To, co w tym czasie zobaczyłam, utwierdziło mnie w przekonaniu, że Polska jest krajem, który ma wiele do zaoferowania. Jednak tę ofertę zna tak naprawdę niewiele osób. Bo kto słyszał o nietypowej cerkwi w Hajnówce, krzywym rynku w Sandomierzu, piramidzie–grobowcu w Rapie, odnawianym pięknym Elblągu czy o Muzeum Zapałek w Częstochowie?

Dzień pierwszy

Pierwszy postój był w Częstochowie. Obowiązkowym punktem programu był klasztor jasnogórski, jednak nie o Jasnej Górze chcę tu opowiedzieć, lecz o jedynym w Europie Muzeum Zapałek. Zobaczyć tu można kolekcję opakowań, wystawę rzeźbiarza Anatola Karonia „Rzeźby z jednej zapałki”, dwa filmiki oraz - co najciekawsze – sam proces produkcji. Przewodnik wyjaśnił nam, dlaczego zapałkę dzielono kiedyś na czworo (były drogim towarem), oraz pokazał, w jaki sposób kobieta, pracująca kilkanaście lat w zakładzie zapałczanym, rozpoznaje, w którym pudełku zapałek jest za mało.

W Kielcach zobaczyłam kamieniołom Kadzielnia, gdzie mieści się jeden z najpiękniej położonych amfiteatrów w Polsce. Może z niego korzystać 5 tysięcy osób.

Dzień drugi

Zaczęłam go od wspinaczki na Łysą Górę. Z grzbietu Łysogór zeszłam na Świętym Krzyżu. Kolejnym punktem dnia był Ujazd. Ruiny Krzyżtoporu, zamku Ossolińskich, budzą podziw swoją symetrią i swoim ogromem. To fantastyczne uczucie - kluczyć między przejściami, patrzeć przez wiele okien i wchodzić na zrujnowane schody.

Potem na mojej drodze znalazł się Sandomierz, położony na siedmiu wzgórzach nad Wisłą. Nie mogę zrozumieć, czemu nie jest o nim tak głośno, jak o Kazimierzu Dolnym. Zachwyciły mnie jego wąwozy lessowe, zwłaszcza wąwóz Świętej Jadwigi. Wypłukany przez wodę, z roślinnością stepową, z korzeniami, zwisającymi zewsząd na stromych zboczach… Czułam się tam, jak w innym świecie.

...czytaj dalej


Dzień trzeci

Tego dnia najwięcej czasu spędziłam w Lublinie. Nie spodziewałam się, że to miasto aż tak mnie zachwyci. Odremontowane kamieniczki, a obok sypiące się ruiny, mnóstwo tajemniczych uliczek, przejść, korytarzy. Udało mi się wejść na Wieżę Trynitarską: wspinaczka po kręconych, trzeszczących, drewnianych schodach, hulający na całego wiatr, w tle rozbrzmiewające chóry gregoriańskie, a do tego, w półmroku, ekspozycja rzeźb sakralnych. Jeśli ktoś chce się wyciszyć, musi tu wejść. Nie wspomnę już o widoku z samego szczytu.

Przyjemnie popatrzeć, jak restaurowana jest lubelska starówka…a jednak trochę szkoda tej niepowtarzalnej atmosfery podniszczonego miasta, jego zapomnianych uliczek, gdzie balkony wspierane są przez drewniane pale, odrapanych murów i nie świecących latarni.

Dzień czwarty

Czwarty dzień zaczęliśmy od spaceru po Chełmie. Największą atrakcją okazały się podziemia kredowe. Ponoć istnieje tu ponad 40 kilometrów korytarzy, z których tylko dwa kilometry udostępnione są turystom. Podziemia mają też, co oczywiste, swojego ducha, Bielucha, który jest ich strażnikiem.

Budynek chełmskiej synagogi został niedawno przeznaczony na amerykańską restaurację. Jej właściciel nie zgodził się, by gmina żydowska wmurowała w ścianę pamiątkową tablicę. Dziś można ją zobaczyć w ośrodku informacji turystycznej.

Kolejny postój zaplanowano w niepozornej Włodawie, która zapewne nie zapadłaby mi w pamięć, gdyby nie osoba miejscowego batiuszki, czyli prawosławnego księdza. Otworzył nam cerkiew i opowiadał. Nie tylko o świątyni, ale i o prawosławiu, a także o mieście.

W jednej z najstarszych stadnin koni w Polsce, w Janowie Podlaskim, mogliśmy z bliska przyjrzeć się zwierzętom, szczególnie małym źrebakom.Kolejnym postojem tego dnia była Święta Góra Grabarka. Leży już na Białostocczyźnie. Wokół stojącej tam drewnianej cerkiewki pielgrzymi postawili ponad 10 tysięcy prawosławnych krzyży. I ciągle ich przybywa. Miałam szczęście, że trafiłam na nabożeństwo. Poza nami w cerkwi nie było nikogo, oprócz kilku mniszek zamieszkujących sąsiedni monaster. Świece w półmroku, zapach kadzidła i hipnotyzujący śpiew kobiet… nie można się było od tego śpiewu oderwać

...czytaj dalej


Ostatnim miejscem była świątynia w Hajnówce: nowa, o niebywałych kształtach, choć w kanonie bizantyjskiej architektury. Szkoda, że przyjechaliśmy za późno, aby móc wejść do środka.

