Dojeżdżam do Krasiczyna wieczorem. Zamek, który jest największą atrakcją miasteczka o tej samej nazwie, schowany jest za gęstym parawanem drzew i krzewów otaczającego go parku. Rzęsiście oświetlona rezydencja odcina się wyraźnie od granatowego nieba. Jej cztery charakterystyczne baszty zamku to prawdziwe arcydzieło polskiej architektury. Każda z nich jest inna, wszystkie bogato zdobione: delikatnymi attykami, kopułami, sgraffitami. "Będzie co oglądać" - myślę, wchodząc do recepcji hotelu urządzonego w dawnej oficynie.

Rezydencja przechodziła bowiem różne koleje losu. Z powodu swej wyjątkowej urody zamek był najeżdżany i pustoszony przez tatarskie hordy i wojska carskie. Niszczyły go pożary i działania obu wojen światowych. Potem cierpiał, będąc ośrodkiem szkoleniowym Samopomocy Chłopskiej, liceum leśnym i internatem, by na koniec dostać się w ręce fabryki samochodów FSO. Ostatni właściciele zamku urządzili w oficynie dom wczasowy dla swoich pracowników. Nie mieli jednak dostatecznej ilości pieniędzy, by wyremontować zabytek. Na dziedzińcu wyrosły drzewa i trawa, baszty zaczęły się sypać. To, że zamek przetrwał do naszych czasów, jest prawdziwym cudem. Cud nad Sanem.

Po nocy spędzonej w dawnej Powozowni zaczynam zwiedzanie od dziedzińca. Przewodniczka opowiada w skrócie historię zamku. Wybudowany na pofałdowanym terenie Pogórza Przemysko-Dynowskiego, nad płynącym tu leniwie Sanem był początkowo niewielką budowlą obronną. Jego pierwszy właściciel, ubogi szlachcic z Mazowsza Jakub z Siecina, przyjął nazwisko od pobliskiej wsi Krasice, którą wniosła mu w wianie żona. Siedziba Jakuba nazwana została Krasiczynem.

Początkowo była prawdopodobnie drewnianą warownią, której jedyną murowaną częścią był budynek bramy. Jego fragmenty przetrwały do naszych czasów. Do tej murowanej bramy syn Jakuba, Stanisław Krasicki, dobudował budynek mieszkalny. W miejsce drewnianych wież stanęły czterokondygnacyjne murowane basteje przystosowane do użycia artylerii. Połączyły je kurtynowe ściany ze strzelnicami. Zamek na planie nieregularnego czworokąta był przede wszystkim budowlą obronną, ale fortuna zgromadzona przez Stanisława Krasickiego, zaufanego Zygmunta III Wazy, pozwoliła wykończyć zamek z rozmachem.

Największe zasługi dla zamku położył jednak syn Stanisława - Marcin Krasicki - najwybitniejszy przedstawiciel rodu: ulubieniec króla Zygmunta, starosta przemyski, poseł królewski, senator, wybitny patriota i mecenas sztuki. Poświęcił rozbudowie siedziby Krasickich całe życie i większość zgromadzonych pieniędzy.

Rezydencja miała wyrażać swą architekturą zasadniczy element szlacheckiego światopoglądu: wiarę w cztery szczeble władzy. Cztery baszty, którymi ozdobił zamek, nawiązywały swą formą do jej atrybutów: basztę Boską wieńczy kopuła przypominająca sklepienie niebieskie. W jej wnętrzu Marcin Krasicki zbudował bogato zdobioną kaplicę. Baszta Papieska zakończona jest attyką - murowaną balustradą o wyszukanych ornamentach. Basztę Królewską przykrywa spiczasta kopuła otoczona sześcioma wykuszami w formie wieżyczek nakrytych zielonymi szpicami. Ostatnia narożna baszta - Szlachecka, udekorowana jest attyką przypominającą koronę Zygmunta III Wazy. Miało to w symboliczny sposób przypominać, że szlachta jest podporządkowana królowi.


