Pierwsze święta
– W latach 60. i 70. wiele gospodarstw z okolicy wynajmowało pokoje, głównie Niemcom, którzy tu przyjeżdżali. Teściowie podpatrzyli, że u sąsiadów to dobrze działa, i sami wyremontowali stary dom. Tak powstały pierwsze dwa apartamenty. To był ich sposób, żeby zarobić trochę więcej pieniędzy – mówi Verena.
Pokazuje zdjęcia budynku. Obok niego stała duża stodoła, która jest tu do dziś. I tak w 1979 roku do Trieferhof, położonego nad miejscowością Kastelruth w Południowym Tyrolu, przyjechali pierwsi goście. Było to młode małżeństwo z Niemiec. Chcieli we dwójkę spędzić święta Bożego Narodzenia we włoskich Alpach. Zakochali się w tym miejscu.
Teraz są już dobrze po siedemdziesiątce. Do niewielkiego gospodarstwa przyjeżdżają na urlop co roku – czasem sami, czasem z całą rodziną. To ich tradycja.
– Mają syna, który jest w moim wieku. On zna Trieferhof tylko z okresu świąt Bożego Narodzenia. Teraz ma już własną rodzinę i pięcioletnią córeczkę. Przyjeżdżają wszyscy razem na trzy, czasem cztery tygodnie – słyszę.
Turyści na farmie
Niemal pół wieku temu turystyka w Południowym Tyrolu dopiero raczkowała. Nie było zbyt wielu hoteli ani ekskluzywnych pensjonatów. Mimo to alpejski klimat oraz łagodne szlaki na najwyżej położonym pastwisku w Europie (1680–2350 m n.p.m.) przyciągały coraz więcej osób.
Zimą korzystano ze stoków. Płaskowyż Seiser Alm był jednym z pierwszych ośrodków narciarskich – pierwszy wyciąg otwarto zimą na przełomie 1938 i 1939 roku. Latem turyści spacerowali po wzgórzach i odwiedzali schroniska.
Dogodne położenie wykorzystali przedsiębiorczy rolnicy, którzy powiększali swoje drewniane domy, a gościom oferowali produkty z własnych gospodarstw. Warto dodać, że zbocza Alp w okolicach Bolzano doskonale nadawały się (i nadal nadają) do uprawy winorośli i jabłek, a także do hodowli zwierząt.
Rolnicy łączą siły
Wiejską sielankę, jak za dawnych lat, promuje Roter Hahn – organizacja turystyczna powstała w 1998 roku jako Związek Rolników Południowego Tyrolu. Jej celem od początku było zrzeszenie gospodarstw rozsianych po całym regionie. W pierwszym roku udało się zgromadzić 740 farm, dziś jest ich ponad dwa razy więcej.
– Mamy ogromną różnorodność. Jest około 1650 gospodarstw położonych na wysokościach od 200 do 2000 metrów n.p.m., w różnych częściach regionu. W zależności od pory roku i preferencji można wybrać idealne miejsce. Tutaj jest teraz wiosna, ale przy granicy z Austrią panuje prawdziwa zima. Zawsze mówię, że jeśli w jednym miejscu pogoda jest zła, wystarczy przejechać godzinę i może być zupełnie inaczej – mówi Sonja Kaserer z Roter Hahn.
Organizacja, spod znaku czerwonego koguta (niem. Roter Hahn), stoi w opozycji do masowej turystyki. Zrzesza gospodarzy, którzy poza przyjmowaniem gości na co dzień zajmują się uprawą owoców czy hodowlą bydła. O swoich obowiązkach chętnie opowiadają turystom, głównie mieszkańcom miast. To zresztą jedna z idei tej formy wypoczynku.
Życie na farmie
Verena i jej mąż Martin przejęli gospodarstwo w 2013 roku. To nie była łatwa decyzja. Wcześniej nie zajmowali się rolnictwem – pracowali w handlu i usługach. Pewnego dnia rodzice Martina zebrali rodzinę i powiedzieli: czas zdecydować, kto nas zastąpi. Martin odpowiedział: „biorę”. Musieli zmienić swoje życie i zrezygnować z pracy na etacie.
Wyremontowali dom, stworzyli nowe, eleganckie apartamenty dla turystów i dołączyli do Roter Hahn. – Dobudowaliśmy nowe pomieszczenia i piętro, ale główne ściany starego domu zostały zachowane. Drewno pochodziło z naszego lasu – mąż i teść sami je ścinali – opowiada Verena.
Jak wielu w okolicy, łączą działalność turystyczną z prowadzeniem gospodarstwa. Mają niewielki ogród warzywny, kury i kilkanaście krów. Mleko sprzedają do pobliskiej mleczarni, a gościom serwują własnoręcznie robione sery i jogurty.
– Najlepiej działa połączenie gospodarstwa i turystyki. Z samej hodowli trudno się utrzymać, a same noclegi też bywają niewystarczające. Wielu znajomych ma małe gospodarstwa i dodatkowo musi pracować w mieście – dodaje.
– Czy dziś trudniej jest utrzymać się w Południowym Tyrolu? – pytam.
– Tak. Wtedy (50 lat temu – red.) ludzie byli głównie rolnikami, turystyka dopiero raczkowała. Żyli skromniej – nie jeździli na wakacje, mieli jedno auto na całą rodzinę. Dziś potrzebujemy więcej: podróży, wyjść do restauracji czy kina. A to oznacza większe wydatki.
Polacy jadą do Południowego Tyrolu
Jak słyszę, na farmy wypoczynkowe do Południowego Tyrolu przyjeżdżają głównie Niemcy. To pokłosie burzliwej historii regionu, który do lat 60. czuł się bardziej austriacki czy niemiecki niż włoski. Zresztą w latach 30. i 40. miejscowa ludność posługująca się językiem niemieckim była prześladowana przez faszystów.
W gospodarstwach położonych niedaleko Bolzano można spotkać także Włochów, Holendrów, a coraz częściej Polaków. To głównie osoby szukające autentycznego doświadczenia. Wszystkie farmy zrzeszone w Roter Hahn są zamieszkiwane przez właścicieli, którzy chętnie rozmawiają z gośćmi i dzielą się swoją codziennością.
– Niewiele osób przyjeżdża tu głównie na narty, bo jesteśmy daleko od wyciągów. Dojazd zajmuje około 8 minut, ale dla niektórych to za dużo – chcą wyjść w butach prosto na stok. Tymczasem w Siusi często nie ma słońca, które jest u nas. Dlatego zimą mamy dużo rodzin. Region oferuje wiele możliwości – nie trzeba codziennie jeździć na nartach. Można spacerować czy chodzić na rakietach śnieżnych – mówi Verena.
Gospodarstwa wizytowaliśmy na zaproszenie Roter Hahn.