Nie ma swojego Tadż Mahalu, nie rzuca na kolana, zwykle na początku rozczarowuje i męczy... Na dodatek otacza ją sława miasta wyjątkowej biedy i pracujących w nieludzkich warunkach kulisów. A jednak Kalkuta jest miejscem ludzi nauki i sztuki, współczesnych świętych, filmowców tworzących w opozycji do Bollywood. Poświęcono jej nawet musical. Właśnie tutaj możemy liczyć na odzyskanie zagubionego bagażu lotniczego, którego nikt inny w świecie nie był już w stanie namierzyć.

W pociągu z Delhi leżymy pod sufitem i chwytamy strużkę wiatru z dwóch potężnych wiatraków. Próbujemy czytać, ale co chwilę osuwamy się w niebyt, z którego budzą nas roznosiciele herbaty. Jest zbyt gorąco. Pociągi nie zmieniły się od lat – ten sam tłok, zapewniająca odrobinę prywatności górna prycza, herbata w glinianych czarkach, które potem wyrzuca się za okno...

Mekka obieżyświatów

Dochodzi druga w nocy. Suddar Street – kalkucka mekka obieżyświatów i wolontariuszy pracujących w Domach Matki Teresy – jest pusta. Bramy tanich hotelików zatrzaśnięte na głucho, rikszarze śpią wciśnięci w swoje wehikuły. Tylko rosłe szczury (jest wśród nich nawet rudy) przechadzają się dostojnie, nieczułe na nasz widok i hałas, jaki robią stawiane na chodniku ciężkie plecaki.

Szukamy noclegu. Zaspana obsługa kolejnego hotelu o znanym globtroterom azjatyckim standardzie, nieskora do otwierania drzwi, pokrzykuje przez szybę, że nie ma miejsc. W końcu trafiamy do hotelu Diplomat. Na Suddar Street reguła jest prosta: im bardziej światowa nazwa, tym podlejszy hotel. Nie zdziwiło nas więc, że pokój – bez okna, tak ciasny, że trudno doń wejść, za to z telewizorem, w którym działa jeden kanał, reklamowy – wyglądał jakby wczoraj wybuchł w nim pożar. Przebudzenie było jednak miłe. Może dlatego że przyniosło znajome zapachy i dźwięki.

Do Kalkuty wróciliśmy jak do domu. Lubimy ją, choć najstarsza budowla liczy tutaj niespełna dwieście lat. Nie w zabytkach tkwi jednak siła tego miasta, a raczej w jego sprzecznościach i jakimś nieuchwytnym, ale bardzo mocnym intelektualnym fermencie.


Kulisi i włoskie espresso

Dzień zaczynamy światowo – jak przystało na mieszkańców hotelu Diplomat. Na sfatygowanych taboretach jemy jarzyny i ćapati, serwowane na jednej z przecznic Suddar Street, wzmacniając się przy tym mocną, słodką herbatą z mlekiem. Nie przeszkadza nam, że podaje się ją w szklaneczkach mytych w wiaderku z niezmienianą wodą... Mamy za to towarzystwo młodych ludzi z różnych stron świata. Chwilę później znajdujemy hotel niewiele droższy od Diplomata, ale... lśniący czystością, z miłą obsługą, ze sprawnym wiatrakiem (to w tym klimacie najważniejsze) i z działającym telewizorem.

Jak dawniej, tak i dziś znakiem rozpoznawczym Kalkuty są kulisi. Siłą swoich mięśni – boso, w klapkach lub sfatygowanych trampkach – szybkim truchtem ciągną ciężkie riksze. Zobaczymy ich w wąskich uliczkach starego miasta, jak i w strumieniu markowych pojazdów na głównych alejach. Mają też własne postoje, jak taksówkarze. Burmistrz próbował zakazać im pracy, ale po masowych protestach mieszkańców wycofał się z tego pomysłu. Oficjalnie w mieście zarejestrowanych jest około 2,5 tysiąca kulisów. Każda riksza ma swój numer, a rikszarze płacą podatki i zapewniają byt wielodzietnym rodzinom.

Ale to tylko jedna z twarzy Kalkuty. Jak grzyby po deszczu wyrastają tu nowoczesne osiedla, czynne są supermarkety w europejskim stylu oraz kafejki, serwujące prawdziwe espresso i włoskie ciastka, można kupić całą gamę markowych szkockich gatunków whisky (niezależnie od dużo tańszych odmian lokalnych), a na ulicach widać mnóstwo europejskich i amerykańskich samochodów.