Zamkowy dziedziniec od strony północnej zdobi wspaniała renesansowa loggia z cebulastą kopułą i monumentalne schody. Prowadziły do najbardziej reprezentacyjnych pomieszczeń zamku, w których gościli polscy królowie (Zygmunt III Waza, Władysław IV, Jan Kazimierz, August II) i dostojnicy kościelni. Za czasów Marcina wybudowano także nowy wjazd do zamku i wzniesiono nową bramę z Wieżą Zegarową. Kiedy na nią spoglądam, przewodniczka opowiada o Bielicy - zjawie, która ukazywała się, gdy rezydencji groziło niebezpieczeństwo. Był to duch Zosi Sapieżanki. Nieszczęsna dziewczyna wolała rzucić się z wieży, niż wyjść za mąż za niekochanego mężczyznę.

Tyle legenda. W rzeczywistości Zosia, podobnie jak siedmioro z ośmiorga dzieci Leona Sapiehy (który w 1835 r. kupił zamek), zmarła podczas epidemii cholery. Pochowana została w zamkowej krypcie, którą od niedawna można znowu zwiedzać. Wyremontowano ją dopiero w ciągu ostatniego roku. Krypta, podobnie jak cały zamek, podczas II wojny światowej została zdewastowana przez żołnierzy Armii Czerwonej. Krasiczyn znalazł się bowiem po radzieckiej stronie linii Ribbentrop - Mołotow.

Żołdacy przez tydzień wyrzucali na dziedziniec i palili zamkowe sprzęty, zrywali bogato rzeźbione w piaskowcu i marmurze portale, rozłupywali kominki i malowane piece, niszczyli przepiękną snycerkę drzwi i wzorzyste tkaniny, którymi zdobione były ściany rezydencji. Sapiehom udało się przed wkroczeniem sowietów wywieźć tylko bogate zbiory biblioteczne i najcenniejsze dzieła sztuki. Dlatego dzisiaj nie ma czego oglądać w zamkowych wnętrzach. Bogactwem zdobień zachwyca tylko zamkowa kaplica, pieczołowicie odrestaurowana w ostatnich latach.

Mimo że zwiedzanie zamku z przewodnikiem trwa tylko godzinę, warto zostać dłużej, by przyjrzeć się sgraffitom. To Marcin Krasicki nakazał pokryć nimi zamek. Pod koniec pierwszej połowy XVII w. ściany i baszty zamku pokrywało prawie siedem tysięcy metrów tej dekoracji. Był to rekord na skalę europejską. Do dzisiaj udało się odtworzyć połowę sgraffitów, które podczas któregoś z kolejnych remontów zostały zatynkowane. Nie wiadomo, kto jest autorem tych ozdób. Być może był to działający w Przemyślu mieszkaniec Lugano Galeazzo Appiani.

Tak czy inaczej musiał to być zdolny artysta. Sgraffito to trudna technika: najpierw kładzie się na murze spodnią warstwę tynku. W Krasiczynie barwiono go tłuczonym węglem drzewnym. Na nią położona została druga warstwa zabarwiona wapnem. W wilgotnej jeszcze zaprawie wydrapywano rysunek, który odsłaniał barwę dolnego tynku. Zamek zdobią sceny myśliwskie, portrety królów polskich od Władysława Jagiełły po Augusta II oraz popiersia cesarzy rzymskich, bizantyjskich i niemieckich. Są też sgraffita geometryczne, sceny biblijne i rodzajowe.

Piękny jest także zamkowy ogród w stylu włoskim. Są tu stawy, po których pływają łabędzie, kwietne łąki, zabytkowe aleje lipowe i cisowe. Pod starymi lipami i dębami o grubych konarach można odnaleźć omszałe, kamienne tablice. Wyryto na nich imiona dzieci Sapiehów i daty ich urodzenia. To także metryka drzew, ponieważ zgodnie z rodzinną tradycją sadzono je na pamiątkę urodzin dziecka: jeśli na świat przychodził chłopiec, sadzono dąb, jeśli dziewczynka - lipę. W ogrodzie jest też wiele drzew egzotycznych. Jednym z nich jest miłorząb japoński o liściach w kształcie wachlarza. Kto trzy razy obejdzie drzewo, idąc wstecz i powtarzając życzenie, może liczyć na spełnienie prośby. Podobno najlepiej, by dotyczyła spraw sercowych.

Informacje praktyczne

Dojazd: pociągiem do Przemyśla, potem miejskim autobusem nr 10 lub 40.

Położony 10 km od Przemyśla Krasiczyn można zwiedzać codziennie, wyłącznie z przewodnikiem, w grupach o godz. 9, 11, 15 i 17. Wejście do parku 2/1 zł, zwiedzanie zamku 10/6