Jakub Baliński: Czy zdobywca czterech ośmiotysięczników (w tym dwóch po raz pierwszy w zimie) w ogóle czegoś się boi?
Adam Bielecki:
Himalaista to normalny człowiek. Wielu rzeczy boję się tam na górze i wielu rzeczy obawiam się na poziomie morza.

I na tak dużych wysokościach strach Cię nie paraliżuje?
W himalaizmie nie chodzi to, żeby się nie bać. Jeśli ktoś całkowicie wyzbył się strachu, to na pewno jest z nim coś nie tak i szybko może zginąć w górach.

To jaką rolę we wspinaczce odgrywa strach?
Istota rzeczy leży w kontrolowaniu tego strachu. W Himalajach wszystkie negatywne uczucia, takie jak: lęk, ból, głód czy pragnienie są dla nas bardzo ważne. Nie bylibyśmy w stanie bez nich przetrwać. To one informują wspinacza, że musi szukać pożywienia, ochronić się od chłodu czy bólu. Strach sprawia, też że stajemy się bardziej uważni. Nasz organizm wyzwala wtedy szereg hormonów, a dzięki nim jesteśmy cały czas gotowi do działania. Mamy więcej siły, możemy zmobilizować do pracy więcej grup mięśni, w razie potrzeby dzięki temu jesteśmy w stanie szybciej i sprawniej reagować.

Co jest groźniejsze tam na górze: człowiek czy przyroda?
Większość wypadków w górach wynika z błędów ludzkich. Nawet jeśli schodzi na nas lawina, to być może wybraliśmy złą trasę podejścia albo w ogóle nie powinniśmy w tych warunkach wychodzić w górę. Sprzęt jest już na takim poziomie, że rzadko kiedy zawodzi.

To przyroda w Himalajach nie jest zagrożeniem?
We wspinaczce wysokogórskiej istnieje kategoria niebezpieczeństw obiektywnych. To na przykład seraki, czyli olbrzymie bryły lodu, lawiny śnieżne czy skalne, szczeliny na lodowcu. Na te rzeczy my, wspinacze, mamy bardzo ograniczony wpływ. Po prostu zdarza się tak, że 20 osób bez najmniejszego problemu przejdzie ścieżką po lodowcu, a dopiero pod 21. osobą otworzy się szczelina. Z biegiem lat, gdy stajemy się bardziej doświadczeni,  możemy nauczyć się minimalizować te zagrożenia.

Jakie sposoby ma na to Adam Bielecki?
Mam zestaw trzech bardzo ważnych zasad. Po pierwsze, nigdy nie chodzę po lodowcu bez związania się z inną osobą. Uważam, że zbyt wielu świetnych wspinaczy straciło życie w taki głupi sposób, przez brak asekuracji blisko bazy. Po drugie, nie wspinam się też pod serakami. A po trzecie, nie korzystam ze starych lin poręczowych pozostawionych w górach przez innych wspinaczy. Jestem wierny tym zasadom i mam nadzieję, że dzięki nim będę nie tylko dobrym, ale też starym himalaistą.

A czy kontrolowanie strachu pomaga Ci też tu na dole?
Tak. Góry nauczyły mnie dystansowania się do strachu. Generalnie wszyscy mamy tendencje do wyolbrzymiania problemów czy lęków. Jednak kiedy człowiek w Himalajach wielokrotnie doświadcza bezpośredniego zagrożenia życia, to nagle ten strach związany, na przykład z sytuacjami społecznymi przestaje być istotny. Jeśli warunki wokół mnie są stabilne, nic mi nie spadnie na głowę, budynek się nie zawali, to co najgorszego może mi się stać? Zawstydzę się? Powiem coś głupiego? To nie są tak naprawdę rzeczy niebezpieczne, których trzeba się bać.

Czy w górach może zdarzyć się coś, co jest w stanie sprawić, że skończysz ze wspinaczką?
Nie wiem czy jest coś, co po 20 latach wspinania mogłoby mnie na tyle zaskoczyć, żebym miał zrezygnować z gór.

A po Broad Peak? Właśnie mijają cztery lata od tej wyprawy - chyba najbardziej kontrowersyjnej w Twojej karierze wspinacza. Twoich dwóch kolegów nie wróciło już nigdy ze szczytu. Czy to nie wpłynęło na Twój stosunek do himalaizmu? Z perspektywy tych czterech lat zrobiłbyś coś inaczej?
Tak naprawdę nie zmieniło się zbyt wiele. Może parę razy inaczej zachowałbym się już po powrocie do Polski. Po prostu bym się przymknął i nie dał się ponieść emocjom. Ale sytuacja była jaka była, więc można to wszystko zrozumieć. Było to szczere i autentyczne. Od początku starałem się być powściągliwy, wiedziałem dobrze, że czas zmienia nasze podejście do tak poważnych kwestii. Byłem pewny, że za dwa lata wszyscy zainteresowani będą mówić o tej sprawie zupełnie inaczej. Wydawało mi się, że najlepiej będzie odczekać pewien czas, a dopiero potem o tym rozmawiać. Taką właśnie formą podejścia do tej sytuacji jest książka "Spod zamarzniętych powiek".

