Czas na trzecią i ostatnią część cyklu, opisującego niezwykłe podróże nominowane do finału konkursu Polskie Złote Wyprawy XX wieku, odbywającego się w ramach 11. Explorers Festival. Zwycięzcę tej niecodziennej rywalizacji poznamy w listopadzie, w trakcie samego festiwalu.

>>> Tutaj możesz zagłosować na najlepszą polską wyprawę

Bezkresne oceany, wzburzone rzeki i lodowe pustkowia od wieków rozpalały wyobraźnię odkrywców, także w XX stuleciu. Nie zabrakło wśród nich Polaków. Każdy z wymienionych na swój własny sposób zmierzył się z bezwzględnym żywiołem, jednak wszyscy udowodnili, że bez względu na przeciwności losu warto realizować marzenia i dokonywać rzeczy niezwykłych.

Życie jako wyzwanie

"Nie marnować czasu, nie czekać" - tak powiedział kiedyś Leonid Teliga, próbując w kilku słowach określić sens życia. On sam z pewnością nie zmarnował swojego czasu. Któregoś dnia postanowił, że zbuduje jacht pełnomorski, nazwie go "Opty" (tak jak "optymizm") i samotnie opłynie kule ziemską.

Jak postanowił, tak zrobił. Kapitan i jednocześnie jedyny członek załogi 25 stycznia 1967 r. wyruszył z Casablanki na zachód w trwającą dwa lata i 13 dni włóczęgę przez morza i oceany. Wyspy Kanaryjskie, Barbados, Galapagos, Tahiti… W trakcie swej podróży odważny żeglarz odwiedził najbardziej odległe od Europy porty na Ziemi. Kiedy okazało się, że nie otrzyma wizy wjazdowej do Australii, zdecydował się na rejs bezpośrednio do Casablanki. To 15,5 tys. mil morskich (prawie 25 tys. km) nieustającej żeglugi pośród zdradliwych prądów i nieprzewidywalnej pogody.

Podróż Teligi była walką nie tylko z żywiołem. Wyruszając w swój wielki rejs, żeglarz prawdopodobnie cierpiał już na rozwijającą się chorobę nowotworową. Gdy zbliżał się do Nowej Gwinei, przyszedł nagły szkwał a rozhuśtany bom uderzył Teligę w podbrzusze, co dodatkowo pogorszyło stan jego zdrowia. W trakcie przejścia przez Cieśninę Torresa okazało się, że płynie złym kursem. Podczas awaryjnego kotwiczenia omal nie wypadł za burtę. Pomimo tych trudności Teliga opłynął Przylądek Dobrej Nadziei i wydostał się na Atlantyk.

...czytaj dalej


Jednak nie był to jeszcze koniec jego dramatycznych przygód. 31 grudnia, gdy już chciał uczcić nadejście Nowego Roku 1968, nagła trąba powietrzna pozbawiła "Opty" tylnego masztu. Kapitan nie zrezygnował jednak z rejsu. Zdołał dopłynąć do Dakaru, a stamtąd do Casablanki.

Żeglarz wygrał walkę z trzema oceanami, jednak przegrał swój ostatni bój z wyniszczającą go chorobą. Leonid Teliga zmarł wkrótce po powrocie do kraju, uhonorowany tuż przed śmiercią wysokimi odznaczeniami. W uznaniu dokonań Teligi miesięcznik "Żagle" co roku przyznaje nagrodę jego imienia za zasługi w popularyzowaniu żeglarstwa. Jego książka "Samotny rejs Opty" weszła do klasyki światowej literatury marynistycznej. Sam kapitan pozostaje po dziś dzień symbolem człowieka, który dzięki determinacji oraz woli walki potrafi realizować najśmielsze nawet marzenia.

El Polacco

Dla Piotra Chmielińskiego wielkim wyzwaniem, a jednocześnie wielką namiętnością stały się najwspanialsze rzeki świata. To właśnie z tej pasji zrodziły się niezwykłe projekty, takie jak choćby Canoandes ’79, w trakcie którego kierowana przezeń polska ekipa przepłynęła nieprzebyty dotąd kanion rzeki Colca, drugi co do głębokości wąwóz na świecie. Po tym wyczynie Chmieliński stał się w Peru znany jako El Polacco - Polak, który ujarzmił Colcę.

Jednak prawdziwym uwieńczeniem jego osiągnięć był pionierski spływ Amazonką, od jej źródeł w Andach, aż do samego ujścia w Atlantyku. Z dziesięcioosobowej grupy tylko on jeden przebył cały szlak. W grudniu 1992 r. "New York Times" uznał wyprawę Chmielińskiego za jedną z dwudziestu najważniejszych ekspedycji XX wieku. Jego nazwisko znalazło się obok takich sław, jak sir Edmund Hillary, pierwszy zdobywca Everestu, czy Neil Armstrong, pierwszy człowiek na Księżycu. Towarzystwo "National Geographic" zaliczyło książkę Joe Kane’a "Z nurtem Amazonki", poświęconą wyprawie Polaka, do setki podróżniczych bestsellerów wszechczasów.

