Idea organizacji festiwalu w Opolu zrodziła się... w Warszawie. Dziennikarze radiowej Trójki, pisarz Jerzy Grygolunas oraz kompozytor Mateusz Święcicki, zgłosiło się z nią najpierw do szefa Programu Trzeciego Polskiego Radia, a potem do przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej w Opolu, Karola Musioła. Był rok 1963 i w mieście właśnie budowany był amfiteatr. Decyzja o organizacji festiwalu polskiej piosenki była argumentem, by przyspieszyć wlokące się prace budowlane.

Już pierwsza edycja festiwalu w 1963 roku stała się wielkim wydarzeniem muzycznym, choć organizacyjnie była to raczej wielka improwizacja. Do historii przeszło powitanie, jakie zaserwował publiczności Karol Musioł, który powiedział Witam was czule. Jednak ze względu na jego wyraźną śląską gwarę wyszło z tego Witam was ciule. Na stałe z festiwalem związany jest także odegrany na początku pierwszego z koncertów hymn, skomponowany specjalnie na festiwal przez Bogusława Klimczuka.

Właśnie w 1963 roku na opolskiej estradzie wybrzmiała wyśpiewana przez niesamowitą 22-letnią wówczas Ewę Demarczyk "Karuzela z Madonnami", która wprawiła publiczność w zachwyt. Jak głosi anegdota Demarczyk miała przed tym występem wielką tremę, a na scenę wypchnięto ją niemal siłą. Artystka nigdy wcześniej bowiem nie występowała przed tak liczną publicznością.

Na tym samym festiwalu porwał widzów do tańca Bogdan Łazuka, który bohatersko pląsał na scenie, robiąc wszystko, by nie zaplątać się w kabel od mikrofonu. Wtedy też Karin Stanek śpiewała "Malowaną lalę", a Czesław Wydrzycki  (potem znany jako Czesław Niemen) - "Pod papugami". Cztery lata  później właśnie w Opolu śpiewał "Dziwny jest ten świat". Publiczność płakała, a Niemen wyjechał z festiwalu z nagrodą przewodniczącego Radiokomitetu.

Również w Opolu prezentowane były takie hity jak "Na całych jeziorach ty", "O mnie się nie martw", "Jesteśmy na wczasach", "Tańczące Eurydyki" czy "Boskie Buenos". Tu śpiewał Jonasz Kofta i Marek Grechuta, tu wybrzmiewały największe przeboje big-bitu i poetyckie piosenki Agnieszki Osieckiej. Tu rzeczywistość komentował Wojciech Młynarski, a swe umiejętności wokalne prezentowały młodziutkie artystki jak Anna German, Anna Jantar czy Viletta Villas. Tu prezentowała się szerokiej publiczności "Piwnica pod Baranami" czy Teatr STS. Wreszcie tu Wiesław Gołas śpiewał "W Polskę idziemy", a Jerzy Stuhr przekonywał, że "Śpiewać każdy może".

W hity i przyszłe gwiazdy obfitowały zwłaszcza pierwsze edycje festiwalu, które były prawdziwą eksplozją polskiej twórczości muzycznej. Już w 1963 roku Jerzy Waldorff nazwał miasto "Stolicą polskiej piosenki", które to określenie przylgnęło do Opola na stałe. Festiwal był bowiem pomyślany jako promocja polskiej piosenki, ale i jako odskocznia od starszego festiwalu w Sopocie, gdzie jednak najjaśniej świeciły gwiazdy zza granicy.

Historia festiwalu w Opolu to - poza występującymi - także niezapomniani prowadzący. Aż trudno uwierzyć, ale w czasie pierwszej edycji role konferansjerów pełnili: Jacek Fedorowicz, Lucjan Kydryński i Piotr Skrzynecki. Ich rolą było przez lata nie tylko zapowiadanie kolejnych wykonawców, ale i reagowanie w sytuacjach kryzysowych: strajku muzyków, opadów deszczu nad niezadaszonym aż do 1979 roku amfiteatrem, kiedy to zdarzało się im wystawać z parasolem nad głowami występujących w kałużach artystów.

Zupełnie osobnym rozdziałem było toczące się wokół festiwalu życie towarzyskie. Twórcy mieli zwyczaj spotykania się po występach w restauracji "Pod pająkiem", gdzie rozmawiano oczywiście o przyszłej współpracy, ale i korzystano z nieźle wyposażonego bufetu i atmosfery relaksu. W miarę upływu nocy stoliki się łączyło, zawsze ktoś grał na pianinie stojącym w kącie, reszta śpiewała, i tak na ogół do rana. A od południa wszyscy umyci i trzeźwi rąbaliśmy pyszne frankfurterki [...] i smażyliśmy się w czerwcowym słońcu, słuchając niekończących się prób… - wspominała po latach Maryla Rodowicz.

O tym, co działo się w "Pająku", niech świadczy anegdota opowiedziana przez weterana festiwalu w Opolu, Wojciecha Młynarskiego. Otóż w czasie jednej z imprez, które dziś trafnie można określić jako after party, z "Pająka" wyszedł, a raczej wytoczył się dziennikarz Jerzy Falkowski. Otworzył pierwsze drzwi, jakie napotkał, ale pech chciał, że były to drzwi od stojącego przed restauracją samochodu-chłodni. Zimno go jednak nie odstraszyło – wszedł do środka i uciął sobie drzemkę. Gdy uwalniano go po paru godzinach, powiedział jedynie zachrypniętym głosem: Opole jest nie do zdarcia.