Email pierwszy

Nie bardzo mam dziś siłę pisać ponieważ jestem po 20 godzinach podróży i wielu niezwykłych emocjach, ale postanowiłem sklecić choć kilka zdań.

Wylądowaliśmy o 9 rano na malutkim lotnisku położonym na skraju dżungli. Aeroporto Cataratas w Foz do Iguacu to bardzo miłe i familiarne , rzec można, lotnisko. Z samolotu wysiada się tuż przy budynku i maszeruje swobodnie przez płytę do środka, po drodze obserwując panów wynoszących nasze bagaże. Kładli je na taśmę przed wejściem tak, że wjechały do środka przez dziurę w ścianie, a my sobie je spokojniutko odebraliśmy tuż za nią. Żadnej kontroli i sprawdzania dokumentów. Po prostu wyszliśmy sobie do głównej hali rozglądając się za mającą na nas czekać delegację rodzinną. Bruno Repelewicz okazał się bardzo podobny do mojego ojca Bronisława. Ma nawet identyczne dłonie i paznokcie. Ściskali nas i płakali z radości, aż i mnie wzruszenie za gardło schwyciło, ale mimo to walnąłem krótką mowę, że to pierwsza wizyta Polskiej rodziny po 74 latach rozłąki. I że dzięki Panu Bogu najwyższemu dane mi jest spotkać rodzinę, o której kiedyś wszelki słuch zaginął, A dalej to już jak w filmie „Sami swoi” czyli coś na kształt: „Laboga! , Jaśko -nareszcie jesteś! Tylko, że zamiast Jaśka, rzecz jasna, ściskał mnie po kowalsku Bruno Repelewicz.

Wraz z nim Adriano – dwumetrowego wzrostu wesoło uśmiechnięte chłopisko o łagodnym wyrazie twarzy- zięć Bruna, no i jeszcze malutki Włoch o australijskim imieniu – Sydney. Ten ostatni uchodził za tłumacza. Mój nieśmiały angielski brzmiał na tle jego ciumciania niczym mowa Lincolna, ale jednak dużo nam ułatwił. Przez trzy godziny zdołaliśmy sobie opowiedzieć historię rodziny, przestudiować drzewo genealogiczne i wyjaśnić sprawy majątkowe. Różne tam takie zaszłości, o których innym razem. (Kto wie, to wie, a kto nie wie, to się wkrótce dowie).

Rozdaliśmy trochę prezentów (znowu były łzy w oczach i ściskanie). Adriano przebrał się natychmiast w swoją nową koszulkę AC MILAN z napisem Shevchenko na plecach. Potem przedstawiłem coś koło dwustu zdjęć przy pomocy laptopa i obejrzeliśmy drugie tyle ich fotek. Po wyjeździe Sydneya mieliśmy pewien kłopot z wzajemnym zrozumieniem. W ruch poszły słowniki on-line (mają tu bezprzewodową sieć o nazwie – a jakże! : „Repel”).

Potem ruszyliśmy na obchód farmy. Nie jest duża. 12000 m. kwadratowych pokrytych najbardziej cudownymi drzewami jakie w życiu widziałem. Są tu ogromne jakieś (rododenrony?) pokryte kwieciem, orzechy, figowce, rozmaite palmy , z których zwisają w najlepsze żółciutkie malutkie bananki, mango, dziwaczne długie niby ogórki, maracuje, avocado i Bóg wie co jeszcze.

Są i rozłożyste drzewa pełne mandarynek, limonek, granatów, a wszystko dojrzałe i spada gromadnie nam pod nogi. Raj... Zaraz też dostajemy soki wyciśnięte ze świeżej maracui i mandarynek. Kwaśny i wspaniale gaszący pragnienie. Jest parno, wilgotność 100% i choć temperatura 21 stopni to i tak pocimy się okrutnie. Pijemy więc i pocimy się. No to znów pijemy i znów się pocimy. Głównie ja i Bruno- w końcu rodzina. Tomek niespecjalnie zwilgotniał, choć i jemu parno i duszno, zwłaszcza, że nie pali od 24 godzin papierosów (tak postanowił) i go ssie .

Bruno chodzi z ręcznikiem i się wyciera – czyli nie jestem na świecie sam w tej niedoli.

Na lotnisku jak mnie zobaczyli, to zgodnie orzekli, że od razu widać żem prawdziwy Repelewicz i poznali z daleka, choć nigdy mnie Bruno wcześniej nie widział.

Obeszliśmy jeszcze ogródek warzywny, całkiem spory basen z lazurową wodą i wielkie grilowisko, ucztowisko i klepisko, na którym się biesiaduje przy wybornym mięsiwie pieczonym w ognisku. Mają tu taki obyczaj, że pieką ogromne kawały wołowiony i kurczaki w takim żeliwnym garze przez parę godzin, aż zmięknie i przesiąknie przyprawami. Lekko pikantne, jakby podwędzone, krótko mówiąc- wyborne! Do obiadu piweczko tak zimne, że lód pływa w butelce. Sok ze swieżutkiej maracui, który sobie słodzą i bardzo mi się dziwią, że ja nie. Ale jak tu słodzić taki pyszny sok?! Podali też buteleczkę soku z guarany ale baliśmy się spróbować bo wolimy tej nocy się wyspać, a to działa z siłą 16 kaw. Wprowadził nas też nasz gospodarz do swojej prywatnej kaplicy. Tak ma taką halę na farmie, że można by w niej wesela spokojnie urządzać, a tam ołtarz najprawdziwszy oraz stanowisko dla organisty z perkusją (to u nich w kościele standard bo i w katedrze taka perkusja stoi) Jak przyjeżdża nasz józef misjonarz to im tam msze odprawia.

Pokazali nam też dziś całkiem wyjątkowe miejsce- rodzinny matecznik. Fundamenty oraz część podłogi domu Tomasza, który postawił karczując dżunglę wkrótce po przyjeździe. Dom był z czerwonej gliny, której tu nie brak. Wszystko się od niej brudzi, bo tu ziemia ma barwę cegły i jest gliniasta.Można oglądać ten przyczółek pionierski Repelewiczów na obcej ziemi i widac doskonale jak malutki i biedny był to domek, kryty strzechą i ręcznie ulepiony. Miał kuchnię, duzy pokój i cztery sypialnie, a wszystko to na powierżchni jakichś 50 metrów kwadratowych. Obok do dziś czynna studnia, którą Tomasz wraz z synem wykopał. Zbudował też drogę do farmy, którą do dziś wszyscy chodzą i z dumą nam ją pokazali.

Wieczorem krótka wycieczka do miasta z jedną z trzech córek Bruna – także Bruną. Bruno Repelewicz oprócz Elis i Bruny ma jeszcze jedną córkę, upośledzoną, która się nas mocno wstydzi, ale siedzi i wszystkiego słucha, nic nie mówiąc.

Zamiast kolacji, której nie chcieliśmy już jeść, wysłuchaliśmy na werandzie koncertu Bruna na akordeonie. Gra bardzo pięknie i Tomuś prawie przy tym usnął pod palmami ze szklanicą w ręku. Na szczęście żona Bruna (z pochodzenia Włoszka) Anair dostrzegła, że zaraz spadnie z krzesełka i kazała temu Brunu przestać, bo Polacco kaputo! Miała rację. Kładziemy się spać.