...czytaj dalej


Jednak wtedy, w 1985 r., nie było jeszcze mowy o zaszczytach i nagrodach. Ekipa miała do przebycia tysiące kilometrów spienionych wód, w których czaiły się setki niebezpieczeństw. Najbardziej trudnym etapem ekspedycji był spływ kanionem Apurimac, źródłowej rzeki Amazonki. Ten skalisty wąwóz o długości 600 km jest na niektórych odcinkach dwukrotnie głębszy niż słynny amerykański Wielki Kanion. Kiedy się do niego wpłynie, to nie ma już odwrotu.

Z sześciu poprzednich wypraw żadna nie pokonała tej bezdennej otchłani, a w dwóch przypadkach rzeka pochłonęła kajakarzy. W 1969 r. miesięcznik "National Geographic" oświadczył nawet, że rzeka nie nadaje się do przepłynięcia. Ekspedycja Chmielińskiego również napotkała ekstremalne trudności, a w kilku wypadkach jej uczestnicy niemalże otarli się o śmierć. W trakcie drogi skończyła im się żywność, a sam Polak złamał nos w trakcie pechowej wywrotki. Ale po kilku tygodniach okazało się, że prestiżowe czasopismo popełniło błąd, ponieważ kanion można było jednak pokonać kajakiem. A po następnych trzech miesiącach, pełnych przygód, spotkań z dzikimi plemionami oraz walki z własną słabością podróżnik ujrzał atlantycką zatokę Marajó. "Królowa rzek", jak nazywają ją niektórzy, ustąpiła przed podróżnikiem z odległej Polski, który uwierzył, ze można przekraczać granice ludzkiego poznania.

Podobno bieguny nie pachną

Za kołem polarnym nos samotnego podróżnika nie wyczuwa żadnego charakterystycznego zapachu. Jednak w takim miejscu nie tylko węch, ale również inne zmysły wystawione są na niezwykłe wrażenia. Oczy widzą tylko jedną, wszechogarniającą białą barwę, a uszy słyszą tylko monotonny dźwięk wiatru, przerywany czasem trzaskiem lodowej skorupy. Ta nieziemska kraina stała się celem ekspedycji Marka Kamińskiego, który rzucił wyzwanie mroźnym pustkowiom. 27 grudnia 1995 r., po 53 dniach wycieńczającego marszu, podróżnik doszedł do amerykańskiej stacji badawczej Amundsena-Scotta, położonej na biegunie południowym.

...czytaj dalej


Zaledwie kilka miesięcy wcześniej Kamiński, wraz z Wojciechem Moskalem, stanął na znajdującym się po drugiej stronie globu biegunie północnym. Ten wybitny polarnik dokonał rzeczy z pozoru niemożliwej: jako pierwszy i jak dotychczas jedyny człowiek w historii dotarł w ciągu jednego roku do obu biegunów.

Podczas tych dwunastu miesięcy Kamiński nie tylko osiągnął krańce świata, ale również zbliżył się do granic ludzkiej wytrzymałości. Trapił go zabójczy mróz, odmrożenia, samotność. Arktyka i Antarktyda nie oszczędzają śmiałków, którzy mają czelność zapuścić się na ich niegościnne ziemie. Po pierwszych trzydziestu dniach w drodze na biegun północny, kiedy dwaj polarnicy uszli zaledwie 100 km z 880 km trasy i zużyli połowę racji żywnościowych, mogło im się wydawać, że cel jest nieosiągalny. A jednak, krok po kroku, ciągnąc 120-kilogramowe sanie, pokonali własne słabości i dotarli do południka 90°.

Niewiele brakowało, by ta wyprawa, zamiast sukcesem, zakończyła się wielką tragedią. Ostatniego dnia ekspedycji, kiedy biegun północny był dosłownie na wyciągnięcie ręki, pod Kamińskim zapadł się mokry lód. Tylko opanowanie i stalowe nerwy uratowały polarnika przed mrocznymi wodami Oceanu Arktycznego. Przeżył i po kilku miesiącach wyruszył z Wyspy Berknera w kierunku serca Antarktydy. Tym razem nie miał ze sobą ani partnera, ani nawet radia. Dla Marka Kamińskiego ta samotna podróż była też wędrówką przez obszary nie skalane cywilizacją. Idąc przez śnieżne pustkowia, ten niezwykły polarnik udowodnił, że w dobie konsumpcjonizmu można żyć pełnią życia, pozostając jednocześnie w zgodzie z samym sobą.