Moi znajomi jakiś czas temu byli na wycieczce na Helu. Przewodnik opowiadał: tu kościół, tu latarnia morska, a tu CBA zatrzymało posłankę Sawicką – opowiada mi, śmiejąc się, rzecznik Centralnego Biura Antykorupcyjnego Jacek Dobrzyński. Ale za chwilę poważnieje. – Miejsca, które były świadkami afer czy zatrzymań, rzeczywiście zaczynają się z nimi kojarzyć. Wyobrażamy sobie, że to muszą być zadymione pomieszczenia, że korumpowani oraz korumpujący dokładnie je przed spotkaniem sprawdzają, czy nie ma podsłuchów. Tak naprawdę wszystko jest znacznie bardziej prozaiczne, każdemu się wydaje, że on na pewno nie wpadnie, więc wcale aż tak bardzo nie stara się o konspirację – dodaje Dobrzyński.

Co roku wykrywanych jest w naszym kraju od kilku do nawet kilkunastu tysięcy przypadków łapówkarstwa, płatnej protekcji, ustawiania przetargów, korupcji sportowej czy wyborczej, więc miejsc na mapie Polski, które nie byłyby ich świadkami, jest coraz mniej.

Statystycznie największą szansę na to, by stać się miejscem korupcji, mają duże miasta. Wprawdzie według danych policji w ostatnim roku spośród ponad 12 tys. stwierdzonych przestępstw korupcyjnych aż co trzecie zdarzyło się w miejscowościach mniejszych, ale biorąc pod uwagę, że metropolii jest tylko siedem, to właśnie w nich – czyli w Warszawie, Krakowie, Łodzi, we Wrocławiu, w Poznaniu, Gdańsku i Szczecinie, są największe atrakcje dla zwolenników turystyki korupcyjnej. Ale i dla miłośników podróży po Polsce prowincjonalnej znajdzie się sporo ciekawych i nierzadko położonych w pięknej okolicy miejsc – świadków łapówkarstwa.

Czeskie Corrupt Tour zaczyna się od Pragi i afer z praskiego ratusza, potem proponuje wycieczkę do Uścia nad Łabą, gdzie znajdują się kopalnie, o których powszechnie mówi się w kontekście „złodziejskiej prywatyzacji”, a następnie willowe osiedle zamieszkane przez czeskich biznesmenów i lobbystów.

Ogólnopolskie wycieczki

U nas można by ułożyć bardzo podobną trasę. – Najłatwiej byłoby się przejechać na Wiejską – mówi DGP politolog Wojciech Jabłoński. – Sejm, Senat, hotel dla parlamentarzystów, korytarze oraz gabinety pobliskich ministerstw i innych urzędów centralnych na pewno były świadkami niejednego układu korupcyjnego – dodaje. Potem, rzecz jasna, Śląsk – tamtejsze kopalnie przez blisko dekadę były świadkami i ofiarami działania „mafii węglowej”. Fałszowanie świadectw jakości węgla oraz jego wyłudzenia z zakładów będących własnością Skarbu Państwa kosztowały budżet ok. 50 mld zł. Zamiast osiedli willowych warto pojechać do Szczecina i obejrzeć ponad 170 mieszkań komunalnych, które tamtejsi urzędnicy w ciągu dziesięciu lat przejęli od lokatorów i sprzedali za wolnym rynku jako swoje własne.

Inaczej taką podróż widzi rzecznik CBA. – Wycieczkę po korupcyjnej Polsce rozpocząłbym od zwiedzenia stadionów, szatni piłkarskich oraz klubowych biur. Samo przejechanie się śladami piłkarskiej afery futbolowej to tour po całym kraju – mówi Dobrzyński. Wielki przekręt w naszej piłce nożnej objął swoim zasięgiem kilkanaście miast i miasteczek. Afera zaczęła się od klubu Polar z wrocławskiej dzielnicy Zakrzów. W 2004 roku właśnie tam wszczęto śledztwo, które dało początek fali aresztowań. Po tym jak dziennikarze opisali niebezpiecznie bliskie kontakty drugoligowych Polaru i Zagłębia Lubin, które zaowocowały ustawieniem wyniku meczu (0:4), rozpętała się burza. W procederze korupcyjnym brały udział aż 52 kluby, do tej pory oskarżono prawie 600 osób. Podróżując śladem afery, można więc zwiedzić praktycznie całą Polskę. Wersja minimum musiałaby oprócz Wrocławia objąć jeszcze Gdynię oraz Kielce, bo właśnie śledztwa w sprawie tamtejszych klubów (Arka oraz Korona) były największymi wątkami w całej sprawie. Przynajmniej do tej pory, bo wrocławska prokuratura nadal prowadzi śledztwo i stawia zarzuty kolejnym działaczom, sportowcom i osobom związanym z piłką nożną.