Uściski,

Czarek

Email drugi

Minęła sobota i dochodzi pólnoc, ale nie mogę się powstrzymać przed kolejnym odcinkiem opowieści, bowiem to co dzisiaj przeżyłem nie jest już zwyczajnym opowiadaniem o jakiejś tam wycieczce. Powinienem dziś właściwie napisać co nieco o polskich pionierach, którzy zaludniali od drugiej połowy XIX w. dzikie rejony Brazylii. O emigrantach, których dziesiątki tysięcy wyruszyły na ten nieznany ląd tuż po Powstaniu Styczniowym. Rząd brazylijski płacił 168 franków za sprowadzenie każdego emigranta w ramach swej polityki zaludniania ogromnego kraju. Pieniędzmi dzielili się oczywiście pospołu werbownicy grasujący po polskich wsiach oraz przewoźnicy lądowi i morscy. Po zniesieniu niewolnictwa w Brazylii gwałtownie brakowało rąk do pracy na plantacjach. Brakowało też śmiałków do zasiedlania dzikich dotychczas terenów i „czynienia sobie ziemi poddaną”. Z biednej, szarpanej wojnami Europy płynęły tłumy Niemców, Polaków, Ukraińców,Chińczyków, Włochów, Holendrów i innych zwabionych mirażem Ziemi Obiecanej, jaki roztaczali przed nimi werbownicy. Otrzymywali od rządu Brazylii darmowy bilet na statek i 25 hektarów ziemi w wyznaczonym rejonie, oraz pomoc lokalnych władz przy organizacji gospodarstwa. Co to oznaczać mogło dla rzesz galicyjskich nędzarzy, robotników folwarcznych i wielodzietnych rodzin utrzymujących się z uprawy maleńkich poletek - łatwo sobie wyobrazić. W Europie wybuchła więc pod koniec XIX w. prawdziwa „Gorączka Brazylijska” Falami napływały dziesiątki, setki tysięcy emigrantów. Ich potwornie ciężkie przeżycia, rozczarowania i tragedie opisała w poemacie „Pan Balcer w Brazylii” Maria Konopnicka, która przez sześć lat zbierała wszelkie informacje na temat polskich emigrantów w Brazylii, ich tragicznych losów, cierpień i upokorzeń. Opisywała losy rodzin, które wracały zza oceanu bez środków do życia, zgnębione, wyczerpane i nierzadko przetrzebione chorobami. Wielu z nich nie zniosło okrutnego klimatu, pracy ponad siły, nędzy wygnania. Wracali z portu w Marsylii do Polski nierzadko na piechotę, imając się po drodze wszelkiej pracy, by wrócić w poczuciu klęski do ojczystego kraju.

W czasie jednej z ostatnich fal emigracji, tuż przed II wojną światową, z przysiółka Pogorzany koło Szczyrzyca wywędrował Ignacy Repelewicz wraz z żoną i pięciorgiem dzieci. Ta emigracja była już wspierana przez rząd niepodległe RP, którego ambicją było zdobycie dla Polski zamorskich kolonii. Akcja zasiedlania Brazylijskiej dżungli była więc ułatwiana z obu stron.

Ignacy i Kunegunda Repelewicz zebrali swój dobytek na dwóch wozach zaprzężonych w konie. Zostali załadowani do wagonów kolejowych w Mszanie Dolnej. Stamtąd trafili do punktu emigracyjnego w Krakowie gdzie czekali na uformowanie się większej grupy i przejazd do portu.

Jedno z dzieci- Józef Repelewicz, obecnie misjonarz w Papui Nowej Gwinei ( gdzie te losy nas nie zaprowadzą ?) wspominał, że podczas podróży morskiej po raz pierwszy w życiu oglądał filmy wyświetlane na pokładzie. Miał trzy lata, ale to właśnie utkwiło mu w pamięci.

Po przyjeździe ruszyli na wschód do granicy z Argentyną i Paragwajem. Tu otrzymali przydział ziemi, którą musieli sami wykarczować, wykopać studnię, zbudować prowizoryczny choćby dom i rozpocząć uprawę, by móc wykarmić dzieci. Dwa wozy pełne dobytku z Polski, wśród którego podstawę stanowiły narzędzia rolnicze i stolarskie, musiały zostać zaciągnięte na miejsce przez bezdroża liczące bagatela jakieś 1500 km. Kupili w porcie tylko jednego konia, więc musieli po dotarciu nad wodospady Iguacu wrócić po drugi wóz później i przebyć drogę od nowa. Zajęło to 2 miesiące.

Siedmioosobowa rodzina na skraju dżungli musiała zacząć od karczowania lasu i kopania studni. Dalej czekała ich jeszcze długa , niewyobrażalnie ciężka praca w upale sięgającym tu 45 stopni i przy ogromnej wilgotności, której nikt z nich nie znał wcześniej, a która czyni trudnym nie tylko pracę ale i zwykłe oddychanie.

Wychowali dzieci, podzielili między nie, prawdziwie po galicyjsku, ziemię. Z 25 hektarów zrobiło się sześć gospodarstw liczących nieco ponad 4 hektary każde. I tak powstała tuż nad cudownymi wodospadami Iguacu kolonia Repelewiczów, która rozrasta się do dziś. Mieszkają tu, już na malutkich działeczkach, dzieci tamtych dzieci, ich wnuki i prawnuki. Prawdziwe brazylijskie „Repelewiczowo”.

Dzisiaj nasi gospodarze zaprowadzili nas około południa ( po wspaniałym śniadaniu podczas którego przyleciały na chwilę kolibry, żeby się napić z kwiatów przed domem świeżej rosy) do domu siostry Bruna - Modesty, która ma największe gospodarstwo. To ona zorganizowała prawdziwą ucztę na naszą cześć. Wprowadzono nas na wielkie podwórko przykryte dachem. Na nim ogromny wybudowany z cegieł grill. Kilku mężczyzn piekło na nim gigantyczne ilości mięsa dla zebranych gości. Panie krzątały się w otwartej kuchni, przyrządzając sałatki.

Powitała nas burza oklasków, wilgotne oczy, potężne i gorące uściski. Znaleźliśmy się nagle pośród tłumu kilkudziesięciu Repelewiczów, ich żon i dzieci a nawet wnuków. Tylko kilkoro najmłodszych nosi typowo latynoskie rysy (śliczne dzieci), a starsi to niebieskoocy, piegowaci i roześmiani Repelewiczowie. Najstarsza , Konstancja – przejechała specjalnie 500 km , żeby mnie zobaczyć. Ma 84 lata i nie mówi już po Polsku ale pamięta jeszcze te pierwsze dni w Brazylii. Obiad podano na długich stołach tak, że cała rodzina mogła wspólnie biesiadować. Po jedzeniu zabrano nas do domu po Władysławie, dziadku ich wszystkich (synu Ignacego). Zachował się w nieskażonej urodzie, jako malowniczy domeczek o góralskich cechach. Wyraźnie widać, kto go budował. Reszta domów ma tu dachy niskie. Wszystkie domy są parterowe, a ten jedyny ma śliczne pięterko z pokoikami na poddaszu i rzeźbionym balkonikiem. Skromnie tu i ubogo, aż za gardło ściska ten widok. W środku oryginalne sprzęty i obrazy przywiezione z Polski. Przynieśli nam pokazać Matkę Boską Częstochowską (tutaj się ją nazywa Nossa Seniora di Ciecioskowa), z którą przybył tu Ignacy i która do dziś nosi piękny napis: „Pod Twoją obronę uciekamy się...”