Tym razem naszym największym odkryciem stał się Klub Dziennikarza. Najstarszy w Indiach, pamięta czasy kolonialne. Sam budynek jest niewielki i nie robi nadzwyczajnego wrażenia, ale kuszący jest jego ogród z dobrze przystrzyżonym trawnikiem. Delektujemy się tam dobrze schłodzonym indyjskim piwem, jemy ciepłe przekąski, przeczekując żar pory sjesty.


Duch Kalkuty

Szukając indyjskości, wcześniej niezbyt chętnie zwracaliśmy uwagę na kolonialne zabytki miasta. Dopiero za którymś powrotem do Kalkuty zrozumieliśmy, że Hindusi inaczej patrzą na swoją historię, a ȁE;angielskie pamiątkiȁD; traktują jak część własnego dziedzictwa. Dlatego całymi rodzinami chętnie odwiedzają lśniący bielą marmuru gmach Victoria Memorial, symbol dawnej chwały miasta. Zbudowali go zresztą sami Hindusi z funduszy zgromadzonych dla uczczenia 63 lat panowania królowej Wiktorii. Dziś można zobaczyć tam stare fotografie i dokumenty, portrety i przedmioty należące do ważnych dla miasta osób – i pooddychać dawną Kalkutą. To także dobre miejsce na piknik na czystej trawie, pośród kwiatów, sadzawek i fontann. W weekendy trudno tu znaleźć miejsce, ale warto przyjść z aparatem, by uwiecznić świat niezwykłych kolorów i sytuacji z życia mieszkańców. Podobnie jest na pobliskich błoniach. Konkurencją są dla nich tylko stadiony krykieta, który jest wciąż ulubionym sportem Bengalczyków.

Swoją siłę i sławę Kalkuta zawdzięcza rzece Hooghly, której wody wpadają do Zatoki Bengalskiej sto kilometrów za miastem. Wędrówka jej wschodnim brzegiem pozwala odpocząć od zgiełku. Deptak nad wodą zapełnia się po południu. Na ghaty (schody opadające do wody) przychodzi się, aby zrobić pranie, wykąpać się lub po prostu odpocząć. Szczególne ożywienie panuje zwykle przy Babu Ghat, okupowanym przez masażystów, fryzjerów, sprzedawców kwiatów i braminów odprawiających drobne rodzinne rytuały. Z boku zostaje wielki Fort Williama, z którego niegdyś brytyjska armia wyruszała do Nepalu, Assamu i Birmy.

Wielokrotnie, dla przyjemności, przeprawialiśmy się przez Hooghly małymi promami, które pełnią tu rolę wodnych tramwajów. Mijamy malownicze łodzie z charakterystycznymi żaglami, takimi jak w Chinach czy na Nilu w Egipcie. Co jakiś czas wyłania się łódka, na której bramini odprawiają jakieś obrzędy z wykorzystaniem ognia, ofiarnych kwiatów i kokosów. Wszystko to z ogromnym kalkuckim mostem w tle i zachodzącym słońcem jawi się nierealnie, ociera o kicz, ale z pewnością każdy chciałby przeżyć coś takiego...


Aby poznać Kalkutę, trzeba odwiedzić Tagore House, Muzeum Indii, Galerię Akademii Sztuki, Birla Museum... ale tak naprawdę tylko wędrówka jego ulicami pozwala uchwycić coś z ducha stolicy Bengalu. To jedno z nielicznych w Indiach miast, po których w ogóle da się spacerować, a mimo to trudno się tu robi zdjęcia, bo... nic się nie kadruje. Wyrwane z kontekstu fragmenty całości wydają się chaotyczne, przypadkowe, nijakie. A jednocześnie cały smak Kalkuty tkwi właśnie w spłowiałych kolorach, nakładaniu się na siebie różnych planów i różnych rzeczywistości. Wiele zabytków ukrytych jest tu za ruinami. Często zresztą one same popadają w ruinę.

Siostra w białym sari

Anne, młoda Angielka, przyjechała do Kalkuty rok temu. Szukała slumsów i ludzi opisanych w książce Domenique Lapierre ȁE;The City of JoyȁD;. Jednak w okolicach mostu Hoogly trafiła jedynie na wielki targ kwiatowy. Slumsy nie znikły, odsunęły się jedynie dalej od centrum.

– Nie odważyłam się zamieszkać w lepiance zrobionej z blachy i tektury, wśród ȁE;najbiedniejszych z biednychȁD;, tak jak uczynił to bohater książki, ojciec Stephen Kowalski – zwierza się Anne. – Odszukałam jednak jeden z Domów Matki Teresy i zaczęłam pracować tam jako wolontariuszka.

