Dziennik Gazeta Prawana logo

Jedyne takie muzem terroru

28 września 2009, 10:38
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Jedyne takie muzem terroru
Inne
Na alei Andrássego, jednej z najpiękniejszych ulic w Budapeszcie, życie toczy się codzienny rytmem. Ludzie idą do pracy, sklepy otwierająpodwoje. Ale wchodząc do tej kamienicy zostawiłem normalny świat za sobą. Pod numerem 60 znajduje się bowiem wejście do Terror Háza, czyli muzeum totalitaryzmu.

Obrzydliwy swąd oleju silnikowego. Czuć go wszędzie. Bezlitośnie unosi się w powietrzu, przesiąka ubranie i otumania umysł. Jest pogodny majowy poranek, ale tutaj panuje lepki półmrok.

Przeszklony dziedziniec. Tak, to właśnie stąd wydobywa się ten przeklęty zapach. Na żelaznym postumencie, w ogromnej plamie oleju, stoi tam radziecki czołg T-54. To właśnie dlatego cały budynek przesiąknięty jest swądem rozgrzanego silnika. Ciekawe czy tak samo śmierdziały pancerne pojazdy, które w 1956 roku tłumiły antykomunistyczną, węgierską rewolucję?

Nad nim na ogromnej ścianie, znajdują się setki czarnobiałych zdjęć. To portrety ludzi, których zamordowane w imię budowy „nowego, wspaniałego świata”. Dwa kolejne piętra, to ponura opowieść o tym jak totalitaryzm zniewala ludzkie umysł. Jednak to również ostrzeżenie przed tym jak łatwo relatywizm moralny może doprowadzić do zbrodni na niewyobrażalna skalę.

Pokój w kształcie bydlęcego wagonu (tzw. stołypinki), a zamiast okien monitory, na których przesuwa się monotonny syberyjski krajobraz. Na podłodze mapa Archipelagu Gułag - największego więzienia w dziejach ludzkości. Wszędzie słychać stukot kół pociągu, przeplatany jedynie wypowiedziami osób, które przeżyły pobyt na „nieludzkiej ziemi”.

Terror Háza ma niewiele wspólnego z klasycznym muzeum. Nie znajdziemy tutaj raczej pokrytych kurzem eksponatów i przydługich (a przy okazji przynudnych) naukowych wywodów. I całe szczęście. Bo to miejsce nie dla specjalistów z zakresu historii XX wieku, ale dla zwykłych ludzi, którzy chcą zobaczyć czym w rzeczywistości był komunistyczny raj.

W Sali obok znajduje się lokal wyborczy. Niby wszystko wygląda normalnie, boksy w których można swobodnie oddać głos na wybraną partię, urna, stół za którym siedzi komisja sprawdzająca czy wszystkie demokratyczne procedury zostały zachowane. Tylko, że za ścianką obok ukryto pokój podsłuchowy, gdzie oficerowie polityczni kontrolują czy obywatele aby na pewno dokonują jedynie słusznego wyboru.

Jak w starym dowcipie: „Czym różni się demokracja, od demokracji ludowej. Tym czym krzesło od krzesła elektrycznego”. A kawałek dalej, zastawiony dziełami zebranymi Stalina, gabinet rosyjskiego przedstawiciela, który szpiegował szpiegujących. Atmosfera wszechogarniającej paranoi zdrady i walki z ukrytymi (kapitalistycznymi) imperialistami oraz wrogami ojczyzny. Na biurku leżą kajdanki oraz pistolet TT-30 czyli popularna rosyjska tetetka. Tak właśnie rozwiązywano problem „głosujących inaczej”.

