Jak było naprawdę?

Jakub i Wilhelm Grimmowie sfabularyzowali tylko prawdziwe wydarzenie, które miało tutaj miejsce w roku 1284. Według bajkopisarzy tajemniczy, kolorowo ubrany Szczurołap (po niemiecku „der Rattenfaenger”) wynajęty został przez ojców miasta, by uwolnił je od plagi gryzoni. Szczurołap, zgodnie z umową, wyprowadził za miejskie mury zwierzęta grając na flecie. Potem jednak, gdy nie dostał od mieszczan umówionej zapłaty, zahipnotyzował swoją grą ich dzieci (w liczbie stu trzydziestu) i wyprowadził je w niewiadomym kierunku.

Jest to jedna z najmroczniejszych bajek świata. Bez szczęśliwego zakończenia, bo z całej grupy do miasta wróciła tylko dwójka: jedno dziecko niewidome, a drugie głuche. Mało tego, choć historia z idącymi za głosem fletu szczurami to tylko fantazja, ale właśnie wątek zaginionych dzieci jest prawdziwy. W 1350 roku przeszła przez Hameln zabójcza fala dżumy, jak wiadomo, roznoszonej przez szczury. Jej ofiarą w pierwszym szeregu padały dzieci. Niedaleko starego miasta odkryto grób z tego czasu, w którym leżało kilkaset dziecięcych szkieletów.

A może w rzeczywistości było jeszcze inaczej? Bajkowe pojęcie “dzieci miasta” stanowiło w owym czasie określenie osób w wieku produkcyjnym. Nie mogąc odziedziczyć ani domu, ani przysługującego pierworodnym warsztatu, 130 osób wyruszyło z Hameln w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Kilkunastu historyków próbowało rozwiązać tę zagadkę. Jedna z wersji mówi, że po dotarciu do Morza Północnego emigranci wsiedli na statek, który zatonął. Według innych źródeł udało im się dotrzeć na teren Pomorza - przybili do brzegu gdzieś między Kołobrzegiem a Koszalinem. A że w owym czasie nie było autostrad i tanich linii lotniczych, więc kontakt z nimi był utrudniony. Dla mieszczan z Hameln byli więc osobami zaginionymi.

Uwiedzeni fletem

Dla współczesnych mieszkańców Hameln ta historia jest powodem do dumy. Zresztą rok 2009 jest szczególny, gdyż właśnie minęło 725 lat od tego wydarzenia. Nic dziwnego, że wszędzie widzimy tu szczury-maskotki. Skądinąd sympatyczne. Spacerowe trasy w centrum są oznaczone białymi sylwetkami tych gryzoni. Jak wspomniałem na wstępie, bardziej przypominają mi one białe myszy, ale pomysł i tak jest świetny. Nawet jeśli w najstarszej części miasta trudno jest się zgubić, warto pójść szlakiem wymalowanym na chodniku. Jeśli jesteśmy w grupie, można też rozważyć wynajęcie miejskiego przewodnika. Choć nie wiem czy to właściwe słowo, jako że oprowadza nas prawdziwy Szczurołap. Zwiedzanie historycznego centrum ma przecież w sobie coś z teatralnego przedstawienia, na którym bardziej od dat i nazwisk kolejnych architektów chłoniemy atmosferę miasteczka. Szczurołap prywatnie jest amerykańskim emigrantem, więc mówi przepięknym angielskim (jest też oczywiście wersja po niemiecku), a do tego przygrywa na flecie. Jeżeli jego pierwowzór sprzed 725 lat miał w sobie choć trochę jego krasomówczego talentu, to bez trudu jestem sobie w stanie wyobrazić wyprowadzenie dzieci. Moje koleżanki - i to pełnoletnie - już po chwili stały jak zahipnotyzowane.


Uciec od Szczurołapa

Pora się jednak otrząsnąć. Hameln to miasteczko, w którym znajdziemy wiele fantastycznie zachowanych przykładów tzw. renesansu znad Wezery. To północnoniemiecka odmiana tego włoskiego stylu architektonicznego. Bogate ornamenty szczytowe czy listwy z herbami zobaczymy między innymi na frontowych ścianach Domu Leista, Domu Fundatorów, Domu Demptera czy Domu Weselnego. Ten ostatni to najbardziej okazały budynek, stojący na skraju rynku. Jak sama nazwa głosi, odbywały się tam zabawy mieszczan. Teraz w letnie niedzielne popołudnia gromadzi on rzesze dzieci, starszych i młodszych.

Kostiumowe przedstawienie bajki braci Grimm przyciąga tu ludzi z całego świata. O popularności miejsca świadczą foldery w miejscowym biurze informacji turystycznej, opublikowane w 13 językach, w tym także po polsku. Nawet jeśli nie znamy obcych języków, trudno nam będzie się tu uwolnić od Szczurołapa.

Pewnym rozwiązaniem może być próba wyjazdu za miasto. Sama Wezera jest dość spokojną i szeroką rzeką. Nawet niedoświadczeni kajakarze dadzą sobie na niej radę. Wzdłuż rzeki znajdziemy także dobrze rozbudowaną sieć ścieżek rowerowych. Niepotrzebne są “górale”: wystarczą zwykłe rowery miejskie. Ale i tak pozostaniemy w klimacie legend i bajek. Znad Wezery “pochodzi” także Kopciuszek i Śpiąca Królewna. W pobliskim Bodenwerder znajdziemy barona Münchhausena. Ten niemiecki żołnierz w rosyjskiej armii żył naprawdę, choć jego przygody zostały mocno podkoloryzowane przez Rudolfa Raspe.

Ogon na deser

Nie udało mi się uciec z klimatu bajek. Nawet na koniec dnia, po powrocie do Hameln, skusiłem się na wizytę w Domu Szczurołapa. To kolejny przykład siedemnastowiecznej renesansowej kamienicy. Zbudowana cztery wieki po koncertach flecisty, swoją nazwę wzięła od upamiętniającej to wydarzenie tablicy. Teraz mieści się tam niezła restauracja, której specjalnością są oczywiście “szczurze ogony”, przygotowywane na oczach zgłodniałych gości. Jeśli jednak komuś cieknie ślinka na myśl o takim przysmaku, muszę go rozczarować. To zwykłe polędwiczki wieprzowe, pokrojone w cienkie paski. Podobnie jak podana na koniec posiłku “trutka na szczury”, która okazałą się zwykłą, choć mocną i smaczną nalewką.