Obroniła ich Madonna przed niedolą i głodem, dała cierpliwość, hart ducha i wytrwałość. Góralskie ręce zbudowały dom, meble, wykopały studnie i wykarczowały las. Zamarłem gdy mi pokazali warsztat stolarski i narzędzia, którymi tworzyli to wszystko. Heble i piły z Polski, żeliwny młynek, siekiery i kosy. Można mieć wrażenie, że oni zaraz tu przyjdą przywitać się z nami. To prawdziwe rodzinne muzeum, w którym widzę fragmenty własnego dziedzictwa, tych pokoleń stolarzy i rolników z polskich Gorców. Twardych, ale bardzo wrażliwych i wesołych ludzi, którzy nie wstydzą się łez wzruszenia. Nie zmogła nas nasza galicyjska nędza, nie dał rady i tropikalny klimat. A teraz ja jestem tutaj, na tej dalekiej ziemi po to, aby odnaleźć zagubione fragmenty rodzinnej historii i zobaczyć kim tak naprawdę jestem ja sam. Mam poczucie ogromnej wspólnoty pokoleń i poznaję z radością nie tylko swoje korzenie ale i swoją tożsamość. Pan Bóg ma chyba jakiś plan wobec mnie, skoro mnie tu wysłał i pozwolił odkrywać mi historię rodziny, a w niej moją teraźniejszość.

Ściskam Was mocno,

Czarek

Email trzeci

Dzisiaj rano pojechaliśmy całą rodziną do kościoła na 8.00. W miejscowej parafii nasz Bruno Repelewicz pełni funkcję szafarza i kościelnego zarazem. Udziela sakramentu Komunii Świętej i pracuje codziennie na rzecz parafii od rana do wieczora. Jest już emerytem i w ten sposób chce być jeszcze przydatny. Kiedyś był strażakiem w największej na świecie hydroelektrowni Itaipu (dziś większą zbudowali Chińczycy na rzece Jangcy). Teraz Bruno jest po operacji kolan i chodzi powolutku, ale trzyma się świetnie.

Kościółek jest wcale niemały i potężnie przewietrzany z powodu tutejszych temperatur. Ksiądz wyjechał do sąsiedniej parafii, która urządza akurat fiestę (wielką imprezę z grillem i piwem, trwającą do późna) Celem fiesty jest, oprócz integracji parafii, zgromadzenie środków na jej potrzeby.

Jeden ksiądz obsługuje tu kilka kościołów, więc często podczas mszy zastępuje go służba liturgiczna. Dzisiaj były to dwie kobiety (jedna z nich śpiewała niczym Maria Callas ) i trzech mężczyzn, a wśród nich Bruno. Wszyscy ubrani w białe szaty i kierowani przez mistrza ceremonii, do którego zwracali się jak do księdza : Padre.

Księdzem jednak nie był choć wygłosił długie kazanie i prowadził całą ceremonię. Nie było też „podniesienia”. Hostie już poświęcone wcześniej wystawiono na ołtarzu w trzech kielichach i tylko przy nich wznoszono modlitwy i śpiewy. Pieśni były bardzo radosne z rytmicznym klaskaniem – taki trochę gospel.

W czasie modlitwy Ojcze Nasz, wszyscy złapali się za ręce tworząc długie łańcuchy w kolejnych rzędach. Ofiarę zanosiliśmy do ołtarza w specjalnie rozdanych nam przy wejściu kopertach. Wszyscy ustawili się w kolejce do koszy przed ołtarzem i wrzucali do nich swoje koperty.

Komunię rozdali szafarze ( w tym oczywiście kobiety). Bruno kładł z serdecznym uśmiechem hostię na naszych dłoniach. Poszliśmy z Tomkiem specjalnie do niego, czym zrobiliśmy mu dużą przyjemność.

Po mszy krótki spacerek po czymś co można nazwać ogrodem miniatur. Przy kościele zbudowano bowiem kopię groty z Lourdes i miniaturę golgoty oraz symboliczną studnię – źródło żywej wody.

Po powrocie do domu zostaliśmy „przejęci” przez męża jednej z sióstr Bruna - taksówkarza o imieniu Antonio. Jedynego tutaj człowieka mówiącego jeszcze po polsku, choć urodzonego już w Brazylii. Mówi bardzo niepewnie i brak mu słów ( nie mówił po polsku od 40 lat) ale z godziny na godzinę przypomina ich sobie coraz więcej. Pod koniec dnia gadamy już z nim jak ze starym góralem.

Zimioki nie so drogie i mliko tyz” mówi nasz Antek Emigrant i kupujemy razem 35 litrów alkoholu (niezła impreza!) którym napędzany jest silnik jego Chevroleta. Alkohol w całości wlewają nam wprost z dystrybutora do baku. Podobno można go śmiało pić ale nie mieliśmy odwagi. Kosztuje jakieś 3 zł za litr i jest o połowę tańszy od benzyny. Silniki są uniwersalne więc leje się do baku albo benzynę albo ekologiczną wódę z trzciny cukrowej. U nas to jest niemożliwe-ruch by stanął!

Antonio zabiera nas do krainy wodospadów Iguacu. Prawdziwego raju na ziemi. Ktokolwiek widział film pt. „Misja” w którym Jeremy Irons, przywiązany do krzyża, spada z ogromnego wodospadu, wie o czym mówię. Wodospadów jest ponoć 275 a największy z nich – Garganta do Diabo( Gardło Diabła) ma aż 72 metry wysokości. Ponoć królowa Elżbieta, oglądając ten cud natury miała rzec krótko i boleśnie : „Biedna Niagara !”

Jesteśmy głęboko poruszeni tym co widzimy, choć Antonio uprzedza że mało wody, bo dawno nie padało. No - jeśli to, co zobaczyliśmymy, to jest „mało wody”, to ja nie wiem co tu się musi dziać gdy jest jej trzykrotnie więcej. A wierzę, że jest tak czasem, bo wszyscy tu tak mówią.

Wodospady przez setki lat były świętym miejscem dla plemion Tupi - Guarani i Paraguas. Hiszpan Don Alvar Nunez zwany Cabeza de Vaca (Krowia Głowa) dotarł do Iguaçu w 1541 r., nadając uskokom miano Saltos de Santa Maria (Wodospady Najświętszej Marii Panny). Nazwa nie przyjęła się i pozostawiono tradycyjne określenie oznaczające Wielką Wodę. Zwyczaj ten potwierdziło w 1986 r. UNESCO, cały najbliższy teren uznając za obszar Światowego Dziedzictwa Natury.