Jednak, żeby nie było tak ponuro, jest też tutaj humorystyczny akcent. W sali propagandy pogodne, choć nieco kiczowate, plakaty zachęcają do robotniczej rywalizacji, uprawiania sportu i przestrzegają przed tragicznymi skutkami nadużywania alkoholu. Jest też czarna wołga z czerwonymi zasłonkami, którą przemierzali miasto komunistyczni oficjele. Z pewnością zrobiłaby furorę w dobie mody w stylu retro. Szkoda tylko, że w przyległym pomieszczeniu mieści się, w całości wyłożona aktami, sala sądowa. Tragiczna metafora miejsca, gdzie podstawie sfingowanych dowodów i wymuszonych torturami zeznań skazywano ludzi na wieloletnie wiezienie (łagodny wyrok) albo śmierć (surowy wyrok). Oczywiście również tutaj nie mogło zabraknąć ukrytego pokoju funkcjonariusza tajnej policji. W końcu ktoś musi czuwać nad niezawisłością sądu.

Na razie było trochę śmiesznie, trochę tragicznie, generalnie ponura tragikomedia. Aż nie sposób uwierzyć, że tak absurdalny system mógł funkcjonować prawie pięćdziesiąt lat. Jednak kiedy schodzę do ukrytych pod kamienicą lochów zdecydowanie przestaje mi być do śmiechu. W tym miejscu przesłuchiwano i więziono wrogów ludów. Tutaj nic się nie zmieniło. Pomieszczenia śmierdzą mokrym tynkiem, a okna ciągle są zasłonięte żelaznymi kotarami nie przepuszczającymi promieni słonecznych.

Ci którzy trafili do normalnej celi z drewnianą pryczą i odkrytym wiadrem służącym za kibel mieli sporo szczęścia. Gorzej kończyli ci, których za najdrobniejsze przewinienia wysyłano do izolatki. Inwencja katów, którzy przeważnie nie skończyli nawet podstawówki, rzeczywiście nie znała granic. Było zatem pomieszczenie wypełnione sięgającą do kostek lodowatą wodą, albo cela tak wąska, że można w nie było przebywać tylko w pozycji wyprostowanej. Przy okazji wykazano się tutaj dużym zmysłem praktycznym, bo zaraz obok sali tortur znajdowała się szubienica. W końcu po co się męczyć z prowadzeniem więźniów do sądu skoro egzekucję można wykonać tuż za rogiem.

Na obracającym się manekinie wiszą dwa mundury: jeden faszystowski, a drugi komunistyczny. Ta kompozycja dobrze pokazuje przemianę ludzi służących tym totalitarnym systemom. Najpierw zagorzali nacjonaliści, a potem bojownicy wszechświatowej rewolucji socjalistycznej. W rzeczywistości żądni władzy oportuniści, a częstokroć i zbrodniarze. Bo tak naprawdę od tych wszystkich przerażających, a czasami śmiesznych atrybutów totalitarnej władzy ważniejsi są ludzie. Kaci i ich ofiary. Ci którzy, zniewalali własny narodu oraz ci którzy walczyli o jego wolność.

W głównym holu oraz na zewnętrznej ścianie budynku wiszą zdjęcia ofiar totalitarnej machiny. Jednak paradoksalnie to nie oni decydują o wyjątkowości tego muzeum. Bo o bohaterach zawsze się pamięta. Najbardziej wstrząsająca jest ostatnia sala w podziemiach Terror Háza.

Tutaj możemy zobaczyć nazwiska i twarze oprawców, członków zbrodniczego aparatu przemocy, którzy torturowali i mordowali niewinnych ludzi. Niektórzy z nich jeszcze żyją i właśnie na tym polega wyjątkowość tego miejsca. Tutaj dobro jest dobrem, a zło złem. Zbrodniarze zostali nazwani po imieniu, a ich czyny potępione. Bo wybaczyć można, ale zapomnieć nie wolno. Nie dla ofiar systemu, ale dla nas samych, żeby ten koszmar nigdy się nie powtórzył. Węgrzy odrobili lekcję i rozliczyli się ze swojej własnej historii. Polaków jak na razie na taki gest nie było stać. Szkoda, bo jeśli czterdziestomilionowy naród zrównuje dobro i zło, a komunistycznych decydentów nazywa „ludźmi honoru” to jego przyszłość nie maluje się w jasnych barwach.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj