W stolicy afrykańskiego Malawi chichoczą hieny
Malawi to wąski kawałek Czarnego Lądu wciśnięty pomiędzy Zambię, Tanzanię i Mozambik. Nazywany jest gorącym sercem Afryki. Najważniejsze miasto Malawi - Lilongwe - jest prawdopodobnie jedyną stolicą na świecie, w której centrum w nocy słychać chichot hien.
- Sezon na grizzly w kanadyjskich Górach Skalistych
- Rajskie Hawaje mają wulkany wyższe od Mount Everestu
- Rapa Nui - samotność na Wyspie Wielkanocnej
- Taman Negara w Malezji - najstarszy las deszczowy
- Jamajkę spowija gęsty dym marihuany
- Wakacje na Kubie przypominają wyprawę do czasów PRL
- Triada zmienia strategię, żeby znów być liderem
- Wielki Kajman zapiera dech w piersiach
- Barbados to najprawdziwszy raj na ziemi
- Słonie porażone prądem. Przewróciły słup i zaplątały się w przewody
- Oto najdroższe miasto świata. Tutaj ceny szokują
- Szukają krokodyla rekordzistę. Poprzednika wyciągało sto osób
- Rośnie liczba ofiar tragedii promu u wybrzeży Tanzanii
- Wielka obława na krokodyle. Uciekło sto groźnych gadów!
- Nietypowy protest w Afryce. Przeciwko spodniom
-
Kenia - kraj, w którym się zakochasz!
Pogoda
POLSKA
Środa 2012-05-23

temp. min 8°C max. 28°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
W porównaniu z Kenią czy sąsiednią Tanzanią Malawi nie słynie z oszałamiającej przyrody, choć to ocena bardzo krzywdząca. Negatywny stereotyp rozpowiadany przez napotkanych Tanzańczyków słyszymy kilkakrotnie po drodze do Malawi.
"Zawracajcie, tam nic nie ma" – mówią mieszkańcy Tanzanii dumni ze swojej przyrody. Nie mają racji, ale dzięki tym pogłoskom w Malawi na pewno nie ma tłumu turystów. Występują tu za to niemal wszystkie te same gatunki zwierząt co w słynnym parku Serengeti. Tyle że opłata za dobę spędzoną w parku narodowym w Tanzanii sięga stu dolarów, a w Malawi kosztuje zaledwie pięć.
W Vwaza Marsh, pierwszym na naszej trasie parku narodowym, jesteśmy sami, nie licząc personelu. Po ciężkiej drodze zdezelowanym busem do parku trafiamy późnym wieczorem. Zajmujemy jedną z rozrzuconych nad jeziorem bambusowych chatek, a stróż wręcza nam lampę naftową – prądu nie ma, to środek głuszy. Pracownik parku ostrzega tylko, żeby nie odchodzić od chatki, bo wokół jest pełno zwierząt. Słyszeliśmy takie zapewnienia już nie raz, więc nie za bardzo dowierzamy. Niesłusznie. Gdy tylko opuszczamy bambusową zasłonę imitującą drzwi, wokół robi się gwarno, a zarośla zaczynają się ruszać. Tuż obok słyszymy przeraźliwie głośne pochrapywania i mlaskania. To hipopotam. Rano pod samymi drzwiami znajdziemy jego pokaźne odchody.
O świcie spotykamy kolejne zwierzęta. Pawiany harcują już na ścieżce do natrysków. Po Vwaza Marsh można chodzić tylko z uzbrojonym przewodnikiem. Nad brzegiem jeziora oglądamy całe stada zbierające się przy wodopoju: impale, kudu, eland, pawiany i guźce. Z góry okolice monitoruje białogłowy bielik afrykański. Jest też pokaźne stado słoni, którego strzeże potężny osobnik z odłamanym w walce ciosem.
Największą atrakcją Malawi jest jezioro o tej samej nazwie. Pierwszym naszym przystankiem nad brzegiem jest Nkhata Bay, miejscowość o bardzo imprezowej reputacji.
Znajdziemy tu kilka niezłych jak na standardy afrykańskie hoteli, knajp i dyskotek. Potocznie uważa się, że w Nkhata Bay w ciągu dnia nie ma co robić poza leczeniem kaca, ale to kolejny mit. Można popływać kajakiem czy ponurkować, my decydujemy się na podglądanie rybaków wypływających w dłubankach na połów. Uwaga praktyczna: w restauracji Aqua Africa trzeba uważać na szalonego Jacka. Udomowiony pawian lubi skakać na przerażonych gości. Nie ma jednak złych zamiarów. Jack nauczył się wytrącać z ręki turystów colę, którą potem w pośpiechu wychłeptuje z przewróconej butelki. Obsługa oczywiście nie ostrzega, za to za każdym razem zrywa boki ze śmiechu.

















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!