Miejsce, w którym pracuje Anne, było pierwszym w Kalkucie schroniskiem dla umierających. Położone jest tuż obok świątyni Kali – patronki miasta. A ta bogini (przedstawiana z wyciągniętym językiem, wysuszonymi piersiami i ustami pełnymi krwi) zawsze miała i nadal ma tutaj wielu żarliwych wyznawców.


Początki nie były łatwe. Najpierw siostry budziły zaciekawienie, zaraz potem wrogość. Rozeszła się pogłoska, że nawracają umierających. Wzburzeni ludzie zmusili szefa policji, aby zamknął hospicjum. Policjant zgodził się, wcześniej jednak osobiście odwiedził schronisko. Kiedy wszedł do środka, zobaczył Matkę Teresę opatrującą rany umierającego mężczyzny. Jak opowiadał później, z jej twarzy emanowała miłość i spokój. Ten spokój udzielił się umierającemu. Policjant wyszedł na zewnątrz i powiedział do tłumu:

– Zamknę ten dom, pod warunkiem że to wasze siostry i matki zajmą miejsce siostry w białym sari.

W kilka miesięcy później uratowany przez Matkę Teresę bramin z pobliskiej świątyni powiedział:

– Czcicie wizerunek Kali, a przecież ta kobieta to żywa Kali.

Od tej pory incydenty ustały.

Anne w domu dla umierających pracuje kilka, a jeśli trzeba, kilkanaście godzin dziennie. Uczy się bengali, czyta książki, w wolnych chwilach studiuje indyjską filozofię. Aby odnowić wizę, co pół roku przekracza granicę z Bangladeszem lub Nepalem. Pytam, czy nie męczy jej ten tryb życia.

– Kilka razy byłam w Indiach i zawsze miałam wrażenie, że jestem obdarowywana. Teraz przyszedł czas na rewanż.

Kiedy odwiedzamy kalkucki Dom Matki Teresy (a wejść może tam każdy), i nam udziela nam się spokój chorych i wolontariuszy. Nie jest tu już umieralnia, lecz niezwykły szpital. Sterylnie czysty, kojący ciało i duszę. Nawet niewierzący modlą się tu razem z siostrami w kameralnej kaplicy. Ludzie, wkraczając w świat bez biurokracji i szkoleń, odnajdują tutaj sens życia. Nic ich nie krępuje, wystarczą dobre chęci. A ambulans z Domu Matki Teresy wciąż zbiera z ulic chorych i odrzuconych. Jest ich zresztą coraz mniej, bo Matka Teresa zmieniła na zawsze Kalkutę. I dziś nikogo już nie drażni wielki krzyż sąsiadujący z sanktuarium Kali, patronki miasta.


WARTO WIEDZIEĆ

Dokumenty i waluta

Wizy – warto poprosić o półroczną, wielokrotną kosztuje 184 zł, wydawana jest w Ambasadzie Republiki Indii w Warszawie (ul. Rejtana 15 m. 2-7, tel. 849 58 00, 849 62 57, 849 68 50). Formularz wizowy (dostępny na stronie internetowej ambasady http://www.indianembassy.pl z trzema identycznymi zdjęciami należy złożyć w godzinach 9 – 12, wizę otrzymuje się w ciągu kilku dni, odbiór między 16 – 17.

Waluta: – rupia indyjska (Rs, INR) 1 PLN – ok. 16,7 Rs;1 USD – 46,7 Rs.

Kiedy jechać

Najlepiej od listopada do końca marca. Kwiecień, maj, czerwiec są upalne (idealne na wypad w góry do Darjeeling i Assamu), w lipcu, sierpniu, wrześniu trwa monsun.

Samolotem z Polski

Bilet powrotny do Kalkuty kosztuje ok. 3400 zł. Taniej, bo w cenie promocyjnej ok. 1700 – 2200 zł, dolecimy do Bombaju lub Delhi (promocje bezpośrednio do Kalkuty zdarzają się rzadko), skąd można kontynuować podróż pociągiem.

Pociągiem z Bombaju i Delhi

Nowe Delhi – Howrah lub Sealdah (tak nazywają się główne dworce kolejowe w Kalkucie i pod taką nazwą należy szukać połączeń do i z Kalkuty); superszybkim, wygodnym Rajdhani Express trasę trasę 1453 km pokonuje się w ok. 40 godzin. Za bilet zapłacimy – 1281 Rs (w przedziale trzyosobowym), 1822 Rs (w przedziale dwuosobowym); Pociągiem pośpiesznym – ok. 48 godzin – 373 Rs. sleeping II kl. (miejsce leżące w 6-osobowym przedziale, bez klimatyzacji), 815 Rs (z klimatyzacją), 1018 (z klimatyzacją w przedziale trzyosobowym).

