Podróżując po świecie, zawsze odwiedzamy cmentarze. To miejsca, które sprzyjają kontemplacji, pozwalają uciec na chwilę od turystycznego i cywilizacyjnego zgiełku. W pewnym sensie pomagają nam też lepiej zrozumieć współczesny świat.

Czasem wsłuchujemy się w śpiew ptaków, innym razem ulegamy cykadom, a nawet dźwiękom uderzających o siebie żółwich skorup. Jak przed laty w środkowej Anatolii. Na współczesnym cmentarzu muzułmańskim trafiliśmy tam na okres godowy tych zwierząt. Kilkaset żółwi okupowało ścieżki i nagrobki.

W uzbeckiej Samarkandzie zadumaliśmy się przy grobach Timura - mongolskiego władcy, który podbił niemal cały muzułmański świat i jego przyjaciela, astronoma Uług Bega. W sanktuarim zakonu wirujących derwiszów w Konii (Turcja) pochylaliśmy głowy przed sarkofagiem jego założyciela, wielkiego XIII-wiecznego mistyka i poety perskiego Dżalaluddina Rumiego. W największej muzułmańskiej nekropolii Azji - na wzgórzach Makli w Pakistanie - podziwialiśmy monumentalne, przypominające pałace grobowce Wielkich Mogołów, muzułmańskich władców Indii. Fotografowaliśmy zalane monsunowym deszczem mogiły Polaków, którzy wędrowali z armią Andersa przez Pakistan. Pomarli, nie wytrzymawszy trudów podróży i ataków malarii, pochowano ich w Karaczi. Z wysokiego tarasu patrzyliśmy na indywidualne rysy twarzy setek terakotowych wojowników, strzegących pod Si-an nie odnalezionego dotąd przez archeologów grobu ich chińskiego władcy, Qin Shi Huangdi.


Niecodzienne uczucia towarzyszyły nam w swoistych grobowcach: wymarłych miastach. W Mohendżo-Daro (Pakistan), kolebce cywilizacji indyjskiej, gdzie przed 4 tysiącami lat nie wyjaśniony do dziś kataklizm przyniósł śmierć 40 tysiącom ludzi. I na greckich Cykladach, na wyspie Santorini, w przykrytym lawą wulkaniczną Akrotiri. Jeszcze mocniej zadziałał na wyobraźnię fort z X wieku, położony na wysokości 4200 metrów n.p.m. w chińskim Sinkiangu (Xinjiang): przy jego budowie użyto do zaprawy ludzkiej krwi.

A przecież lubimy też cmentarze kameralne. Jak choćby ten na zamieszkałej przez 15 osób norweskiej wysepce Kinn (okolice Floro), gdzie kilkadziesiąt grobów wkomponowano w malarski pejzaż, ograniczony pionowymi skałami. I morzem, z którego wyrastają inne mikroskopijne wysepki... Czy maleńki żydowski cmentarz w samym sercu Arhus, stolicy duńskiej Jutlandii. Albo cmentarz muzułmański w tunezyjskim Kairuanie, gdzie wybielone, nieogrodzone groby wciskają się pomiędzy autobusowy przystanek a mury mediny, starego miasta z X wieku.

Choć wznoszenie okazałych grobowców nie było zgodne z zaleceniami Mahometa, już w VIII w. stanęły pierwsze wspaniałe muzułmańskie mauzolea. Wznosili je zazwyczaj kalifowie i książęta. Dla siebie, swych braci, ojców i żon. Żadne jednak nie przyćmiło kunsztem i urodą indyjskiego Tadż Mahal. Wzniósł je w Agrze władca Szahdżahan, zrozpaczony po śmierci ukochanej żony Mumtaz Mahal, która zmarła w czasie porodu 14. dziecka. Szczególnie chętnie przyjeżdżają tu kochankowie i młode małżeństwa. Błyskający fleszami turyści z całego świata zapominają, że ten wpisany na listę UNESCO cud architektury jest po prostu grobowcem.

W trwającej 12 lat, a zaczętej w 1632 r. budowie uczestniczyło 20 tysięcy robotników oraz wielu architektów z Persji i Europy. Kompleks zbudowany jest na planie prostokąta o bokach 580 na 305 m, na południowym brzegu rzeki Dżamuny. Prowadzi do niego wysoka brama z czerwonego piaskowca. Fasada Tadż Mahal ma ponad 30-metrów i stoi na podwójnej platformie z czerwonego piaskowca i białego marmuru. Całość wieńczy 26-metrowa kopuła. W czterech rogach platformy wznoszą się minarety, odchylone lekko na zewnątrz, by podczas trzęsienia ziemi nie uszkodziły mauzoleum. Wszystkie detale grobowca skonstruowano z niepowtarzalnym wyczuciem harmonii.

Głównym budowniczym Tadż Mahal był perski architekt Ustad Isa. Gdy ukończył swoje dzieło, Szahdżahan rozkazał go oślepić, by nigdy już nie mógł stworzyć budowli równie pięknej.