Trydent zalała tej zimy prawdziwa lawina instruktorów z krajów Europy Środkowej i Wschodniej - alarmują Włosi z tamtych okolic, podsumowując tegoroczny sezon narciarski. Doliczono się tam 512 cudzoziemskich szkoleniowców na stokach, podczas gdy miejscowych jest 2200.

Włoska gazeta podkreśla, że instruktorzy z Trydentu zwracają uwagę na bardzo wysokie wymagania, jakie się im stawia; przechodzą specjalne kursy, muszą spędzić 90 dni na stoku i zdać egzamin. To elitarna grupa, przypomina się, do której każdego roku dołącza garstka nowych znakomicie przygotowanych profesjonalistów.

Tymczasem od minionej zimy - twierdzą - instruktorem narciarstwa może być każdy cudzoziemiec, który nie musi przedstawiać żadnych dyplomów czy posiadać specjalnych uprawnień. Wystarczy, że zgłosi się przez internet, informując miejscowe władze o tym, że będzie prowadził szkolenia na ich terenie.

Włosi szacują, że 90 procent cudzoziemców to nie są prawdziwi instruktorzy, ale amatorzy. Dlatego zażądali surowych kontroli, wprowadzenia ograniczeń w wykonywaniu tego zawodu i przede wszystkim zmian zasad. Winą za stan rzeczy obarczają unijne przepisy, zgodnie z którymi nie można wprowadzać żadnych ograniczeń w wykonywaniu zawodu przez cudzoziemców z innego kraju UE. Dlatego chcą spotkać się z unijnym komisarzem do spraw rynku wewnętrznego i usług Michelem Barnierem.

Szkolenie narciarzy to kwestia delikatna, nie może robić tego każdy, bez specjalnego kombinezonu, bez znajomości podstawowych zasad - argumentują zirytowani Włosi, cytowani na łamach "Corriere della Sera".