Anna Sobańda: Samochodem przez Afrykę rozumiem, ale dlaczego akurat maluchem?

Arkady Paweł Fiedler: Darzę ten samochód wielkim sentymentem i dość długo go odkrywałem. Miałem w swoim życiu kilka maluchów, obecnie mam dwa - tego, którym objechałem Afrykę, i klasyka z lat 80., który służy mi na wyprawy po bułki w rodzinnym Puszczykowie. Lubię ten samochód, między innymi dlatego wziąłem go w sentymentalną podróż po Polsce w 2009 roku. Wtedy odkryłem tę maszynę na nowo. Maluch świetnie nadaje się do poznawania nowych miejsc, ponieważ jeździ się nim wolniej, częściej trzeba się zatrzymywać, podróżuje się z otwartymi szybami, bo to jedyna dostępna forma klimatyzacji. Dzięki temu w trakcie podróży można doświadczyć więcej.

Podczas wyprawy po Polsce doszedłem do wniosku, że warto zrealizować jedno z moich wielkich marzeń, czyli podróż samochodem przez Afrykę. Zdecydowałem wyruszyć w nią maluchem.

Maluch nie jest uznawany za najbezpieczniejszy samochód. Nie bał się Pan wyruszać nim w tak daleką i trudną podróż?

Maluchem nie da się jeździć zbyt szybko, więc nie jest tak niebezpieczny, jak mogłoby się wydawać. To bardzo wdzięczna maszyna, choć niewygodna. W dalekich podróżach jego niewątpliwą zaletą jest to, że jest prosty w obsłudze. Wiele usterek jestem w stanie naprawić sam, a z tymi poważniejszymi poradzi sobie każdy mechanik napotkany po drodze.

O co najczęściej pytali mieszkańcy Afryki na widok malucha?

Reakcje ludzi były fascynujące. Na ogół było to zdziwienie. Ludzie nie wiedzieli, na co patrzą. Padało mnóstwo pytań, a najczęstsze brzmiało: "czy to jest samochód?". Musiałem tłumaczyć, że to prawdziwy samochód, który przyjechał aż z Polski. Część osób nie dowierzała, zwłaszcza w krajach, w których istnieją tuk-tuki, czyli pochodzące z Indii riksze. Podejrzewali, że mój maluch to nowa wersja takiego tuk-tuka. Byłem oburzony - jak można nazywać rikszą mój wyprawowy pojazd? Broniłem więc malucha, zapewniając, że to prawdziwy samochód. Było wiele zabawnych sytuacji - ludzie szukali silnika, nie wiedzieli, że jest z tyłu, a nie z przodu; byli także zaskoczeni, że maluch nie ma chłodnicy.

Dostał pan też wiele ofert kupna malucha.

Zgadza się, kilka osób było nim poważnie zainteresowanych. Oferowano mi całkiem niezłe pieniądze - w Ugandzie nawet 2 tys. dolarów. Maluch bardzo podobał się też dziewczynom. Nazywały go najsłodszym samochodzikiem, jaki widziały. Wiele chciało, bym im go podarował. To były naprawdę bardzo miłe spotkania. Wcześniej dwa razy byłem w Afryce dużymi, terenowymi samochodami i nigdy nie doświadczyłem takich relacji z ludźmi, jak podczas podróży maluchem. Gdziekolwiek się pojawiałem, maluch stawał się wydarzeniem dnia.

Czy zdarzały się trudne sytuacje, które maluch ratował swoim urokiem?

Oczywiście, otwierał mi drogę na tak zwanych check pointach czyli kontrolach drogowych. Wzbudzał uśmiech i zaciekawienie. Kiedy zdarzało mi się utknąć gdzieś na drodze, ludzie bardzo chętnie pomagali. W Ugandzie, gdy wpadłem do rowu przez błotnistą drogę, cała wieś zaangażowała się w pchanie malucha.

Czytając książkę, trudno nie odnieść wrażenia, że między panem a maluchem wytworzyła się szczególna więź.

Tak, ja w ogóle bardzo przywiązuję się do swoich samochodów. Z maluchem zżyłem się szczególnie, ponieważ zrealizował on moje marzenie - podróż przez Afrykę. I mimo tego, a może właśnie dlatego, że w trakcie tej wyprawy szczególnie mocno się w nim nacierpiałem, ostro naprzeklinałem, on wdzięcznie mnie wiózł. Maluch jest pojazdem, o który trzeba dbać, a wręcz zabiegać, akceptować jego ułomności. Dzięki temu podróż staje się jeszcze większą przygodą, a ta konkretna pozostanie we mnie do końca życia.