Opisujesz w niej wyprawę na Broad Peak właśnie z perspektywy tych czterech lat?
Spojrzenie na Broad Peak z pewnego dystansu dobrze robi osądom. To była dla mnie bardzo ważna wyprawa, której nie zapomnę nigdy. Na zawsze będzie mi ona towarzyszyć, zresztą jak pamięć o wszystkich kolegach, którzy stracili życie w górach. Wtedy staliśmy się ofiarami własnych działań. Z jednej strony Artur Hajzer (szef projektu Polski Himalaizm Zimowy), zabiegał o zainteresowanie mediów naszą wyprawą, bo dzięki temu łatwiej było przyciągnąć sponsorów. A gdy coś się stało, to obróciło się to przeciwko nam. Tak działają media. W momencie tragedii zainteresowanie zawsze jest wielokrotnie większe niż wówczas, gdy mamy do czynienia tylko z sukcesem sportowym. Na szczęście, ten cały szum medialny po Broad Peak to dla mnie zamknięty rozdział.

Twoja ostatnia duża wyprawa to Nanga Parbat w styczniu ubiegłego roku. Wtedy odpadłeś od ściany i przeleciałeś głową w dół około 70 metrów. Doznałeś kontuzji ręki, która miała pośredni wpływ na to, że szczytu nie osiągnąłeś. Ta sytuacja nie wywołała w Tobie strachu przed dalszym wspinaniem?
Rzeczywiście ten lot był najdłuższy w mojej karierze wspinacza, nawet dla mnie było to imponujące, że przeleciałem aż tyle. Jednak ja takich sytuacji w górach miało bardzo dużo. Odpadanie od ściany to też element wspinaczki.

Odpadnie od ścian, loty, mróz, choroba wysokościowa. Himalaizm nie jest chyba zbyt bezpieczny?
Zdaję sobie z tego sprawę. Ale kiedy jadę na wyprawę i się wspinam, to nie myślę, jak bardzo jest to niebezpieczne. Skupiam się na tym, żeby robić to pewnie, dobrze i bezpiecznie. Tak jak ty czy każdy z nas za kierownicą samochodu. Choć jest to niebezpiecznie, to i tak to robimy.

Ale napisałeś w swojej książce, że himalaizm nie ma większego sensu. To nie dość, że jest niebezpieczny to jeszcze bezsensowny.
Napisałem dwie rzeczy. Po pierwsze, że życie samo w sobie jest bez sensu i sami musimy nadać mu znaczenie. A po drugie, jeśli ktoś twierdzi, że himalaizm nie ma sensu, to ja nie zamierzam przekonywać go, że jest inaczej. Nie znaczy to jednak, że ja się z tym zgadzam.

Ale chyba jest w nim coś, co pociąga ludzi. Teraz wystarczy mieć zasobny portfel, by pod opieką doświadczonych wspinaczy komfortowo zdobyć ośmiotysięcznik. Nad himalaizmem wisi widmo komercjalizacji.
Nie wpadałbym w aż tak dramatyczne tony. W Himalajach nadal można znaleźć przygodę. Sytuacja na Mount Everest w lecie, te kolejki do wejścia na szczyt - przyznaję, to jest dziwne. Ale są też możliwości by być tam samemu. Wystarczy wybrać się na Mount Everest w zimie. Można jechać na też ścianę Khangshung, gdzie były tylko 3 czy 4 próby wejścia na szczyt. Jednych kręci lekka wspinaczka alpejska, a innych dotarcie na szczyt z tlenem i z asystentami, którzy rozbiją za niego namiot i zaniosą na górę plecak. Wierzę, że w górach jest miejsce dla wszystkich i każdy ma prawo przeżywać je na swój sposób.

Brzmi to dość… romantycznie. Jednak wierzyć mi się nie chce, że między wami, himalaistami, nie ma rywalizacji. Faktycznie nie ścigacie się o to, kto pierwszy zdobędzie szczyt?
Dla mnie sam pomysł ścigania się na ośmiotysięcznikach jest kompletnie absurdalny. Pamiętam, gdy jechaliśmy na Nanga Parbat, wszyscy nam wieszczyli, że to będzie wyścig czy rywalizacja z innymi wyprawami. Powiem szczerze, że nie mam pojęcia, jak by miało wyglądać takie ściganie.