Wokół aż kipi dżungla, zielenią i kwiatami kusi do zanurzenia się w niej choć na chwilę, ale jednocześnie broniąc dostępu sieciami splątanych niemożliwie lian. W środku jest niemal zupełnie ciemno i swobodnie czują się tu chyba tyko węże i pająki oraz jadowite mrówki. Antonio ostrzega :

"Tseba uwazać, bo barzo duzo zmije som tutaj” No to uważamy, choć staramy się ukradkiem zajrzeć trochę głębiej. To ścisły rezerwat i nie wolno wchodzić w las. Niebezpiecznie jest ale jak pięknie!

W drodze powrotnej nasz ulubiony taksówkarz pokazuje nam starą drogę do wodospadów zbudowaną z czerwonego granitu, układaną przez wiele lat przez brygadę robotników, której majstrem był nie kto inny tylko nasz Ignacio Repelwicz! Kamienie ręcznie tłuczone i spasowane tak, że wyglądają jak równiutka mozaika. Oglądamy też po chwili imponujące wnętrza starego hotelu „Dos Cataratas” wzniesionego w stylu kolonialnym, gdzie wszystkie wykończenia wnętrz, które wymagały użycia kamienia ( w tym ogromny kominek) oraz wszystkie ścieżki w hotelowych ogrodach układały pracowite ręce naszego Ignaca. Najstarszy syn Władysław pracował na roli a Ignacio, jak widać „złota rączka”, prowadził brygadę budowlaną.

Antonio wskazuje głowę i mówi powoli, jakby z najwyższym szacunkiem: „On... barzo inteligentny”. No masz! Przecież to oczywiste! A przecież w tym samym czasie jego brat Marcin w Polsce budował w Szczyrzycu przepiękną drewnianą szkołę w stylu podhalańskim, która do dziś jest czynna i przynosi dumę naszej rodzinie. (W tej szkole uczyła przez lat kilka moja mama). Zresztą nie tylko ją wybudował, ale i w lwiej części sfinansował budowę, płacąc swej brygadzie jako majster stolarski za robotę oraz kupując część materiałów, za co nikt mu pieniędzy nie zwrócił, bo przyszła inflacja, potem wojna a potem to już wszyscy wiemy jakie czasy nastały w Polsce.

Obaj bracia walczyli pod Franciszkiem Józefem przeciwko Włochom w Tyrolu i zostali odznaczeni medalami za odwagę.

Z tym medalem na piersi Pradziadek Marcin kazał się nawet pochować, ubrany w ludowy strój szczyrzycki.

O wszystkim tym i o wielu innych sprawach rodzinnych opowiedziałem brazylijskim naszym gospodarzom podczas drugiego dnia wspólnego biesiadowania na ich ogromnym grillowisku-klepisku. Pokazałem setki zdjęć z Polski, odpowiadałem na pytania o historie rodowe, ale i o to jakie warzywa u nas rosną, a jakie nie. Jak zimna jest zima i dlaczego mamy takie strome dachy na domach. Ile co kosztuje i dlaczego tyle samo co u nich, kiedy przecież oni zarabiają tylko równowartość 200-250 USD miesięcznie.

Poprosili mnie żebym przed jedzeniem odmówił przed posiłkiem dla nich modlitwę w języku ich ojców, którego zupełnie już nie znają. Stanąłem wśród nich ( a było dziś jeszcze ich więcej niż wczoraj, bo to niedziela) i odmówiłem Ojcze Nasz, a głos mi się tak łamał, że omal nie ryknąłem. Tomek wszystko filmował i ręce mu się trzęsły. Wrażenie było ogromne, a później, gdy już ochłonąłem i jedliśmy znów wspaniałe mięsiwa z rusztu, obsiadły nas dzieci, które mówiły na wyrywki zupełnie nie zwracając uwagi na to, że nic nie rozumiemy. Jedna z dziewczynek - może dziesięcioletnia, włożyła Tomkowi na głowę różowe słuchawki w stylu laleczki Barbie i demonstrowała mu czego lubi słuchać. Pogadaliśmy po obiedzie zacnie i płaczliwie nieco o początkach emigracji z najstarszą Konstantiną przy pomocy półkrwi Chińczyka, mówiącego czysto i wyraźnie po angielsku. Poznaliśmy go wczoraj na piwie w takiej gwarnej i wesołej knajpce, gdzie młodsze pokolenie Repelewiczów nas wyciągnęło na miłą kolacyjkę.

Z pomocą Chińczyka dowiedziałem się od Konstancji wielu ciekawostek. Także i tej, że gdy po ślubie ze swoim mężem wyruszyła z Foz do Iguacu od rodziców do oddalonego o 500 km miasta Maringa, to droga zajęła młodym małżonkom 72 dni, bo nie było dróg a mosty nad wysokimi wąwozami, w których płyną tu rzeki były tylko linowe. Jak wyglądało przeprowadzanie konia i wozu przez taki most, nie umiem sobie wyobrazić...

Taka po prostu była ta wyśniona Brazylia moich pradziadów. A i dziś żyją tu bardzo, bardzo skromnie ale trzymają się blisko jak tylko można i kiedy się patrzy jak są dla siebie serdeczni i ile radości przynosi im wspólne biesiadowanie w niedzielne popołudnia (ta tradycja trwa od czasów Ignacego), to można odnieść wrażenie, że odbywa się prawdziwą podróż w czasie.

To podróż magiczna i magia ta niechaj nas nie opuszcza aż do końca. Nie opisałem nawet połowy zdarzeń jeszcze ale będę próbował to nadrobić. Jak co noc, gdy wszyscy już śpią zasiadam do pisania. Wyśpię się później, u siebie w domu, a teraz przecież szkoda czasu.

Antonio zabrał nas wieczorem do rezerwatu dzikich ptaków. Nigdy sobie nawet nie wyobrażałem, że natura może nadawać takie kolory i kształty dziobom, ogonom, rozmaitym szponom i pióropuszom. Po raz kolejny stwierdzam, jak płytka jest moja wyobraźnia. Poczułem się patrząc na te cuda ukryte w wilgotnej i parnej dżungli chyba podobnie jak kiedyś musiała się poczuć moja Zosia, gdy mając cztery lata, na wystawie psów zobaczyła wielkiego pudla o tak fantazyjnej fryzurze, że głośno i dobitnie obwieściła wszem i wobec: „Tato! Przecież takich psów nie ma!

No i co mam teraz ja powiedzieć. No chyba nic innego, tylko to, że takich ptaków to chyba też nie ma i tylko mi się wydawało. Dobrze, że mam zdjęcia bo bym sobie później sam nie uwierzył , że to widziałem. Najbardziej mnie urzekły tukany. Dla mnie to takie ptaki - głuptaki, z dziobem za dużym o pięć rozmiarów. Wyglądają jak zrobione z błyszczącego plastiku, w kolorach tak ostrych i nasyconych, jakie znaleźć można chyba tylko na obrazkach prymitywistów.

