatyzacja. Do mniejszych miejscowości można dojechać zwykłą taksówką, ale o wiele bardziej opłaca się tzw. zbiorową - colectivo, czyli najczęściej półciężarówką z dwiema drewnianymi ławkami na naczepie.

Rum

Najpopularniejszy mocny alkohol w Meksyku. Znakomity ron milenario kosztuje w Meridzie około 10 złotych za litr. Osoby z delikatnymi żołądkami powinny zaraz po przylocie zaopatrzyć się w alkohol wysokoprocentowy i nie żałować go sobie. Zmiana wody i flory bakteryjnej może doprowadzić do tego, że zamiast cieszyć się urlopem, przez tydzień nie będziemy w stanie oddalić się od toalety na odległość większą niż 50 metrów.

Jedzenie

Najświeższe jest na ulicy i tam, gdzie jedzą miejscowi. Oprócz znakomitych tacos w Meridzie są też stoiska z kebabami. Jeśli mamy możliwość gotowania samemu, to bez obaw można kupować mięso i warzywa na targach. Jest niedrogo, a jakość często dużo lepsza niż w Polsce.

Wtyczki

Mimo że napięcie w gniazdach jest takie samo jak w Europie, wtyczki mają płaskie bolce. Najlepiej w przejściówkę zaopatrzyć się jeszcze w Polsce.

Krem do opalania i czarna herbata

To samo dotyczy kremu do opalania i czarnej herbaty. Meksykanie ze zrozumiałych względów nie używają filtrów słonecznych tak często jak Europejczycy. Dlatego znaleźć krem to czasami nie lada wyczyn. Poza tym najzwyklejszy potrafi kosztować trzy razy drożej niż w Warszawie.

Czarna herbata nie należy do ulubionych napojów Meksykanów. Torebki Liptona na sklepowej półce to zazwyczaj rumianek albo mięta. Zamawiając kawę, najlepiej sprecyzować, jaką chcemy. Zamawiając tak po prostu, możemy dostać zabójczo mocną ciecz, która jest gęsta od cukru. Znakomita. Tyle że dla koneserów.

Policja i wojsko

Przedstawiciele tych zawodów należą do najmniej szanowanych i najbardziej nielubianych osób w Meksyku. Pozwalają sobie czasem na nadużycia w stosunku do miejscowych. Wobec turystów są najczęściej grzeczni. O ile nie chodzi o drobną sprawę - nawet pomocni. W razie poważniejszych problemów lepiej jednak liczyć na siebie i swoją ambasadę.

Piwo

Najbardziej znane meksykańskie piwo na świecie jest jednocześnie najgorsze spośród kilkunastu wielkich marek produkowanych w kraju. Tak przynajmniej mówią sami Meksykanie. Ich zdaniem corona ma po prostu najlepszą reklamę. Żaden szanujący się Meksykanin nie weźmie corony do ust. Chyba że nie ma wyboru. Popularne i bardzo dobre to sol, modelo especial i produkowane w browarze w Meridzie - montejo oraz leon.