Z Iranem żegnaliśmy się bez jakiegoś większego smutku. Żal nam było żegnać się z Hamedem, nie z Iranem. Wcześniejsze przygody i godziny spędzone w komisariatach i w poczekalniach zrobiły swoje, a czarę goryczy przelał ostatni dzień, kiedy w Bandar Abbas nadawaliśmy motocykle na prom.

Teoretycznie prosta sprawa, wystarczy wjechać na pokład towarowy i po zawodach. Nie w Iranie. Sprawę załatwialiśmy cały dzień. Calutki, od 8 rano. Na dodatek hangary, w których spędzaliśmy sporo czasu podczas dyskusji o tym, czy yamaha to na pewno japoński motocykl, rozgrzane były do dobrze ponad 35 stopni. Na zewnątrz trudno było wytrzymać, nieważne, czy w słońcu, czy w cieniu, w hangarze było jak w szklarni.

Ta beznadziejna papierologia, zaświadczenia do zaświadczeń i podzaświadczeń. Na dodatek z motocykla Michała zniknęła fajka na świece, więc o uruchomieniu maszyny można było zapomnieć. Aż jeden z urzędników wykręcił fajkę ze swojej hondy 125 cm i założył do naszej yamahy 660. Zadziałało!

W końcu załatwiliśmy wszystkie papiery i odpłynęliśmy w stronę Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Odebranie motocykli zajęło nam tylko pięć godzin, choć odbywało się w zdecydowanie lepszych niż poprzedniego dnia warunkach. Jedynie ostatni z urzędników, który miał dokonać zwolnienia naszych motocykli z celnego aresztu, w trakcie podpisywania dokumentów wybył, żeby się pomodlić. A modlił się dobrze ponad 20 minut.

W Dubaju okazało się, że jest jeszcze goręcej niż na południu Iranu. Droga z portu do miasta zamieniła się w drogę do piekła: było 41 stopni w cieniu. Spod kasków pot płynął strumieniami, a nikt z pytanych o hotel nie wiedział, gdzie on jest. Udało się dopiero, kiedy już powoli wyparowywaliśmy na dubajskim słońcu.

W Iranie zachwycaliśmy się ludźmi, w Emiratach raczej miejscami, bo rodowity "Emiratczyk" to tutaj rzadkość. No, powiedzmy, że są w mniejszości. Ale za to pieniądze... widać, że jest ich tu ogromna ilość. Centra handlowe wielkości lotnisk, lotniska wielkości nie wiadomo czego. Najwyższa wieża świata, już prawie ukończona.

Najlepsze hotele na świecie, w tym słynny Burj al Arab, siedmiogwiazdkowe marzenie w kształcie żagla. Do tego hotelu nie można tak po prostu wejść z ulicy: trzeba zapłacić za przewodnika albo być zaproszonym. To ostatnie właśnie nam się przytrafiło. Hotel zapiera dech w piersiach i... dłonie na portfelu. Noc w apartamencie królewskim kosztuje tu, w przeliczeniu na złotówki, 80 tysięcy. Najtańszy pokój to wydatek ponad 10 tysięcy złotych za noc. Mimo to chętnych nie brakuje. Nic dziwnego: po ulicach co chwila mkną tu superluksusowe samochody, które w Europie w takiej ilości zobaczyć można chyba tylko w Monte Carlo podczas weekendu z Formułą 1. Robienie zakupów w Dubaju podnosi temperaturę ciała płacącego rachunki, przynajmniej jeśli chodzi o przybyszów.

Na ochłodę polecamy stok narciarski pod dachem. Można powiedzieć - narty na środku pustyni. Całoroczna temperatura - 3 stopnie, niezależnie od tego, czy na zewnątrz jest 20 na plusie w zimie, czy 50 w lecie. 400 metrów długości, 85 metrów różnicy poziomów. No i śnieg, dla miejscowych rzecz niezwyczajna.

Niestety, dla nas jazda motocyklem przy temperaturze na drodze ponad 50 stopni nie jest już przyjemnością. Powietrze po prostu parzy, trzeba być ubranym w grube ciuchy od samego dołu po czubek głowy. Kiedy ma się wrażenie, że w twarz dmucha ci megasuszarka włączona na najwyższy bieg, na pewno nie zapomni się o zamknięciu szybki w kasku. Za to każdy postój na światłach przypomina wizytę w piekarniku. Mało przyjemne jest również wsiadanie na motocykl, który kilka tylko minut zostawiony był na słońcu. Manetek nie sposób wtedy dotknąć. Na siedzisku można bez tłuszczu zrobić sadzone. Rozgrzany bak między nogami to też nie jest rzecz, o której się marzy.

Ale poza tym Emiraty okazały się fantastyczne. Mamy wspaniałe wspomnienia dzięki poznanym tutaj Monice, Tadeuszowi i Michałowi. Dowiedzieli się o naszej podróży z Trójki, napisali do nas i zaprosili do siebie. Spotkaliśmy się drugiego dnia, ale to oni przyjechali do nas. 140 kilometrów w upiornej temperaturze... przyjechali jak motocykliści do motocyklistów. Na trzech yamahach. Zaopiekowali się, pokazali, ile mogli. Potem to my pojechaliśmy do nich, oglądając po drodze Abu Dhabi. Dziękujemy!

Ale Emiraty trzeba było w końcu opuścić. Przygoda wzywa. Przez Pakistan do Indii jechać nie chcieliśmy, prom wcale nie jest tańszy niż samolot, więc zapakowaliśmy nasze tenery do boeinga i polecieliśmy do Bombaju.

To największe indyjskie miasto na zachodnim wybrzeżu. Byłem w Indiach kilka lat temu. Już droga z lotniska do centrum, która notabene zajęła nam taksówką blisko dwie godziny, upewniła mnie, że nic się tutaj nie zmieniło. Taki sam indyjski bałagan, a bieda pewnie jeszcze większa.

Naprawdę trzeba mieć niezłą odporność psychiczną, by móc oglądać taką liczbę żebraków, kalek, bezdomnych dzieci... Ale tak było, jest i najprawdopodobniej nadal będzie. Jutro okaże się, czy nasze motocykle doleciały w jednym kawałku.