Zupełnie jakby ktoś kładł farby prosto z tubki, w bezwstydnie czystych barwach, bez mieszania. Garnie się toto do człowieka, potrąca dziobem niby nieśmiało i przypadkiem, a nagle trrach!- i już ma w dziobie guzik od mojej koszuli. Nie urwał się? O, to może by tak nakładkę na obiektyw aparatu połknć? Bałem się przez moment, że mi zaraz zamek od spodni odepnie, bo tak skubany chytrze coś zaczął mi kombinować przy pasku. Ale spokojnie - wywinąłem się jakoś. Na koniec jeszcze wielka papuga siadła mi na ręce. Jaka tam wielka... – ogromna! No i kolorowa bez żadnych zdroworozsądkowych ograniczeń...

Nie – na dzisiaj dosyć, bo jutro raniutko prujemy co „ opity wódą Chevrolet wyskoczy” do Argentyny!!!

Uściski,

Czarek

Email czwarty

Skończył się kolejny dzień naszej wielkiej przygody. Wróciliśmy pod wieczór z Argentyny, gdzie Antonio zawiózł nas wczesnym rankiem. Najpierw zawrócono nas z granicy do domu po „los bzdurnos karteczkos” które wypełnialiśmy przy wjeździe do kraju i mieliśmy oddać przy wyjeździe a zapomnieliśmy ich ze sobą zabrać. Mam na myśli te głupie karteczki (przekroczenia granicy), które zawsze gdzieś giną, a są dla niektórych biurokratów tak ważne, że bez nich ani rusz i człowiek tkwi między granicami jak ten kołek w płocie. Co z tego, że jest stempel w paszporcie, że go skanowali i mają fotokopię. Nie pojedziesz nigdzie , bo nie masz KARTECZKI !

Dobrze, że się znalazły.

W Argentynie wjechaliśmy do Parku Narodowego a tam już przesiedliśmy się na wielką wojskową ciężarówkę z napisem Gran Aventura. W towarzystwie trojga Australijczyków i jeszcze kilku wesołych babeczek z Argentyny jechaliśmy ponad godzinę błotnistą drogą, podziwiając najprawdziwszy las tropikalny. Malutka i urocza przewodniczka pokazywała nam rozmaite drzewa i rośliny. Drogę przebiegały nam z rzadka tłuste kapibary, a w koronach drzew rozrabiały małpy. Niebo niebieskie i bezchmurne ale w dżungli go nie widać. Ciemno, wilgotno jak w pieczarze (dzisiaj mamy 30 stopni ) i wystarczy zrobić ze sto metrów samotnie w bok i można już nie wrócić do domu, bo jak się nie trafi na żmije lub jadowite gąsienice, to i tak się człowiek zgubi bo nie wiadomo czy się idzie w prawo , w lewo czy w kółko aż do „przyjemnego zmęczenia” jak mawiał niejaki kapitan Buzek kiedy godzinami uczył nas w wojsku maszerować.

Zawieźli nas nad rzekę Iguacu i tam załadowali na łódź motorową, która pognała w górę rzeki tak szybko, że musiałem trzymać czapkę, żeby po nią nie wracać.

Wprawny sternik omijał przy tej prędkości kamienie i mielizny jakby je znał na pamięć. Płynęliśmy tak długo aż woda przed nam zaczęła się pienić huczeć i zobaczyliśmy kolejne wodospady, których nie da się zobaczyć od strony Brazylijskiej. Wokoło prawdziwa dzicz, strome skaliste brzegi a nad nimi palmy, bambusy grube jak rury kanalizacyjne w moim domu. Tak wielkich bambusów nie widziałem jeszcze, choć w paru dżunglach już na świecie byłem. Godzinę później wspinaliśmy się pieszo do wodospadów, oderwawszy się od wszelkich Australijczyków i innych (cóż za hałaśliwy naród, a język jaki mają bełkotliwy!). Jakby to skwitował pewnie nasz Antonio : „Ze nic nie mozes rozumieć”

Wodospady nas urzekły. Siedzimy sobie z Tomkiem nad tym największym, który po tej stronie granicy nazywa się już po hiszpańsku Gargante del Diabolo ale to ten sam co wczoraj i znaczenie nazwy to samo. Tyle, że teraz jesteśmy na kładce prawie pośrodku tego giganta. Siedzimy więc, słuchamy huku albo, jak kto woli, szumu wody. Zaglądamy diabłu w to gardło a końca nie widać. Pył wodny wali na siedemdziesiąt metrów w górę, słońce na nim zawiesiło tęczę, która znika dopiero po zmierzchu. Siedzimy i siedzimy i wracać nam się nie chce, bo szkoda. Oderwać wzrok trudno a co dopiero odejść ze świadomością, że już tu pewnie nie wrócimy. Tomek melancholijnie się zastanawia, czy jest coś jeszcze podobnie pięknego na świecie, co mógłby jeszcze zobaczyć. Szukamy w pamięci razem ale nic nam do głów nie przychodzi. To znaczy, że można już umierać bez żalu. Póki co idziemy jednak na Caipirinię. To taki najsłynniejszy tutaj napój o charakterze wybitnie rekreacyjnym. Szklanica pełna lodu i pokrojonej drobno limonki a do tego łyżeczka cukru i tyle.

No dobra! - Jeszcze pięćdziesiąt, a jak kto lubi, to i sto gramów Cashacy (lokalny alkohol z trzciny cukrowej) Wspaniale się po tym wisi w hamaku. Pod warunkiem, że hamak jest w cieniu i wieje chłodny wiaterek. Co za kraj!

Wieczorem jeszcze przejażdżka z Antosiem naszym ulubionym do „tres frontieras” miejsca gdzie u zbiegu rzek Iguacu i Parany stykają się trzy granice oznaczone wielkimi monumentami pomalowanymi w barwy narodowe Brazylii, Argentyny i Paragwaju.

Paragwaj zobaczymy jutro. Dzisiaj Antoni Kropusiński zabiera nas do swej siostry na kolację, bo jak mówi: „ Łuna i swagier gadajo polski”.

Podjechaliśmy pod Internet Cafe, która należy właśnie do nich. Z bramy obok wypada tłuściutki jegomość i ściska nas radośnie. „My Poloki stracone !” - mówi.

W Brazylii Niemce w kupie, mulaty, araby a Polaki nie gadajo po polsku ! My z mojo starusko godomy.

I porwał nas na górę, do mieszkania, które jak na Brazylię jest bardzo bogato urządzone i duże. Na ścianie w salonie ogromna fototapeta z widokiem ośnieżonych gór. Myśli chłop, że to polskie góry, ale to raczej Szwajcaria. Ściskamy się jeszcze z szanowną małżonką- także po polsku i elegancko.

Nasz gospodarz to Zygmunt Bubiak, emigrant w trzecim pokoleniu. Cudowny, promienny i radosny człowiek, któremu się usta nie zamykają. Tak się cieszył ze spotkania z nami, że wypatroszył lodówkę ze wszystkiego co tylko miał. A miał trochę tego, bo się na stole nie mieściło. Ledwo usiedliśmy przy znakomitym winie, do którego podał ser oliwki i słodkie bataty a tu już gospodyni prosi na kawę. Idziemy do jadalni, a tam owszem jest kawa ale też i ogromny bochen argentyńskiego sera oraz rozmaite serki pomniejsze do smarowania, miód, dżem, masło, chlebek serowy i zwykły, śmietana do smarowania (40%) - „Do pierogów dajemy!” wędliny, kiełbasy, owoce wszelkie, soki... uff. Zygmunt bez przerwy się śmieje i opowiada tak zabawne historie, że zupełnie nas oczarował. Chce nam dać wszystko, zaprasza żeby u niego zamieszkać, przyjechać na miesiąc z żonami i dziećmi, pojechać nad morze (pokazuje zdjęcia). Jest niezłym grubaskiem i z dumą pokazuje Tomkowi (wszyscy tu wiedzą , że przywiozłem doktora z Polski) bliznę na pół brzucha . Poddał się operacji wycięcia 50 kg tłuszczu (ważył 150 kg) i założenia opaski na żołądek, żeby znów nie utyć.