Praktycznie cały kraj obejmują też afery związane z wydawaniem praw jazdy przez miejskie i wojewódzkie ośrodki ruchu drogowego. Do tej pory zatrzymań instruktorów, egzaminatorów, ale także i zdających, którzy za otrzymanie prawa jazdy płacili łapówki, dokonano w kilkunastu miastach. W Tychach skazano 47 osób za branie łapówek oraz odebrano ponad setkę nielegalnie zdobytych uprawnień, a kolejne półtora tysiąca osób jest właśnie sprawdzanych przez śledczych. W Katowicach stworzono tak sprawny system łapówkarstwa na egzaminach, że prawa jazdy na autobus lub ciężarówkę dostawały osoby, które nigdy nie siedziały za kółkiem lub nie potrafiły czytać i pisać. W MORD w Nowym Sączu kilka tygodni temu zarzuty postawiono dyrektorowi ośrodka. Tylko w ostatnim roku zatrzymań dokonano w ośrodkach w Kielcach, Częstochowie, Pile i Ostrołęce.

Podobnie szeroki zasięg może mieć coraz bardziej rozwojowa sprawa korupcji przy administracyjnych przetargach informatycznych. Na razie główne lokalizacje to Warszawa (w tym Centrum Projektów Informatycznych na Ursynowie) oraz Wrocław, gdzie mieści się siedziba spółki NetLine. To były szef CPI oraz prezes NetLine są na razie głównymi zatrzymanymi w tej sprawie. Ale śledczy nie ukrywają, że kolejne aresztowania są prawdopodobne, szczególnie że sprawdzane są przetargi z minionych lat i dotyczące wielu rządowych agencji.

Miasta korupcji

Są jednak także pojedyncze miejsca, które tak bardzo kojarzą się z korupcja, że warto im poświęcić więcej czasu. – To Starachowice. Po pierwsze, żadna inna afera w Polsce nie została nazwana właśnie od miejsca, gdzie się wydarzyła. Po drugie, ledwie ludzie zaczęli zapominać o przekręcie z czasów rządów SLD, gdy historia się powtórzyła i znowu Starachowice są na ustach wszystkich jako miasto skorumpowanych urzędników – mówi Jabłoński.

Kiedy w 2003 roku wyciekły do prasy tajne nagrania z podsłuchiwanego telefonu posła SLD Andrzeja Jagiełły, miasto trafiło na czołówki wszystkich gazet i serwisów informacyjnych. Były one sensacyjne: Jagiełło dzwonił do radnych Sojuszu ze Starachowic i powołując się na informacje uzyskane od wiceministra MSWiA Zbigniewa Sobotki, ostrzegał ich o planowanych aresztowaniach tamtejszych działaczy samorządowych powiązanych z przestępcami. W kilka dni to miasteczko niegdyś znane jako siedziba fabryki najpopularniejszych polskich samochodów ciężarowych Star (w 2003 roku firma dogorywała) stało się symbolem niebezpiecznych związków polityków i przestępców.

Jak by tego było mało, właśnie doszło do powtórki. W tym tygodniu rozpoczął się proces Wojciecha B., do niedawna prezydenta tego miasta. W 2006 roku wygrał wybory, bo obiecywał, że zmieni wizerunek miasta i wprowadzi jasne zasady pracy urzędników. Pod koniec sierpnia ubiegłego roku w związku z oskarżeniami o korupcję zatrzymało go CBA. Zarzuty: 96 tys. zł łapówek od lokalnych przedsiębiorców. Grozi mu 10 lat więzienia.

Starachowice mają jednak konkurenta. – Wałbrzych jest symbolem korupcji wyborczej, i to tej naprawdę niebezpiecznej, bo samorządowej – opowiada Grażyna Kopińska z Fundacji Batorego. – To miasto może i nie przebiło się tak mocno do świadomości publicznej jak Starachowice, ale to, jakimi metodami dokonano korupcji, jest bardzo znamienne – dodaje.

Chodzi o wybory z 2010 roku, podczas których w pierwszej turze działacze PO wydali 8 tys. zł na kupno głosów, by to kandydat tej partii Piotr Kruczkowski został prezydentem miasta, a lokalni sympatycy Platformy dostali się do rady miasta i powiatu. Płacono 20 zł za głos, choć w niektórych przypadkach mieszkańców Wałbrzycha przekupywano alkoholem lub produktami spożywczymi. Proceder powtórzono w drugiej turze – na głosy wydano kolejne 5 tys. zł. Śledztwo w tej sprawie trwało rok. W tym czasie władze wojewódzkie PO zadecydowały o rozwiązaniu lokalnych struktur ugrupowania. Sąd nakazał powtórzenie drugiej tury wyborów prezydenckich (Kruczkowski jeszcze przed tą decyzją zrzekł się funkcji) i części wyborów do rady miasta. Proces pięciu oskarżonych o kupowanie głosów jednak do dziś się nie zaczął.

