Po wizytach w Tebrizie i Teheranie przenieśliśmy się dalej na południe, do Isfahanu. 500 km po autostradzie poszło nam bardzo sprawnie. Połknęliśmy to na jeden raz, choć z przystankami po drodze, rzecz jasna. Dojazd do centrum miasta dłużył się nam niemiłosiernie, ale po wjechaniu w granice historycznego centrum Isfahanu poczuliśmy zupełnie inną niż dotąd atmosferę. Przede wszystkim wszędzie wokół zielono.

Od razu po przyjeździe udało nam się pojechać na plac Nahardzachan, na którym podobno najlepiej się ogląda zachód słońca. Nawet zdążyliśmy, tyle że chmury pokrzyżowały nasze plany. W związku z nimi zachód słońca wyglądał tak samo jak nad Piotrkowem albo Koluszkami.

Dzięki uprzejmości sprzedawcy dywanów - oni zawsze liczą, że jednak się coś u nich kupi - trafiamy na czajchanę, która ma dobrze ponad 150 lat. To widać i czuć. Zamówiliśmy typową lokalną przekąskę, dostaliśmy po herbacie i do tego fajkę wodną do palenia. Klimatyczne miejsce.

Z wieczornej kolacji w dużej mierze nici. To dla nas nie do ogarnięcia: w tak atrakcyjnym miejscu nie ma restauracji z miejscowym jedzeniem! Takich, do których bez problemu mogą trafić turyści. Są za to bary z hamburgerami, jak w Stanach, czy pizzerie, jak we Włoszech. Udało nam się jeszcze zobaczyć słynne isfahańskie mosty, na które wieczorami przychodzą mieszkańcy, by posiedzieć, pogadać i popatrzeć. Widok byłby znacznie ciekawszy, gdyby rzeka Zayandeh nie była wyschnięta. Ale kiedy znowu zacznie płynąć woda, na pewno zrobi się ciekawiej. Tyle że my już tego nie zobaczymy.

Ale za to Meczet Imama, zwany też Błękitnym Meczetem, rzucił nas na kolana. Budowla dla 15 tysięcy wiernych jest ogromna, a jednocześnie zbudowana z niesamowitą dokładnością. Można sobie wyobrazić, jak wyglądała za swoich najlepszych lat. A słynne echo w meczecie jest dokładnie takie, jak opisuje się je w przewodnikach. Podwójny dach powoduje, że każdy dźwięk spod kopuły zostaje zwielokrotniony. Ludzkie ucho rozróżnia 12 odbić echa, naukowcy przy pomocy specjalistycznego sprzętu doliczyli się aż blisko pięćdziesięciu. Jak oni to zrobili? (Nie naukowcy, a budowniczowie meczetu.)

W meczecie Dżameh, położonym dalej od głównego placu, możemy podziwiać osiemsetletnią historię islamskiego wzornictwa. Sam meczet ma powierzchnię 20 tysięcy metrów kwadratowych. To największy meczet w Iranie. Surowy, ale piękny. Kolejny, Szejch Lotfollah, także położony tuż przy placu, to zdecydowanie jeden z najładniejszych meczetów w Iranie. Z racji bliskiego położenia nie trzeba na szczęście wybierać pomiędzy nimi - można, a nawet należy obejrzeć wszystkie trzy. Podobnie sprawa ma się z pałacami Ali Kapu i Czehel Sotun.

Na głównym placu miasta spotkała nas bardzo miła przygoda. Wpuszczono nas, wraz z jedną z naszych yamah, pod sam najważniejszy meczet. Byliśmy już blisko świątyni, kiedy z boku ktoś do nas podbiegł. Znowu - pomyślałem sobie - będzie sakramentalne "Where you country from?". Tymczasem okazało się, że to Jurek z innej polskiej motocyklowej pary. Ale fajnie! Byłem na pożegnaniu Oli i Jurka w Warszawie. Wyruszyli przed nami, a jadą dłużej niż my. Nie dookoła świata, ale przez byłe republiki radzieckie, Iran, Indie, dalej może przez Chiny. Kawał drogi. Ogromny szacunek dla drobnej Oli, która na swoim wielkim motocyklu dzielnie walczy z przeciwnościami losu. Że akurat spotkaliśmy się w tym samym mieście, na tym samym placu, w tym samym czasie, tyle tysięcy kilometrów od domu! Może się jeszcze gdzieś spotkamy... Szerokości!

Z Isfahanu pomknęliśmy do Szirazu, kolejne 500 km na południe. Przy samym Persepolis, na które ostrzyliśmy sobie zęby, doszło do niespodziewanej awarii. W zaparkowany motocykl Michała wtarabanił się jakiś osioł i rozwalił dokumentnie kufer, a w nim radiowy sprzęt do nadawania. Trudno by nam było sobie z tym poradzić, gdyby nie Hamed, człowiek mieszkający tuż obok miejsca zderzenia. Hamed, farmaceuta mieszkający na co dzień w Niemczech, okazał się superprzyjaznym człowiekiem: przygarnął nas pod dach i przede wszystkim pomógł pozałatwiać sprawy ubezpieczeniowo-policyjne. Zapewniam, że w Iranie to nie jest bułka z masłem.