Po prostu. Kto pierwszy, ten lepszy?
Ale czy z tego powodu, że nadchodzi dobra prognoza pogody, to wyjdę dzień wcześniej i będę atakował szczyt w złej aurze, by kogoś ubiec? Czy będę się wspinał szybciej niż jestem w stanie? Nic z tego. Prawda jest taka, że w tak trudnych warunkach nie sposób się ścigać. Każda wyprawa ma swój plan, musi się go trzymać i realizować punkt po punkcie.

I nie ma w Himalajach rywalizacji?
Jasne, że jest, ale to walka z własnymi słabościami, pokonywanie swoich granic, a nie rywalizacja z innymi wspinaczami. Dowodem na to jest to, że nie ma znaczenia, kto pierwszy w zespole dotknie szczytu. Zawsze jest to sukces całej wyprawy. Nikt nie mówi, że pierwszy na Mount Evereście był szerpa, Norgay Tenzing, a nie sir Edmund Hillary. Po prostu weszli razem, nikogo nie interesuje, kto pierwszy dotarł na wierzchołek góry.

Inaczej niż w innych dziedzinach. Na przykład mało osób pamięta, kto był drugą osobą na Księżycu, wszyscy skupiają się raczej na tym, kto pierwszy dotknął jego powierzchni.
Jest zupełnie inaczej. Jeśli wyprawa jest udana, to zawsze podaje się wszystkich zdobywców góry. Jest jeszcze coś. W himalaizmie liczy się sama data wejścia na szczyt. Taką sytuację mieliśmy w 2012 roku na Gaszerbrum I. Obok naszej wyprawy, działała także ekipa międzynarodowa. Umówiliśmy się po prostu, że wejdziemy na szczyt tego samego dnia. Obrazowo: jeśli ktoś zdobędzie górę 10 marca o godzinie 8:00, to jego wyczyn będzie równoznaczny z wejściem na szczyt 10 marca o 23.59. Wówczas każdy wspinacz, który dotrze na szczyt, nosi tytuł pierwszego zdobywcy danej góry. Różnica godzin nie ma znaczenia, liczy się data. Według mnie to jest uczciwe.

To jaki jest Twój najbliższy cel? Pierwsze zimowe wejście na K2?
K2 zimą to na pewno jedno z moich marzeń. Staram się jednak myśleć tylko o jednym celu naprzód. Teraz chciałbym poprowadzić nową drogę na ośmiotysięczniku. W małym zespole, w stylu lekkim, czysto alpejskim. Chciałbym zrobić to w kwietniu. Ta wyprawa nie jest jeszcze dopięta na ostatni guzik, dlatego nie mogę zdradzić w tej chwili więcej szczegółów.

Na początku swojej kariery wspinacza miałeś ogromne problemy ze zbieraniem funduszy na wyprawy. Na przykład dorabiałeś na zmywaku w Anglii. Czy po medialnym zamieszaniu z Broad Peak łatwiej jest teraz zbierać pieniądze na takie eskapady?
Każda wyprawa to wydatek rzędu kilkudziesięciu a nawet kilkuset tysięcy złotych. Bez wsparcia sponsorów himalaizm wyczynowy nie istnieje i z tym trzeba się pogodzić. Marzy mi się taki model funkcjonowania wypraw, który działa z powodzeniem na Zachodzie. Jesteśmy przecież sportowcami, choć nasza dyscyplina jest inna niż wszystkie, to powinna być podobnie finansowana. Mój pomysł to połączenie kibiców, sponsorów, mediów i wspinacza, czyli mnie. Polega to na tym, że media mają kontent i informacje z wyprawy, czyli coś co ludzi ciekawi. Sponsor się cieszy z tego, że ma reklamę w mediach. Kibice są zadowoleni, bo mogą być cały czas w miarę na bieżąco z wyprawą. A ja jestem spełniony, mogę jechać na wyprawę i się wspinać. To jest idealna sytuacja i staram się żeby tak to funkcjonowało.

Jest szansa na relację na żywo z wejścia na szczyt?
Chyba na to za wcześnie. Sprzęt nie poradziłby sobie z przesyłaniem do kraju transmisji live w tak niekorzystnych warunkach pogodowych. Ale to pewnie tylko kwestia czasu, gdy i ta granica w himalaizmie zostanie przekroczona.

W lutym premierę miała książka Adama Bieleckiego i Dominika Szczepańskiego "Spod zamarzniętych powiek".  To pierwsza opowieść Bieleckiego o jego drodze z rodzinnych Tychów na szczyty najwyższych gór świata. To także hołd dla bohaterów i twórców polskiego himalaizmu zimowego, w których szeregu Bielecki ustawił się, zdobywając jako pierwszy człowiek zimą Gaszerbruma I i Broad Peak. W dramatycznych historiach tych wejść Bielecki przede wszystkim opowiada o nieludzkich warunkach zimowej wspinaczki w Himalajach i Karakorum, sztuki uprawianej przez nielicznych na świecie, która stała się naszą narodową specjalnością.