Wśród wsi na korupcyjną ikonę wyrósł Kleszczów koło Bełchatowa. To siedziba najbogatszej gminy w Polsce oraz miejsce, w którym doszło do jednej z największych pod względem wartości afer – opowiada Dobrzyński. Kazimiera T., od 1993 roku wójt gminy, wraz z synem i synową została w ubiegłym roku oskarżona o nielegalne wzbogacenie się o 5 mln zł. Na czym polegało przestępstwo? Dzięki „niespodziewanej” decyzji rady gminy z 2007 roku działki rolne, które wcześniej zakupiła rodzina Kazimiery T., stały się budowlanymi. Następnie gmina odkupiła je od T., płacąc 35 zł za metr kwadratowy. Gdy Kazimiera T. przejmowała te grunty, metr kwadratowy kosztował ją 80 gr.

Bed & Breakfast

Najwięcej emocji budzą jednak miejsca, w których dochodziło do spotkań korumpowanych i korumpujących. Budynek Agory, wydawcy „Gazety Wyborczej”, choć od pamiętnego spotkania Lwa Rywina z naczelnym Adamem Michnikiem minęła blisko dekada, nadal kojarzy się ze słynną propozycją korupcyjną. A mieszkańcy Marcinowic pod Poznaniem po trzech latach wciąż wspominają zainteresowanie, jakie wzbudziła w całej Polsce informacja o tym, że to na ich małym cmentarzu Ryszard Sobiesiak, współwłaściciel firmy hazardowej Golden Play, spotkał się z prominentnym politykiem PO Zbigniewem Chlebowskim.

Podczas dogadywania interesu przestępcy zazwyczaj wybierają miejsca, które gwarantują im zachowanie ułudy normalności. To galerie handlowe, zwykłe restauracje czy inne miejsca publiczne. Z zasady jednak nie ujawnia się opinii publicznej nazw hoteli czy restauracji, w których dochodziło do korupcyjnych wydarzeń. Powód jest prosty: czemu bogu ducha winien właściciel lokalu miałby ucierpieć z powodu czyjejś pazerności – tłumaczy rzecznik CBA. Mimo to i tak miejsca najbardziej spektakularnych spotkań czy zatrzymań są powszechnie znane.

Czasem, jak w przypadku legendarnego 40. piętra w warszawskim hotelu Marriott, to efekt świadomego nagłośnienia całej sprawy. Na multimedialnej konferencji prasowej w 2007 roku ówczesny zastępca prokuratora generalnego Jerzy Engelking dowodził, że za ostrzeżeniem dla Andrzeja Leppera w tzw. aferze gruntowej mógł stać były szef MSWiA Janusz Kaczmarek. By to udowodnić, pokazał film, na którym Kaczmarek wprost od prezydenta Lecha Kaczyńskiego udał się na 40. piętro Marriottu, do apartamentu zajmowanego przez biznesmena Ryszarda Krauzego. Wkrótce dołączył do nich poseł Samoobrony Lech Woszczerowicz. To spotkanie nagrane kamerami przemysłowymi miało być dowodem na przekazywanie przez polityka poufnych informacji na temat działań antykorupcyjnych. Kaczmarek został po latach uwolniony od oskarżeń, a dziś walczy o odszkodowanie za utratę dobrego imienia, ale i sam Marriott też mógłby o odszkodowanie zawalczyć, bo i on stracił na aferze – zaczął być kojarzony z korupcją.

Także podwarszawskiemu pałacykowi w Pęcicach, gdzie na początku lat 90. właściciele słynnego Art-B Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski spotykali się z możnymi świata biznesu i polityki oraz tworzyli pomysł słynnego oscylatora, taka sława nie przysporzyła biznesowego dobrobytu. Choć dwie dekady temu na hucznych przyjęciach, które odbywały się w kupionym przez Art-B pałacu, bywali wszyscy: od ministrów, posłów, po szefów banków.

Jednak po ucieczce Baksika i Gąsiorowskiego z Polski Pęcice podupadły. Próbowano w nich prowadzić pensjonat. Dziś pałacyk jest zamknięty na cztery spusty.