Wciąż nas zachęca do jedzenia i o jedzeniu też opowiada.

My tu wszystko momy i pierogi robimy i kapusta kisona straśnie dobra i ogórki. Borsc tyz gotujemy i gołumbki – Poloki stracone!

Jedzcie -powiada - wsystko, bo wrócis do dom i powies ze my tu nimomy nic - Poloki stracone”

Dla nie obeznanych z gorczańską gwarą muszę wyjaśnić, że „stracić się” znaczy po prostu - zgubić się. Zygmunt się nie „stracił” według mnie wcale. Radzi sobie świetnie, obsługuje komputer, słucha polskiego radia i śledzi polskie strony internetowe. Zaciagnął mnie na koniec biesiady przed ekran komputera i kazał sobie zaprezentować Jasną Górę na www.zumi.pl

Gdyby go przywieźć do Polski mógłby zostać nasz Zygmunt Bubiak z Krakowa telewizyjną gwiazdą. Toż to najprawdziwszy Pawlak i Kargul razem wzięci!

Żegnamy się najserdeczniej. Przyciska nas po kolei do swego wielkiego brzucha.

„Psyjdź jesce” - zaprasza i śmieje głośno ten „Polok stracony”...

Pędzimy do domu najszybciej jak można, bo Bruno dzwonił, że czeka na nas z kolacją. Uuuups!

Jutro ruszamy do Paragwaju. Pośpię ze cztery godzinki i heja!

Przepraszam, że nie odpowiadam indywidualnie na piękne listy od niektórych, ale bardzo za nie dziękuję i cieszę się, że jesteście ze mną tutaj choć w ten sposób.

Moito obrigado!

Czarek

Email piąty

No i znów minął kolejny dzień naszej włóczęgi. Upał dzisiaj spory - 32 stopnie , ale jakoś nam to nie przeszkadzało w podróży do Paragwaju. Rankiem moja miła kuzynka Bruna zabrała nas autem taty do centrum, gdzie mieszka jej chłopak Eduardo. Dziś on ma być tłumaczem, bo mówi troszkę po angielsku. Więcej rozumie, niż sam potrafi powiedzieć, ale to i tak tutaj prawdziwy skarb – taki tłumacz.

Bruna z kawaleryjską fantazją podjechała pod jego dom, Eduardo wsiadł za kierownicę i... silnik nie chce zapalić. Kręci, kombinuje, zamyka , otwiera samochód. Wysiadamy wszyscy, zamykamy drzwi, włączamy alarm i wyłączamy, odprawiamy rozmaite elektroniczne czary, a tu ciągle miga czerwona lampka immobilizera i stoimy. Co robić? Rozglądam się dookoła, a tu naprzeciwko warsztat samochodowy. No! – myślę – Jesteśmy uratowani! Mechanik kręci i kombinuje tak samo jak my. Drapie się po głowie, aż wreszcie wydłubuje chip immobilizera z kluczyka (to taka mała pluskwa kodująca w kluczyku) nożyczkami do paznokci. Ogląda czarną kuleczkę w dłoni i turla w palcach niczym kozę z nosa i chyba nie wie co dalej. Tak – zupełnie nie wie. Oddaje kluczyki i stwierdza, że mamy problem z... kluczykami po czym po prostu odchodzi. Na to przyszli rodzice Eduarda i lamentują i gestykulują. Ojojoj! Jak tu teraz pojechać do Paragwaju? A miało być tak pięknie...

Nerwy nas wzięły z Tomkiem i zabieramy im te kluczyki. Szast prast! - otwieramy maskę i próbujemy odpiąć akumulator żeby zresetować blokadę.

-Dawaj Edziu klucz dziesiątkę - rzucam przez ramię, a łapy już mam całe usmarowane.

Eduardo mówi, że oni żadnych kluczy nie wożą w aucie bo i tak by nie wiedzieli co nimi zrobić. Jego tata pobiegł więc do domu i przyniósł jakiś wielki klucz. Mówię mu więc, że mniejszy ma być, na co zakręcił się na pięcie i pobiegł do sąsiada. Idzie nareszcie i niesie wielkie pudło pełne kluczy... w układzie calowym, a samochód (Ford Fiesta ) ma śruby metryczne. Ale jest jakiś kluczyk na dnie, który pasuje w końcu jakoś i zdejmujemy z Tomkiem klemę. Liczymy do dziesięciu, zakładamy z powrotem, wsiadam za kierownicę, kręcę i... bzzzz - silnik działa! Szczęki opadły wszystkim zebranym, a kilka osób już się ciekawskich tu zebrało. Tomek się kłania pięknie i woła z uniesionymi triumfalnie rękami : Inginieros Polaccos! Aleśmy pokazali, co ?

Wyłączam silnik dla pewności i próbuję znów zapalić.

Oczywiście nie działa. Zapala wreszcie za którymś razem, ale już go nie gasimy tylko jedziemy do serwisu Forda. Na szczęście niedaleko. Nie chcemy ryzykować jazdy do Paragwaju w tej sytuacji. Gdyby tam się coś stało byłby kłopot niemały, bo to kraj dziki i niebezpieczny, przed czym wszyscy nas tu ostrzegają. Nie wysiadajcie z auta byle gdzie, schowajcie pieniądze w kilku różnych miejscach. Nie bierzcie więcej niż 100 dolarów i poruszajcie się tylko głównymi ulicami. Aparaty i kamery lepiej schować i nie pokazywać. Uważać na facetów z pistoletami i strzelbami, którzy tam na Was czekają na moście przygranicznym lub w tunelu dalej. Takie rady nam dają a tu samochód niepewny i co teraz?

W serwisie obok salonu Forda zupełnie jak u nas: Piękne panie, długie nogi, białe zęby i nic się nie dzieje. Wszyscy gdzieś leniwie się rozpełzli a samochodów do naprawy z 10 chyba stoi i każdy ma na dachu taki wielki klocek z numerem zgłoszenia. Terminy mają pewnie wyznaczone na „po świętach” tyle, że nie wiadomo których.

Przyszli w końcu, pooglądali, pokręcili, pokiwali głowami ze zrozumieniem i pytają czy mamy drugie kluczyki. No jasne! Przecież każdy zawsze wozi dwa komplety - wy barrrany!

Fiesta zostaje w serwisie do jutra (?), a ojciec Eduarda pożycza nam swój stary samochodzik. Tankujemy do pełna i w drogę! Są jeszcze dobrzy ludzie na świecie.

