W najnowszej książce "Warto podążać za marzeniami. Moja podróż przez życie" opisuje pan swoje wyprawy na krańce świata począwszy od dziecięcego rejsu do Danii. Już wtedy wiedział Pan, że będzie podróżnikiem?

Marek Kamiński: Kiedy miałem 5 lat złamałem sobie rękę i groziła mi amputacja. Miałem mnóstwo czasu, więc dużo czytałem, głównie o podróżach. Książki Juliusza Verne, pamiętniki Amundsena i Scotta stały się moją rzeczywistością, która odciągała mnie od świata szpitalnych łóżek, który mnie otaczał. Myślę, że w wieku dziecięcym najbardziej kształtują się wartości i obraz tego, co chcielibyśmy w życiu robić i moja pasja zaczęła się chyba właśnie wtedy.

Nie myślał Pan nigdy, że łatwiej byłoby mieć zwykłą pracę i być zawsze na miejscu, w domu?

Nie widzę wielkiej różnicy między życiem na wyprawach, a tym tutaj. Życie na wyprawie bywa nawet prostsze, bo niebezpieczeństwo jest jasno określone. Po powrocie jest inaczej, ale też nie spotyka nas idylla. Nie żyjemy w edenie, musimy mierzyć się z różnymi zagrożeniami, wyzwaniami i sobie z nimi radzić.

Podążanie za marzeniami wiąże się z trudnościami, niewygodami i ryzykiem. Jeżeli człowiek stawi temu czoła, to uda mu się je zrealizować. Jeżeli wybiera wygodną drogę, będzie bezpieczny, ale nigdy nie spełni swoich marzeń.

Będąc na wyprawie, zdarzało się panu marzyć z kolei o wygodach, np. ciepłej herbacie przed telewizorem?

Na wyprawie człowiek zapomina o cywilizacji, jest tu i teraz. Po powrocie na nowo odkrywa się jej zalety np. dostęp do bieżącej wody. Możemy się wykąpać, zjeść, napić i nie trzeba w tym celu topić lodu. W życiu stępia się poczucie dobrodziejstw cywilizacji, przechodzimy nad tym do porządku dziennego i dostrzegamy tylko złe rzeczy.

Podczas samotnych wypraw doskwierał Panu brak towarzystwa i bliskich?

Idąc samotnie na Antarktydę stwierdziłem, że tak naprawdę nie jestem sam, bo myśli o mnie wielu ludzi w Polsce i zagranicą. Wydaje mi się, że samotność jest bardziej stanem wewnętrznym. Nawet w Warszawie człowiek, który jest otoczony dwoma milionami ludzi, ale nie ma ważnego dla siebie celu i czuje, że świat nie jest nim zainteresowany może być prawdziwie samotny. Ja nigdy tak się nie czułem maszerując w pojedynkę.

Ale miał Pan za to mnóstwo czasu na myślenie - o czym?

Biegun, czy góry, to są tak naprawdę scenografie, w których odkrywa się prawdy o sobie i o człowieczeństwie. To poszukiwanie tego, co jest zapisane w naszym DNA oprócz cech fizycznych - cech psychicznych, czyli odpowiedzi na pytanie, kim jesteśmy.

Która z wypraw jest dla Pana najważniejsza?

Najważniejsza jest tak naprawdę wyprawa przez życie. W tej chwili są nią moje dzieci i ta wyprawa wciąż trwa. A z tych indywidualnych, które już odbyłem bez wątpienia jest ta z Jaśkiem Melą. Miała ona wiele wymiarów - geograficzny i wyczynowy, bo zdobywałem bieguny z chłopcem, który stracił rękę i nogę. Chodziło też o to, by dać Jaśkowi kapitału na całe życie oraz nadzieję ludziom, którzy ją stracili.

Jakby Pan zareagował, gdyby dzieci oświadczyły, że też chcą zostać podróżnikami?

Moja córka Pola mówi, że nie chce być podróżniczką, chce być artystką i malować obrazy. Syn ma dopiero 5 lat, ale też twierdzi, że nie chce podróżować. Nie chciałbym żeby dzieci poszły w moje ślady. Jest wiele fajnych rzeczy, które można robić w życiu nie ryzykując życia, które jest bardzo bogate. Każdy musi odkryć prawdę o sobie.

Jak spędza Pan wakacje z rodziną?

Z Polą, kiedy miała półtorej roku, zrobiliśmy jedną poważną wyprawę - z Polą przez Polskę - od źródeł Wisły do Gdańska, ale nawet kiedy spacerujemy z dziećmi brzegiem Bałtyku, mówię im, że idziemy na wyprawę. Czasem potrafimy przejść tak dziesięć kilometrów. W tym roku byliśmy na wakacjach w Chorwacji pływaliśmy katamaranem, w zeszłym roku w Toskanii, a dwa lata temu pod namiotem we Włoszech. Podróżujemy też dużo po Polsce. Ostatnio byliśmy razem na Mazurach.

W ferie zimowe zabiera Pan rodzinę na narty?

Takim naszym ulubionym miejscem jest Zakopane, gdzie wybieramy się też w tym roku. Jeżeli jeżdżę na narty, to tylko z rodziną. Tyle, że dzieci jak na razie nie przekonały się jeszcze do nart, chętniej spędzają czas jeżdżąc na łyżwach. Ja sam nie powiedziałbym o sobie, że jestem super narciarzem zjazdowym. Dużo lepszym jestem narciarzem biegowym.

Każdy, kto będzie chciał wybrać się z panem na wspólna wyprawę wkrótce będzie miał taka okazję.

Tak, chcemy zorganizować wyprawę wzdłuż Wisły, o nazwie Ekspedycja Wisłą 2013, która planowo ma odbyć się w sierpniu przyszłego roku. Będzie mógł wziąć w niej udział naprawdę każdy, kto wcześniej się na nią zapisze. Wyprawa będzie podzielona na etapy: kajakowy, rowerowy i pieszy. Chciałbym i takie jest założenie, żeby była to impreza masowa, taka jak Bieg Wazów. Mam nadzieję, że tak się w przyszłości stanie.


Marek Kamiński - polski podróżnik, polarnik, odkrywca. Pierwszy i jedyny człowiek na świecie, który zdobył oba bieguny Ziemi w ciągu jednego roku. 23 maja 1995 roku wraz z Wojciechem Moskalem dotarł na biegun północny, a 27 grudnia 1995 roku zdobył samotnie biegun południowy. Jest założycielem Fundacji Marka Kamińskiego. Niedawno ukazała się jego najnowsza książka "Warto podążać za marzeniami. Moja podróż przez życie".