Mumbai (Bombaj) – Howrah – 1976 km, 35 godzin; 457 Rs (II kl. sleeper), 999 (II kl. sleeper z klimatyzacją); 1284 Rs. przedział trzyosobowy w wagonie z klimatyzacją.

Uwaga! Koniecznie trzeba kupić rozkład jazdy (ok. 40 Rs), sprawdzić w nim numer szukanego pociągu a bilet zarezerwować możliwie jak najwcześniej! Miejsca w wagonach z klimatyzacją kupuje się przede wszystkim ze względu na komfort jazdy – jest tylu pasażerów, ile miejsc. Nie ma więc tłoku! Kuszetka II kl. (tzw. Second Class sleeper) – daje nam wprawdzie miejsce leżące w sześcioosobowym przedziale (bez drzwi), ale skorzystać z niego możemy tylko w nocy. W dzień do naszej miejscówki zwykle ktoś się jeszcze dosiądzie. W przedział zamiast sześciu spróbuje się wcisnąć przynamniej ośmiu pasażerów, a w przejściach będzie się kłębił malowniczy tłum.


Discover India

Dojazd do Kalkuty z innych miast Indii można połączyć ze zwiedzaniem całego kraju, korzystając ze specjalnego biletu lotniczego Discover India – dwutygodniowy z nieograniczona liczbą przelotów kosztuje 630 USD (plus 5 USD opłaty lotniskowej za każdy port lotniczy).

Noclegi

Tanie, ale przyzwoite hoteliki w tzw. standardzie azjatyckim (łóżko i niewiele więcej, wiatrak, łazienka, ciepła woda w określonych porach) kosztują ok. 5 – 10 USD (pokój dwuosobowy). Pokoje z klimatyzacją – 15 – 20 USD. Hotele o wyższym standardzie – 30 – 40 USD. Za pokój w hotelach luksusowych zapłacimy ok. 200 – 250 USD. Zagłębiem tanich, ale przyzwoitych, także nieco droższych hotelików jest Sudder Str. To idealne miejsce, blisko Muzeum Narodowego.

Jedzenie

Warto poszukać niewielkich restauracji, w których w porze lunchu i kolacji podawane jest tali – ȁE;danieȁD;. Składa się ono z porcji ryżu, curry i różnych sosów oraz pikli, czatneja (gęsty sos) i deseru. Kosztuje od 15 do 50 Rs. W eleganckich, klimatyzowanych restauracjach od 50 do 100 Rs. Przeciętne danie w tańszej restauracji – ok. 30 – 50 Rs. W droższych od 60 Rs. Z dań niewegetariańskich warto spróbować ȁE;chicken tikkaȁD; (rodzaj szaszłyków z pieca tandoori), ok. 80 – 120 Rs., i koniecznie ryby w liściach bananowca – ok. 80 – 150 Rs.

Muzea, koncerty

Indian Museum (wt – niedz. g. 10 – 17, wstęp: 150 Rs.) bogata kolekcja sztuki indyjskiej z różnych okresów. Ciekawe wystawy poświęcone archeologii, botanice i geologii.

Victoria Memorial, pałac z białego marmuru upamiętniający królową Wiktorię, znajduje się w południowej części kalkuckich błoń i jest bardzo chętnie odwiedzany przez Hindusów. Mieści kolekcję poświęconą czasom kolonialnym.

Obyczaje

Do świątyń, meczetów, domów prywatnych zawsze wchodzi się bez obuwia.

Warto mieć ze sobą skarpetki, doskonale chronią stopy przed nagrzanymi płytami świątynnych dziedzińców.

Za lekceważące i obraźliwe uważane jest zwrócenie stóp podczas siedzenia w kierunku osób lub posągu bóstwa.

Podróżując po prowincji warto mieć ze sobą banknoty 100-rupiowe. 500-rupiowe trudno jest rozmienić.

Ważne telefony

Ambasada RP w Indiach – Nowe Delhi, 50-M Shantipath, Chanakyapuri, tel. 011 688-92-11, 467-91-61, 467-91-58

Konsulat RP w Bombaju, Manavi Apartments, II piętro, 36-B. G. Kher Marg, Malabar Hill, tel. 0 22 3633-863, 3633-864, 3633-663, 3634-678

Kontakt

Kierunkowy do Indii – 0091. Rozmowy telefoniczne (zwykle obsługiwane przez internet) są tanie, kilkuminutowa rozmowa do Polski kosztuje ok. 50 Rs. Kafejki internetowe są praktycznie wszędzie. Godzina kosztuje ok. 20 – 30 Rs.