Paragwaj jest połączony z Brazylią długim mostem, po którym przechodzi się pieszo (jeśli się lubi ryzyko) lub przejeżdża, nie wysiadając w ogóle, przez Paranę - szeroką, piękną rzekę. Na granicy tłoczno, kolejka na całą długość mostu. Posuwamy się bardzo powoli w tym gigantycznym korku i smrodzie spalin. Gorąco i duszno. Miło, że ten stary chevrolecik ma klimatyzację.

W pewnym momencie most się kończy, mijamy facetów z długą bronią. Nie wiadomo czy to policja czy myśliwi może...

Welcome to Paraguay! – śmieje się Eduardo. Żadnej kontroli, żadnych stempli w paszportach i karteczek do wypełnienia. Europa czy co?

W Ciudad del Este, bo tak się nazywa to miasto, panuje nieopisany tłok, zgiełk, brud i złodziejstwo oraz inna przestępczość powszechna jak śmierć. Można tu się ukryć gdy się ma na pieńku z prawem, można też zrobić majątek na narkotykach, prostytucji i przemycie. Sklepy pełne są tu wszelkich podróbek, najgorszej tandety made in China and Paraguay i w ogóle wszelkiego dziadostwa. Ludzie obdarci, biedni i brudni. Dzieci handlujące na ulicach czym się da. Zamiast chodzić do szkoły, krążą w upale między stojącymi w korku samochodami, sprzedając skarpetki Nike lub Puma. Z białego plastiku chyba zrobione, bo już jak się na nie (na te skarpetki) patrzy, to się wydaje, że od samego patrzenia skrzypią nieprzyjemnie.

Troszkę nam się przypominają Indie, ale tak tylko ociupinkę, bo gdzie tam Paragwajowi do Indii.

Że bieda i brud? I owszem, ale brak zupełnie tego czaru indyjskiego, tych zapachów, muzyki, tego całego ducha, za który tak lubię ten kraj.

Postawiliśmy samochód na piętrowym zamkniętym parkingu. Chłopaki z giwerami popilnują może.

Na wszelki wypadek zabieramy ze sobą wszystkie rzeczy, „bo jakby co, to powiedzcie Korbaczewskiej, że to wszystko to jest posag Lusi” - przypominamy sobie tekst z filmu „Nie ma róży bez ognia”.

Pieniądze mam zwinięte w długie pakieciki i schowane w specjalnym pasku do spodni z tajną skrytką po wewnętrznej stronie. Taki sprytny wynalazek, z którym zawsze podróżuję. To taki pas ratunkowy z kasą na czarną godzinę. Poza tym trochę drobnych po kieszeniach dla niepoznaki. Jak będą bić to im oddam. Cwana bestia z tego Czarka!

Łazimy po sklepach i straganach i łazimy, i nuda nas ogarnia wielka, bo to tak jakby się chodziło po jakimś polskim targowisku z chińszczyzną (proszę nie mylić tzw. chińszczyzny z wysokiej jakości wózkami dziecięcymi, które sprowadza do Polski firma Coneco z Częstochowy).

Po trzech godzinach nie kupiliśmy zupełnie nic poza perfumami dla niewiast w kraju i jedną buteleczką marki Lolita Lempicki, dla mojej miłej kuzyneczki, bo bardzo chcieliśmy jej podziękować za pomoc i opiekę. Tak, tak - „Poloki to honorowe są”

Wreszcie Tomek zdecydował się na desperacki krok i kupił fantastyczny aparat fotograficzny made in Japan, w dobrej cenie. Testowaliśmy go pół godziny chyba, żeby mieć pewność, że jutro też będzie działał. Facet w sklepie nie chciał tych moich dolarów wydłubanych z paska, bo jeden banknot naddarty, a drugi ma serię niewłaściwą (?). Powiedzieliśmy, że w takim razie, jak mu nasze dolary śmierdzą, to nie kupujemy! No i przestały śmierdzieć. Aparat jest wspaniały i Tomek z radości teraz nie śpi, tylko się nim będzie do rana bawił.

Wracamy dobrą godzinę do granicy. Korek ciągnie się przez pół miasta. Co za upał!

Jakaś rozróba na granicy. Kogoś szukają, ruch wstrzymany i nikt nie wie tak naprawdę o co chodzi. Wreszcie przejeżdżamy bez wysiadania obok tych cavalieros z nerwowym spojrzeniem i palcem na spuście karabinu.

Idziemy na lunch do fajnego baru z lokalnymi przysmakami. Taki typowy bufet rozmaitości. Najlepsze, że ceny są za kilogram „wszystkiego”, więc ładujemy wszytko co mają po trochu i ważymy na wadze. Ciężkie nie było, drogie też nie, ale niepotrzebnie wypiliśmy jeszcze po małym piwku ( o nie, nie!– nie chcieli nam go niestety zważyć w cenie ryżu i makaronu) no i nam brzuchy wywaliło z lekka. Głodni byliśmy, bośmy od rana nic w ustach nie mieli prócz portugalsko-angielsko-polskich dialogów.

Po południu jeszcze wizyta w największej na świecie hydroelektrowni ITAIPU Binacional czyli należącego do Brazylii i Paragwaju betonowego giganta, który zamienia energię rzeki Parany na 14 tys. megawatów energii elektrycznej. Wielka to bestia i przepastne ma trzewia (byliśmy także w środku i podziwiali jej wirujące turbiny). Jezioro, które powstało przed tamą ma 170 km długości i jest bardzo głębokie. Zatopili tym jeziorem tysiące hektarów, w tym piękne lasy i wodospady, ale mają z tego 20% całej zużywanej w Brazylii energii, a w Paragwaju, („which is so small”- jak mówi śliczna mulatka przewodniczka i nie wie że jest on o jedną trzecią większy niż Polska), aż 90 % całej potrzebnej mu energii.

Robi to wielkie wrażenie. Najbardziej spodobał mi się pomysł zbudowania 6 km. kanału-pochylni ze stopniami, po których skaczą ryby wędrujące w górę rzeki na tarło. Sześć kilometrów skaczących ryb – can you imagine?! Itaipu znaczy w języku indian Guarani „śpiew kamieni”.

To woda tak śpiewa płynąc z prędkością 500 m. sześciennych na sekundę przez system kilkudziesięciu rur wewnątrz zapory, wprawiając w ruch turbiny i powodując wibracje tej masy betonu, odczuwalną w każdym jej miejscu.

Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie w pomarańczowych kaskach (musimy je nosić podczas zwiedzania, ponieważ to obiekt przemysłowy) – Tomek udaje inżyniera Karwowskiego, a „nad całością czuwam ja - technik Maliniak”

Bardzo ten dzień był długi i piękny. Na kolację Bruna zrobiła coś w rodzaju naszego leczo, ale je się to inaczej. Należy rozkroić wielką bułkę jakby się otwierało ostrygę. Potem posmarować ją wewnątrz majonezem, wlać gęste „leczo” do środka ( trochę mi wyciekało, ale może z łakomstwa za dużo wlałem). Dalej posypuje się to cieniuteńkimi fryteczkami (cienkie jak makaron), polewa ketchupem, zamyka bułkę i wiadomo – koszula do prania!