Dzień piąty

Odwiedziliśmy Puszczę Białowieską i Białystok, ale najciekawszym postojem okazał się prawdziwy tatarski meczet w Bohonikach. Oprowadza po nim zażywna gospodyni. Do świątyni wchodzi się boso. Skąd się wzięła? Ano przez Jana III Sobieskiego, który nie miał pieniędzy, by zapłacić Tatarom zaległy żołd. Dał im więc ziemię na Podlasiu i pozwolił żenić się z polskimi szlachciankami. Ale tylko wtedy, gdy mężczyźni przyjmą ich nazwiska.

Potem przejechaliśmy przez Biebrzę i największy w Polsce park narodowy, który chroni tereny podmokłe.

Dzień szósty

Ten dzień był pełen przyrody. Jego pierwszą atrakcją był pokamedulski klasztor nad Wigrami. Obecnie w eremach, czyli pustelniczych domkach mieszkają artyści. Można je również wynająć. Z kościelnej wieży roztacza się piękny widok na jezioro. Wigry z lotu ptaka przypominają literę „s”. Znajduje się na nich aż trzynaście wysepek. Brzegi jeziora otaczają rozległe lasy. Najbardziej zapamiętałam stąd wrażenie porażającej ciszy.

Niemniej piękny widok roztacza się z Góry Cisowej, w samym sercu Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Choć nie jest wysoka, nazywana jest suwalską Fudżi Jamą, z powodu swojego kształtu, przypominającego stożek wulkanu.

Kolejny, krótki postój nad najgłębszym w Polsce jeziorem Hańcza: ma 118 metrów głębokości. Według legendy zatopiono tu skrzynie z pieniędzmi. Nurkowie szukali ich kilkakrotnie, ale nic nie znaleźli…

...czytaj dalej


Tego dnia widziałam też jedne z najwyższych w Polsce mostów kolejowych w Stańczykach. Przypominają akwedukty, choć zbudowano je z żelbetu. Były używane zaledwie kilka lat: tory zdemontowały wojska radzieckie.

Ostatni postój zaplanowano w Rapie. Znajduje się tu… piramida, która jest niczym innym, jak grobowcem ufundowanym przez głowę rodziny. Ponoć niezwykłe właściwości tej budowli sprawiały, że ciała pochowanych tu osób nie podlegały zepsuciu. Do środka można zajrzeć przez zakratowane okna. Niestety, wśród trumien walają się śmieci i puszki po piwie.

Dzień siódmy

Już tyle dni za mną, tyle ciekawych miejsc. A ja ciągle nie mam dość, chociaż inni narzekają, że są zmęczeni i chcą do domu. Słucham opowieści, robię zdjęcia i nadal chcę więcej.

Na początek Święta Lipka, zwana Częstochową Północy. Historia tego miejsca zaczęła się od skruszonego skazańca, któremu objawiła się Matka Boża. Dała mu kawałek drewna, w którym pokutnik wyrzeźbił jej wizerunek, by następnie - zgodnie z jej wolą - umieścić go w konarach najpiękniejszej lipy, jaką zdoła zobaczyć.

W Bisztynku widziałam głaz narzutowy o 28 metrach obwodu i 3 metrach wysokości. Ponoć przyniesiony tu przez diabła.

W drodze na wybrzeże warto zobaczyć też zamek w Lidzbarku Warmińskim, gdzie można za 3 zł wypożyczyć stroje „z epoki” i biegać w nich po dziedzińcu. W Pieniężnie polecam muzeum etnograficzne księży werbistów.

Dzień ósmy

Tego dnia przejechaliśmy przez Żuławy Wiślane, ongiś zagospodarowane przez Holendrów. Pozostały po nich piękne domy podcieniowe. Kamienice elbląskiej starówki wcale nie są stare. To miasto jest przykładem świetnych rozwiązań architektonicznych, gdzie budynków z XXI wieku nie muszą koniecznie zdobić szkło i stal. Kamieniczki stwarzają udaną atmosferę dawnego miasta, mimo że powstały kilka lat temu.

...czytaj dalej


Z Elbląga ruszyliśmy w stronę Zatoki Gdańskiej, do rezerwatu Mewia Łacha. To tutaj Wisła uchodzi do morza. Spacerujemy wzdłuż rzeki i krzewów dzikiej róży. Ścieżka prowadzi nas prosto na nieuczęszczaną plażę z molo i… mnóstwem bursztynów! Nigdy nie zebrałam ich tak wiele, jak tego dnia.

Dzień dziewiąty

Dzień zaczęliśmy od zwiedzania Malborka.W Pelplinie, w bazylice katedralnej, zobaczyłam drugi co do wielkości ołtarz w Europie. W Gniewie - zamek, w którym odbywają się dziś turnieje rycerskie.

Toruń przypomina atmosferą Wrocław, choć nie jestem pewna, czy nie ma jeszcze większej ilości zakręconych uliczek. Na rynek jest kilka fontann i pomniki osiołka i psa z melonikiem oraz parasolką. Niedaleko stąd znajduje się krzywa wieża. Trzeba przyznać, że toruńskie pierniki są naprawdę rewelacyjne. Sklepiki z nimi spotkać można na każdym kroku.

Dzień dziesiąty

Ostatni dzień objazdówki. Zmęczenie już daje się we znaki. Nie zobaczyliśmy zbyt wiele. Na dłużej zatrzymaliśmy się w Kruszwicy przy Mysiej Wieży. Drugim postojem była kopalnia odkrywkowa węgla, widok dość smutny i szary. Na koniec odwiedziliśmy Licheń, bazylikę pełną przepychu.

I tu już koniec naszej podróży dookoła Polski. Długo będę ją wspominać.