W naszym kraju jest blisko 112 tysięcy myśliwych. W sezonie dołącza do nich około 25 tysięcy cudzoziemców – szacuje Antoni Przybylski, prezes firmy Grandel zajmującej się organizacją polowań dla zagranicznych myśliwych. Takich firm jest około trzystu.

Wśród zagranicznych myśliwych najwięcej jest Duńczyków – u siebie mają mało terenów do polowań. Następne pozycje zajmują Szwedzi, Norwegowie, Finowie oraz Niemcy. Bywają też Francuzi, którzy preferują grubą zwierzynę, a tej w Polsce jest sporo.

W poprzednim sezonie trwającym od 1 kwietnia 2010 do 31 marca 2011 polscy i zagraniczni myśliwi odstrzelili 233 tys. dzików, 161 tys. saren, 104 tys. bażantów, 54 tys. jeleni i 6,4 tys. danieli.

Jednak w ostatnich latach zagranicznych amatorów polowań jest coraz mniej. Nie ma już wśród nich Hiszpanów, którzy parę lat temu stanowili dużą grupę – mówi Janusz Skałecki, prezes firmy Łowex. Schudły ich portfele i dlatego zrezygnowali z wyjazdów. Wykruszyli się też Włosi, którzy polowali u nas na kuropatwy. Jednak dziś polowania na te ptaki są u na rzadkością, bo też kuropatw jest coraz mniej – jeszcze przed 16 laty było ich ponad 960 tys., a dziś 330 tys.

Za pobyt, organizację polowania i odstrzał zagraniczny myśliwy płaci średnio 1200 euro. W sumie zostawiają więc oni w naszym kraju około 30 mln euro rocznie. Ale ich wydatki są bardzo zróżnicowane w zależności od efektów polowania. Np. za medalowe poroże jelenia wraz z czaszką myśliwy może zapłacić 4 – 5 tys. euro.

Firmy organizujące polowania pobierają niewielką prowizję, gros pieniędzy trafia do kół łowieckich i nadleśnictw. Środki te są przeznaczane głównie na odszkodowania dla rolników. A bywają one wysokie, w niektórych kołach szkody wyrządzone w uprawach przez dziki wynoszą w sezonie 150 – 200 tys. zł – mówi Przybylski. Jego zdaniem w przyszłości liczba przyjeżdżających myśliwych będzie zależała od stanu zwierzyny w Polsce. A tej, zwłaszcza grubej, na szczęście, jest w naszych lasach coraz więcej.