"Co, białych niedźwiedzi jedziecie szukać? U nas nie ma" - zagadnęła rosyjska konduktorka, której zadaniem była opieka nad naszym wagonem podczas całej pięciodniowej wycieczki. "Herbaty sobie zaparzcie" - zaordynowała, wskazując na ogromny samowar stojący na korytarzu wagonu. W przedziale cztery łóżka przytwierdzone do ściany. Nie ma czym oddychać. Szarpię za okno. Zabite gwoździami. "Zaraz włączę klimatyzację. I tak macie dobrze. Tu jest luksus. Tam dalej muszą siedzieć w zaduchu" - wyjaśnia mundurowa. "Pierwszy raz na Syberię?" - wypytuje. "A ja sześć lat jeżdżę pociągami, ale dotąd w Polsce nie byłam. Kawał drogi do was. Najdalej dojechałam do Władywostoku" - opowiada.

Rano jesteśmy w Mińsku. "Nic tu nie ma do zwiedzania. Ja nie wychodzę, jednak jak chcecie, to idźcie. Za osiem godzin wyruszamy dalej" -ustala konduktorka. Następny przystanek to Smoleńsk. Jak się okazuje, niezbyt gościnny. "Tutaj nie można wychodzić. Rozejdziecie mi się po peronie i was nie znajdę. Idźcie do restauracyjnego" - zawiaduje konduktorka. Wybieramy się więc na poszukiwanie Warsa. "To jedenaście wagonów dalej" - informuje nasza opiekunka. "Powodzenia" - wykrzykuje.

Złośliwa baba - myślimy po minucie, przeciskając się przez pierwszy wagon, wypełniony po brzegi pasażerami, którzy śpią, jedzą, czytają, grają w karty, łuskają słonecznikowe pestki i popijają wódeczkę. Czyli pociągowy "open space”: 56 łóżek, brak klimatyzacji i atmosfera biesiady. "Tu jest dopiero życie. Siadajcie" - zaprasza kolejna konduktorka, gospodyni wagonu.


Pasażerowie witają nas uśmiechami. "Chcecie jeść w restauracyjnym? Odradzam. Tam bezpieczna jest tylko cola" - podpowiada starszy pan, któremu towarzyszy piskliwy psiak. "Jadę do domu, do Nowosybirska. Byłem odwiedzić siostrę w Smoleńsku. Samoloty to nie dla mnie. Zresztą my Rosjanie lubimy kolej żelazną. Całą naszą wielką Rosję zjeździłem pociągami" - opowiada i znowu radzi: "Wszyscy jeżdżą. O bilety trudno. Ja zawsze kupuję na dwa miesiące do przodu i wy też tak powinniście".

Bo choć w Rosji pociągi są tylko niewiele tańsze od samolotów, i tak cieszą się ogromną popularnością. "U nas jest taka kultura pociągowa. Kto nie jeździ, ten wiele traci" - wtrąca jegomość, który wsiadł na ostatnim przystanku. Pod pachą trzyma sporą klatkę. "To nasza papużka. Mówi po rosyjsku. Przyjechała z nami z Magadanu. To na północy, dziewięć tysięcy kilometrów od Moskwy. Do niedawna tam mieszkaliśmy. Teraz żyjemy w Irkucku. Przynajmniej trochę cieplej" - tłumaczy właściciel ptaka. Wyciąga do nas ogromną dłoń i wykrzykuje: "Wołodia jestem!”. "A ja Cziszka" - dodaje jego niebieskopióra papuga.

Wracamy do siebie. Rano dobiegają do nas głośne nawoływania. Za oknem tabun ludzi, którzy dzierżą w dłoniach ogromne lśniące żyrandole, kolorowe kieliszki i dzbanki. Nie brakuje najróżniejszych puzderek i popielniczek. Pędzimy na peron. "To Bykowka, szklane miasto" - tłumaczy konduktorka Ludmiła, która właśnie stała się posiadaczką kompletu czerwonych kielichów bogato inkrustowanych złotymi roślinnymi motywami. "Prezent ślubny dla siostrzenicy. Kupiłam za tysiąc rubli (czyli sto złotych)" - wyjaśnia. I w tej chwili obskakują nas szklani przekupnie.


W trakcie jazdy za oknami widać brzózki, ugory i podupadające wiejskie chatynki. Jak zapewnia pani Maria, prawie do Irkucka te pejzaże się nie zmienią. "Dworce też, tylko ludzie coraz to inni" - mówi. I faktycznie, z postoju na postój robi się coraz bardziej egzotycznie. Przybywa Tatarów, Mongołów i Chińczyków. "Z Irkucka są bezpośrednie połączenia do Mongolii i do Chin" - tłumaczy nasza opiekunka, gdy przedział obok zajmuje liczna rodzina Uzbeków. "Jedziemy z Taszkientu. W Irkucku mieszkamy, za Taszkientem tęsknimy. Po rosyjsku mówimy jeszcze gorzej od ciebie" - mówi najstarszy z sześciu skośnookich podróżników, częstując białymi kulkami wielkości orzechów włoskich. "To z krowiego mleka. Trzeba żuć, wtedy czas szybciej mija" - dodaje.