Podobnie średnią reklamą były afery korupcje dla restauracji, w których odbywały się spotkania bohaterów tych wydarzeń. Restauracja Casa Nostra na warszawskiej Pradze, przed którą w 2001 roku zamordowano byłego ministra sportu Jacka Dębskiego, zamieszanego nie tylko w kontakty ze światem przestępczym, lecz także w niejasne układy korupcyjne, wkrótce zbankrutowała. Pomieszczenia przez dłuższy czas stały puste. Później otwarto tam restaurację gruzińską, ale tylko na chwilę. Dopiero po latach powstała tam dziś popularna w Warszawie La Playa. Podobnie potoczyły się losy eleganckiej restauracji Biblioteka na Powiślu. Wkrótce po nagłośnieniu spotkania, do jakiego doszło w 2007 roku między wiceministrem zdrowia Bolesławem Piechą z przedstawicielami farmaceutycznego giganta Servier, po którym w niejasnych okolicznościach na liście leków refundowanych znalazła się produkowana przez koncern iwabradyna, pogorszyła się sytuacja tej restauracji. Rok później Bibliotekę zamknięto.

Dlatego kiedy podczas obrad komisji śledczej ds. afery hazardowej padła nazwa Pędzącego Królika, restauracji, w której Marcin Rosół, szef gabinetu ministra sportu Mirosława Drzewieckiego, spotkał się z Magdaleną Sobisiak, córką Ryszarda Sobisiaka, właścicielka tej uroczej restauracyjki na warszawskim pl. Teatralnym wcale się nie ucieszyła. Lokal najechały media, by sfilmować miejsce, w którym doszło do przecieku, oraz klienci, by wypić kawę być może przy tym samym stoliku, przy którym miały być uzgadniane wielomilionowe kontrakty. Pędzący Królik przełamał jednak złą passę i pędzi dalej.

Na lotnisku, na morzu

Tak naprawdę to nawet niebo nad Polską nie jest wolne od korupcyjnych wydarzeń – mówi Dobrzyński. W śledztwie prowadzonym od kilku lat w sprawie przyjmowania łapówek w zamian za zaliczenie egzaminu na licencję pilota zarzuty usłyszało już 40 osób. – To oprócz egzaminatorów także przedsiębiorcy, rolnik, kompozytor, student, którym zamarzyło się latanie – dodaje rzecznik CBA.

Niemal w powietrzu przeprowadzono akcję zatrzymania słynnego lobbysty Marka Dochnala. We wrześniu 2004 roku na lotnisku w krakowskich Balicach w saloniku dla VIP-ów już czekało na niego ABW, by zatrzymać go pod zarzutem korumpowania urzędników i prania pieniędzy. Jednak pracownik lobbysty ostrzegł go, ten postanowił nie wysiadać z prywatnego samolotu i kazał pilotowi startować. Funkcjonariusze ABW zablokowali samolot samochodem. Negocjacje z Dochnalem trwały kilka godzin, a lobbysta zgodził się wysiąść, przekonany, że wkrótce zostanie wypuszczony. W więzieniu spędził jednak ponad 3,5 roku. I ledwie wyszedł, ponownie został zatrzymany pod zarzutem korupcji i ponownie w równie spektakularny sposób. ABW aresztowało go podczas posiłku w restauracji Dom Sushi położonej na malowniczym deptaku na ulicy Monte Cassino w Sopocie.

Jeszcze bardziej spektakularne było zatrzymanie w 1998 roku na płynącym do Szwecji promie „Rogalin” asystenta ówczesnego wiceministra obrony narodowej Romualda Szeremietiewa. Zbigniew Farmus został oskarżony o bezprawny dostęp do tajemnicy państwowej i praktyki korupcyjne. Z drugiego zarzutu został po latach oczyszczony.

Tak naprawdę to można by wymieniać i wymieniać kolejne miejsca. W niektórych sprawach wciąż nie zostało wyjaśnione, czy na pewno do korupcji doszło. Tak jest choćby w przypadku mieszkań w Sopocie, które prezydent miasta Jacek Karnowski miał wymuszać od lokalnego przedsiębiorcy jako wynagrodzenie za zgodę na przebudowę kamienicy – mówi Grażyna Kopińska. – Niewątpliwie wciąż dochodzą i będą dochodzić nowe miejsca związane z korupcją – uważa Jabłoński. – Choć możemy mieć wrażenie, że jest tych przestępstw mniej, bo nie wybuchają już tak spektakularne afery kończące się komisjami śledczymi jak kilka lat temu, to wcale ich liczba nie spada – dodaje politolog. I tłumaczy, że co najwyżej zmienia się sama natura przestępstw korupcyjnych. – Kiedyś była to „korupcja biała”, skupiająca się na zdobyciu dojścia do polityka czy urzędnika i przekupieniu go. Dziś to „korupcja czarna”, coraz bardziej skomplikowana, wykorzystująca specjalistyczną wiedzę o przetargach, wydawaniu środków unijnych, tworzeniu bardzo szczegółowych przepisów prawa – dodaje Jabłoński.

Przytakuje mu Kopińska i dodaje: – Coraz częściej spotykana w samorządach. Dla turystyki korupcyjnej to dobrze, bo można układać trasę za trasą. Gorzej dla państwa, w którym ogromne pieniądze są rozkradane – podsumowuje.