Teraz opowiem, jak z pomocą Hameda postanowiliśmy wyegzekwować odszkodowanie za uszkodzony motocykl. Trafiliśmy do irańskiego sądu w miasteczku Mahwazd, gdzie doszło do stłuczki. Okazało się bowiem, że w tym kraju ubezpieczyciel wypłaca odszkodowanie na postawie wyroku sądowego. Na wokandzie nie znaleźliśmy naszej sprawy, ponieważ wokandy sąd irański nie posiada. Posiada za to strażnika, który albo wywołuje nazwisko zainteresowanego, albo wpuszcza tych, którzy rzucają się do drzwi, gdy żadne nazwisko nie padnie.

Sala rozpraw miała 5 x 5 m, kilka krzeseł pokrytych folią, stolik oraz portrety ajatollahów Chomeiniego i Chamenei. Każdy przychodzi tu z teczką zawierającą akta sprawy. Ponieważ nie istnieje biuro podawcze, teczkę musi sporządzić sobie sam. Na biurku sądowym leżało mnóstwo kolorowych teczek. Jak już komuś uda się dobić do biurka, dochodzi do rozprawy.

Przed biurkiem sędziego Haminiego kręciło się przynajmniej pięć osób, nie licząc strażników. Każdy z delikwentów próbował przekrzyczeć innych. My swoją sprawę mieliśmy na wyłączność, ponieważ sąd zainteresował się widokiem cudzoziemców. Informacja o tym, że nie mam żony, sprawiła sądowi wyraźny zawód. Michał też jej nie ma, jednak na szczęście waga Temidy właściwie zważyła podręcznikowo zebrany materiał dowodowy i przechyliła się na nasza stronę, mimo dramatycznego braku żon.

Ale potrwało to trochę. Musieliśmy się jeszcze nasiedzieć, a Hamed zrobił może z dziesięć kursów po różnych piętrach z dokumentami. "Driver", który najechał na Tomka, coś jeszcze próbował wskórać, ale skończyło się na tym, że prawie nam się udało. Prawie, bo przyszedł boss Haminiego i powiedział nam, że jeszcze on musi podpisać wyrok i zrobi to... jutro rano.

W końcu się udało. W każdym razie bez pomocy Hameda sprawa wyglądałaby beznadziejnie. W wolnych chwilach on i jego sympatyczni rodzice podejmowali nas obiadami w swoim ogrodzie, od którego jest tylko przez górkę do słynnych ruin. Już drugiego dnia o wschodzie słońca zostaliśmy zaproszeni do ich zwiedzania.

Wspinamy się na solidny pagórek. Ze szczytu rozpościera się widok na Persepolis, wizytówkę potęgi starożytnej Persji. No więc... czapki z głów! Pięć wieków przed Chrystusem zbudowano tak imponujący kompleks. Uff... Podobno najlepiej go oglądać w czasie zachodu słońca. To może być trochę trudne, bo kompleks jest zamykany wcześniej. Ale umiejętnie, wolno zmierzając do wyjścia, można załapać się na widok ostatnich promieni nad charakterystycznymi kolumnami Persepolis.

Sziraz okazał się najsympatyczniejszym miastem Iranu. Jedno z najbogatszych w kraju, znane z tego, że jego mieszkańcy do wszystkiego podchodzą z większym luzem niż mieszkańcy innych miast. W wolne dni na ulicach mnóstwo ludzi rozstawia swoje namioty i piknikuje. Co z tego, że namioty stoją na betonie przystanku autobusowego lub na pasie rozgraniczającym dwie jezdnie! Ale tak właśnie jest w Szirazie. Rzeczywiście jest to najbardziej wyluzowane miasto Iranu.

Trafiliśmy zresztą na dobry moment: wybory prezydenckie, które w całym kraju wzbudzają wielkie emocje. Zdecydowanie większa część młodzieży popiera Mir Hosseina Musawiego, który w starciu z obecnym prezydentem Ahmadineżadem ma największe szanse. Zresztą napotykani po drodze Irańczycy przeważnie twierdzą, że wszystko to jedno i to samo g..., ale głosując na Musawiego, chcą pokazać, że sprzeciwiają się polityce urzędującego prezydenta.

Sziraz znany jest z pięknych ogrodów, bazaru i grobu poety Hafiza. To ostatnie miejsce jest ogromnie urokliwe. Trafiliśmy tam razem z Hamedem tuż przed zamknięciem. Stosunkowo mało ludzi, chłodno, włączone oświetlenie. Klimat niesamowity. Grobowiec tworzącego w XIV wieku Hafiza nie jest zwykłym mauzoleum. Tu przychodzą ludzie - nie tylko mieszkańcy miasta - żeby pomedytować, zamyślić się nad dziełami mistrza, podumać nad sobą i światem. Podobno w każdym irańskim domu na honorowym miejscu spoczywa Koran i dzieła Hafiza. Deklamujących w skupieniu nie zrozumieliśmy ani w ząb, ale było... zmysłowo.

Z Szirazu zostało nam jeszcze 600 km do Bandar Abbas, stamtąd zaś popłyniemy do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Jest gorąco, ale wszyscy nam mówią, że tam dalej na południe to dopiero jest okropnie gorąco! No to się przekonamy, czy upał nas, czy my upał...