Po kolacji, jak co wieczór, siedzimy na werandzie całą rodziną. Tomek też się tu wpisał jak swojak w klimaty rodzinne i poklepuje się ze wszystkimi i całuje. Gadamy o różnościach, pokazujemy Polskę, a to z satelity, a to na fotkach z Internetu. Pijemy kawkę-siekierkę, a wiaterek nas chłodzi przyjemnie po całym dniu gorąca.

Ech , Brazylia...

Bardzo Was wszystkich pozdrawiam i myślę o każdym z osobna,

Czarek

Email szósty

Byliśmy dziś znów w Argentynie z kuzynem Adriano i jego przyszłym szwagrem Eduardo. Postanowili nam pokazać centrum Puerto Iguacu . Urocze małe miasteczko z charakterem. Czuje się tu w powietrzu atmosferę Ameryki Łacińskiej. Muzyczka, luzik, wspaniałe wino, sery i oliwki (tradycja importowana z Italii wraz z imigrantami). Degustowaliśmy te pyszności, włócząc się po miejscowym targu, gdzie wszyscy zapraszają i częstują smakołykami.

Wcześniej odwiedziliśmy cmentarz w Foz do Iguacu po brazylijskiej stronie, gdzie szukaliśmy grobu rodzinnego Repelewiczów. Grób znaleźliśmy tylko dzięki pomocy zarządu cmentarza, ponieważ nie ma na nim żadnego napisu. Okazało się, że płytę z napisem zabrano do renowacji i zastaliśmy tylko bezimienny prostopadłościan z czarnego granitu. Obiecali nam, że jak tylko skończą remont to wyślą nam zdjęcia. Szkoda, ale poczekamy.

Z samego rana Antonio przyjechał na kawę i pogaduszki.

Patrzymy, a tu wyciąga z bagażnika ogromny badyl z zielonym pióropuszem. Przywiózł nam do pokazania trzcinę cukrową. Musiał ją pociąć na trzy długie kije, żeby się zmieściła w aucie, bo ma ze trzy metry długości. Z każdego metro dojrzałej trzciny można wycisnąć około litra soku, tak słodkiego, że aż mdli. Z tego litra soku, spokojnie można upędzić litr cachacy czyli lokalnego trunku. To prawie nic nie kosztuje, dlatego tutaj auta jeżdżą na wódzie.

Gadamy sobie miło i wesolutko, aż w końcu się Antek podnosi i mówi, żebyśmy jechali do niego do domu to nam pokaże jak żyje. Przeprasza, że dom bardzo skromny, ale widać, że chce nam go pokazać. Jedziemy z 5 km za miasto. Wjeżdżamy w dżunglę. Robi się coraz piękniej i coraz bardziej owocowo, bo państwo Olivia Repelewicz-Kropusińska i Antonio mają wspaniały sad, przy którym niejeden ogród botaniczny mógłby uschnąć z zazdrości. To właśnie ten sad chciał nam pokazać Antek.

Banany, Mango, Papaja, mandarynki, pomarańcze w kilku gatunkach, w tym jedne czerwone i bardzo słodkie. Orzechy, figi, avocado, melony, pyszna jabuticaba (cha, cha! – ciekawe czy ktoś wie co to jest?). Z drzewa prosto zjadamy rozmaite rajskie cuda. Bajko ty moja! Raj prawdziwy a w jego samym środeczku maleńki, dziurawy, drewniany domeczek pomalowany na niebiesko. Olivia bardzo zawstydzona, że Antonio przywiózł nas do tak skromnego miejsca. Długo ją przekonujemy, że naprawdę jesteśmy zachwyceni i zaszczyceni, że możemy u nich gościć. Po godzinie dopiero troszkę się odprężyła, ale nie do końca. Bawimy się z ich wnuczkiem Thiago, który ma siedem lat, chodzi na bosaka po drzewach, ssie kawałki trzciny cukrowej zamiast cukierków i gada do nas po portugalsku jak najęty. Chłopak jest bardzo inteligentny i ciekawy świata (nazwisko zobowiązuje, hę?).

W lot chwyta polskie słowa i po pół godzince narysował mi na kartce kilka rysunków i podpisał : MARHEVKA i MUI DOM. Taki spryciarz! Daliśmy Olivii kilka pamiątek z Polski w podzięce za tak miłe przyjęcie i mocno ją wyściskaliśmy. Wreszcie uwierzyła, że naprawdę jesteśmy zachwyceni. Wyjeżdżamy od Kropusińskich obładowani owocami. Jak my je zabierzemy do kraju to nie wiem, ale jest pośród nich kilka zjawiskowych okazów, na przykład - Carambola. Nawet nie pytam, czy ktoś ją zna, bo mam dziwną pewność, że nie.

Wracamy do Bruna na obiad. Adriano ugotował dziś narodową potrawę z czarnej fasoli i wieprzowiny. Nazywa się feijoada (fejżoada) i smakuje wybornie. Do tego sałatki, szpinak, pomidory, ryż. Potem rozdają pomarańcze, które należy zjeść koniecznie dla łatwiejszego, jak mówią, trawienia, ponieważ fasola z mięsem jest bardzo ciężka. Dalej jeszcze raczą nas kawą i ciastem, po czym niewiasty udają się na siestę, czyli po prostu idą się trochę przespać, a my zostajemy na podwórku i gadamy, gadamy, gadamy...

Tuż przed obiadem była dziś mała sesja z Olą przez Skype'a . Cała rodzina mogła zobaczyć Olę i Zosię na ekranie oraz porozmawiać w trzech językach. Antonio swoim odświeżonym polskim sprzed 40 lat, Bruno po portugalsku, a Eduardo i Adriano bardzo świeżą angielszczyzną pełną niespodzianek i kalamburów.

I tak sobie tłumaczymy wzajemnie , co kto może i komu może. Wieża Babel? - a, to tutaj!

Wszyscy pod wrażeniem. Deszcz lunął solidny i czerwona ziemia zamieniła się w ceglaste błoto. Już wiemy, dlaczego tu wszędzie leżą chodniczki i dywaniczki przed drzwiami. Inaczej dom wyglądałby szybko jak chlewik.

Jutro pożegnalne wizyty i chcemy im zrobić z Tomkiem przyjęcie pod roboczym na razie tytułem :

VODKA SHOW! Oni tu, chudziaki, nie wiedzą na obczyźnie jak smakuje polska Aqua Vitae. No to mamy dla nich niespodziankę... „Jest u mnie jeszcze dwie butelki w świątecznym ubraniu” jak powiedziałby pewnie Pawlak, gdyby nie mówił w filmie o granatach tylko o istotnych sprawach.

Właśnie eksplodowały za oknem te dwa granaty, bo mamy potężną burzę. Leje jak z cebra, wieje i przestrasza, ale my się nie boimy, tylko idziemy sobie spać bo już pierwsza w nocy. W Chinach już pracują i muszę „zapukać” do nich przez Skype'a z potwierdzeniem zamówienia. Bo zapomniałem powiedzieć, że ja tu trochę pracuję jeszcze, żeby po powrocie nie musieć usuwać gruzu z biurka, jak mi się coś zawali.

Boa noite Polonia...

Czarek