Kiedy po trzech godzinach pracy facetowi pakującemu motocykle udało się już skompletować narzędzia, a po następnych dwóch był on już w połowie drogi, żeby dwie palety zbić w jedną, wtedy ma się wrażenie, że jednak nie dobrnie się szczęśliwie do końca. Ale jednak znowu się udało: opuściliśmy Kalkutę i Indie zaledwie z dwudniowym opóźnieniem. Nie ukrywam, że z ulgą. Zwiedzanie tego olbrzymiego kraju na motocyklu, na dodatek w lecie, kiedy temperatury są tam najwyższe, to naprawdę nie najlepszy pomysł. Pewnie za jakiś czas będziemy myśleć o tym z uśmiechem...

Na razie uśmiech na twarzy wywołał u nas Bangkok. Nam, przyjeżdżającym z Indii, miasto to wydało się rajem na ziemi. To tak, jakbyśmy prosto z Polski wjechali do Szwajcarii... Czysto, nikt nie trąbi, na drogach przestrzegane są przepisy (przynajmniej te podstawowe), w większości miejsc klimatyzacja. Po prostu zrobiło się łatwiej.

No i w Bangkok wpada się na amen. Tyle rzeczy jest tu do zrobienia, tyle do obejrzenia! Oferta dla turystów jest po prostu powalająca. Stare miasto ze świątyniami i pałacem królewskim, plątanina małych uliczek nad rzeką, niezliczona liczba mniejszych i większych bazarów czy w końcu nowy Bangkok, np. Silom, z ogromnymi centrami handlowymi, butikami najlepszych projektantów mody, hotelami z najwyższej półki. Jednym słowem to światowa metropolia w pełnym tego słowa znaczeniu. Jeżeli ktoś myśli o Tajlandii jako o azjatyckim kraju Trzeciego Świata, ma rację tylko w tym, że Tajlandia leży w Azji.

Większość turystów z ograniczonym budżetem kieruje się w okolice Khao San Road. Tam znajdują się dziesiątki hoteli na każdą kieszeń, w których ceny zaczynają się od 10 dolarów za noc. To fragment miasta przystosowany do potrzeb turystów. Na jednej ulicy jest wszystko, co potrzebne do zaplanowania kolejnego etapu podróży. Mnóstwo agencji turystycznych, które zorganizują nam wycieczki do okolicznych atrakcji, zarezerwują bilety na samolot czy pociąg, załatwią w końcu wizy do krajów, do których chcemy się udać.

Kafejki internetowe, krawcy szyjący garnitury w kilka godzin, tajski masaż, szkoły gotowania, wszystko to (i wiele więcej) znajdziemy właśnie tu. Dowolny dyplom dowolnej uczelni, legitymacja studencka, prawo jazdy? Na Khao San takie rzeczy kupuje się w pięć minut. Trzeba tylko sprzedawcy dostarczyć zdjęcie. Potem wystarczy zapłacić i odebrać dokument.


Nasycenie barami na metr bieżący chodnika należy pewnie do największych w Azji, ale nie ma się co dziwić. Na Khao San przyjeżdżają głównie młodzi ludzie z plecakami, którzy chcą się bawić. I Khao stwarza im takie możliwości. Ci, którzy możliwości mają głównie finansowe i niekoniecznie chcą mieć pod nosem dyskotekę czynną do drugiej w nocy, od Kao San powinni trzymać się z daleka.

Silom, Sukhumvit to spokojniejsze okolice ze świetnymi hotelami, znakomitymi restauracjami. Tajska kuchnia to zresztą zupełnie wystarczający powód, żeby przyjechać do Bangkoku...

Najważniejsze zabytki miasta znajdują się w zakolu rzeki, w zachodniej części centrum. Świątynie Wat Phra Kaew, Wat Arun, Wat Pho i pałac królewski. Wszystko niezwykle widowiskowe i kolorowe. Najlepiej przyjść tu wcześnie rano, przed tłumem turystów. Potem rzeką i kanałami można dostać się do serca nowoczesnego Bangkoku. W ten sposób oszczędzimy sporo czasu i zobaczymy miasto od innej strony. Trzeba tylko usiąść z przodu lub z tyłu długiej łodzi. Ze środkowej części nic nie widać, bo zaciągane są plastikowe zasłony, żeby nie chlapało. I tylko 16 bathów w jedną stronę, czyli 1,60 zł.

Miłośnicy zakupów mogą naprawdę rozwinąć skrzydła w najlepszych centrach handlowych południowo-wschodniej Azji. Ci, którzy cenią sobie to. co najbardziej charakterystyczne dla regionu, koniecznie muszą się wybrać w weekend na bazar Chatuchak. Ogromny teren, 15 tysięcy straganów i niezwykle kolorowych stoisk, do kupienia prawie wszystko, co sobie turysta i nie tylko turysta wymyśli. I w dobrych cenach, które szczególnie zależą od umiejętności negocjacyjnych kupującego.

Miłośnikom sportu szczególnie polecam tajski boks na stadionach Lumpini lub Ratchadamnoen. Walki odbywają się tam praktycznie codziennie. Atmosfera, można powiedzieć, jak na tajskim boksie. Trzeba spróbować, trzeba zobaczyć...


Ci, którzy wolą sami się poruszać, mogą w porze zachodu słońca wpaść do parku Lumpini, by wraz z innymi poćwiczyć coś w rodzaju aerobiku. Jeżeli zostaną do rana, załapią się na wspólne puszczanie latawców. O tak banalnych rozrywkach, jak wyścigi konne, golf czy kręgle, nawet nie wspominam.

Zwolennicy innego rodzaju gimnastyki pewnie wybiorą się na Patpong. To rejon licznych peep show, dyskotek i night barów z rozrywkami. Swoją drogą to nie lada sztuka dostać się na tzw. ping-pong show i zapłacić akurat tyle, na ile się umówiło przy wejściu. Z reguły rachunek przy wyjściu okazuje się kilkunastokrotnie wyższy, ale nie wszyscy mają nerwy, by kłócić się z wrzeszczącymi menedżerkami. I o to właśnie chodzi.

Z innej półki, choć też dla odważnych: można wybrać się z wizytą do więzienia Ban Kwang, słynnego z filmów "Damage Done" i "Brokedown Palace". Osadzonych jest tam ponad 7 tysięcy skazanych z całego świata. Można zaaranżować widzenie z którymkolwiek więźniem. W ramach dobrego uczynku.

Z odbieraniem motocykli znowu problemy. I znowu trudno wziąć winę na siebie. Z Kalkuty wysłaliśmy je najszybciej, jak się dało. Przyleciały do Bangkoku w piątek w nocy. W weekend, rzecz jasna, motocykli nikt nam nie wyda, ale święto w poniedziałek, wtorek i środę to już po prostu pech. Urząd celny też świętuje. Najwcześniej odbierzemy yamahy w czwartek i wtedy pomkniemy na południe. A na razie, czekając, innymi środkami lokomocji na północ, do Chiang Mai.