Już 44,2 proc. Polaków z powodu ostatnich bankructw zrezygnowałoby z wczasów zorganizowanych przez touroperatora na rzecz wyjazdu na własną rękę – wynika z badania przeprowadzonego dla DGP przez Homo Homini.

Konsumenci stali się też bardziej ostrożni w selekcji biura, z którym wybiorą się na urlop. Ceną przy wyborze wycieczki kieruje się już tylko 13,5 proc. Najważniejszym kryterium stała się marka i renoma biura oraz opinie na forach internetowych. Kieruje się nimi 45,4 proc. kupujących – wynika z badania Homo Homini.

To słuszne podejście. Wiele biur, zwłaszcza tych mniejszych, zaniżało cenę, by tylko zyskać klientów. Przykładem może być wystawianie ofert w serwisach grupowych, na których trzeba godzić się na 50-proc. upusty. – To działanie nastawione na stratę. Turystyka to branża niskomarżowa. W najlepszych latach marża sięga 3 proc. – tłumaczy Krzysztof Piątek, prezes Polskiego Związku Organizatorów Turystyki.

Niedoświadczonym firmom zaczyna brakować pieniędzy na opłacenie zobowiązań wobec przewoźników czy hotelarzy. I muszą ogłaszać niewypłacalność. Każde biuro za rejs samolotu musi zapłacić na tydzień przed wylotem. Do tego linie lotnicze pobierają przed sezonem depozyt za cały jeden rejs – ok. 150-200 tys. zł. Problemem nowych biur jest też to, że w pojedynkę nie są w stanie wyczarterować samolotu. Nawiązują sojusze z innymi podmiotami. W takiej sytuacji upadłość partnera kończy się ich bankructwem.

Choć skala upadłości na polskim rynku turystycznym jest niewielka w porównaniu z brytyjskim czy francuskim, na których w tym roku zbankrutowało już po kilkadziesiąt podmiotów, to problem jest znaczący.

Z szacunków wynika, że w tym roku z powodu upadłości polskich biur ucierpiało już łącznie 35-40 tys. osób. Najwięcej w związku z bankructwem Sky Club, z powodu którego skrócone wakacje lub ich zupełny brak przytrafił się ok. 23 tys. klientom.

Na sprowadzenie turystów z zagranicy do kraju urzędy marszałkowskie wydały już 6 mln zł. W większości przypadków udało się pokryć te koszty z ubezpieczeń, jakie miały biura podróży. Były jednak przypadki, że kwoty te nie wystarczały. Tak stało się w przypadku biura Alba Tour, którego suma gwarancyjna opiewała na 209 tys. zł. Koszty ściągnięcia 351 turystów sięgnęły natomiast 600 tys. zł. To oznacza, że z budżetu Wielkopolski dołożono 400 tys. zł. Podobnie może stać się w przypadku Mati World Holidays z Chorzowa.

Ubezpieczenie, czyli suma gwarancyjna, wyliczane jest na podstawie obrotów za poprzedni rok, ale jeśli biuro tyle nie działa, płaci stawkę minimalną – 40 tys. euro. To obecnie nieco ponad 160 tys. zł.

Sumy gwarancyjne są zbyt niskie. Urzędy marszałkowskie niby mogą wnioskować o ich zwiększenie. Jednak nie mają do tego podstawy. Od września 2010 r. nie mają możliwości sprawdzania kondycji finansowej touroperatorów – tłumaczy Piotr Todorczuk, kierownik biura prasowego urzędu marszałkowskiego w Małopolsce.

W efekcie z sumy gwarancyjnej nie starcza nie tylko na sprowadzenie turystów do kraju, ale także na wypłatę odszkodowań czy zwrot pieniędzy osobom, które nie wyleciały. Jedynym wyjściem staje się droga sądowa.