Czy zdarzały się sytuacje, w których miał pan poczucie, że maluch jest jakimś ograniczeniem? Że zamiast na samej podróży, musi się pan skupić się na tym, by dał radę przejechać kolejny odcinek drogi?

Takich przemyśleń nie miałem. Lubię podróże samochodem i całą związaną z nimi otoczkę, proces jazdy, dbania o pojazd, wymiany oleju itd. To również jest bardzo ekscytujące. Sama jazda tymi drogami, niekiedy wręcz walka o to, żeby maluch sobie w jakiś warunkach poradził, była fascynująca.

Trafił pan w Afryce w miejsca, które pana rozczarowały?

Chyba nie. Jedynie początek podróży w Egipcie był niespodziewanie ciężki i mało przyjemny. Egipcjanie, których tam spotkałem, nie byli specjalnie miłymi ludźmi, miałem wrażenie, że chcą nas wykorzystać. Spisałbym Egipt na straty, gdyby nie podróż przez południe tego kraju i poznany tam Mohammed, u którego spędziliśmy 5 dni. On uratował wizerunek Egiptu (śmiech). Dalej na trasie nie spotkałem się już z żadnymi rozczarowaniami.

Afryka uznawana jest za jeden z najniebezpieczniejszych kontynentów. Czy podczas podróży zdarzały się sytuacje, w których czuliście się zagrożeni?

Mój operator często czuł się zagrożony, co było problematyczne dla reszty ekipy odpowiedzialnej za film, ponieważ momentami jego lęk był wręcz paranoiczny. Ja ani razu nie czułem takiego zagrożenia. Raz w Tanzanii mieliśmy podejrzaną sytuację, kiedy śledził nas samochód z nieciekawymi typami. Na szczęście nic się nie stało. Można także obawiać się patroli na check pointach, ale mnie na szczęście zawsze ratował urok malucha. Tylko raz zdarzyło się, że żołnierz zapytał mnie wprost, czy coś dla niego mam.

Dla pasji podróżniczej porzucił pan pracę w korporacji, czy to geny się o pana upomniały?

Możliwe, na pewno także wychowanie w domu podróżnika, czyli mojego dziadka. Te opowieści, zdjęcia, eksponaty w muzeum w Puszczykowie dedykowanym dziadkowi - to dało mi poczucie, że mojemu życiu od lat towarzyszą podróże. Pracując w korporacji, tęskniłem za tym i w końcu doszedłem do wniosku, że podróże to jest to, czym chcę się w życiu zajmować. Do korporacji zawsze mogę wrócić.

W książce poświęca pan dziadkowi tylko jeden krótki fragment, dlaczego?

Trudno powiedzieć. Wspomniałem o dziadku w tym konkretnym miejscu podróży ze względu na datę, czyli rocznicę jego urodzin. Dziadek umarł, jak byłem mały, nie widywałem go codziennie, więc tych wspomnień nie mam zbyt wielu. Są to bardziej epizody z nim związane. Dziadek częściej towarzyszył mi później, patrząc na mnie ze zdjęć zrobionych na Madagaskarze czy w innych egzotycznych miejscach.

W książce, pisząc o dziadku, dochodzi pan do wniosku, że polubiłby malucha.

Myślę, że tak. On nawet kupił malucha, choć sam nie miał prawa jazdy. Jeździła nim babcia, mój ojciec i wujek. Myślę też, że dziadkowi spodobałoby się to, że szukam swojej drogi, i choć styl jest inny, to jest ciągle droga podróżnicza. Pochwaliłby, że znalazłem mój własny sposób na podróżowanie.

Jaki jest kolejny podróżniczy cel "Zielonej Bestii"?

Maluch jest już wyszykowany na podróż do Władywostoku, 19 tys. kilometrów. Ruszamy 4 czerwca, będzie to już 3 projekt z cyklu "Po drodze". Przejedziemy przez wiele ciekawych krajów i wiele ciekawych dróg. Podobnie jak to miało miejsce w Afryce, dołącza do mnie ekipa filmowa, więc będziemy kręcili kolejny film podróżniczy.

Czy powstanie również książka?

Zobaczymy, jeśli czytelnikom spodoba się "Maluchem przez Afrykę", to może powstanie też "Maluchem przez Azję".

Dziękuję za rozmowę i trzymam kciuki za powodzenie kolejnej podróży

Dziękuję