Wakacje, jakie znamy – których zażywają niemal wszyscy – mamy stosunkowo od niedawna, bo od drugiej połowy XX wieku. Przez cały XIX wiek toczyła się walka związków zawodowych o wakacje dla robotników i innych pracowników najemnych; pozostałe warstwy społeczne dysponowały swoim czasem dowolnie. Poza chłopami, którzy tak jak niegdyś nie mieli wakacji, tak i teraz praktycznie ich nie mają. Większość z niedostatku pieniędzy, ale także z braku takiego zwyczaju i z tej racji, że na lato przypada najwięcej zajęć.

Wakacje, czy raczej prawo do wakacji, to jedno z największych osiągnięć zachodniego świata w zakresie wyrównywania sytuacji życiowej rozmaitych grup społecznych. Osiągnięcie to spowodowało, że korzystają dziś z niego nie jak niegdyś tysiące, lecz dziesiątki milionów ludzi. Wystarczy obejrzeć stare kurorty w naszej części Europy, jak Pieszczany na Słowacji, dokąd przyjeżdżał Franciszek Józef czy Karlowe Wary, by dostrzec, że były one przygotowane na goszczenie wyłącznie bardzo eleganckiej i nielicznej klienteli; dziś obok pięknych starych sanatoriów i łaźni stoją kolosalne hotele z pokojami wielkości dwunastu metrów kwadratowych, barkiem, telewizją satelitarną i prysznicem. Wakacje uległy niesłychanej demokratyzacji. I to dobrze.

Jechać na wakacje?
Warto jednak zastanowić się, czy jadąc na wakacje, wiemy, co robimy? Czego oczekujemy? Bo przecież wakacje to nie to samo co urlop. Urlop to tylko czas wolny od pracy, który można poświęcić na wakacje, ale także na remont mieszkania czy na siedzenie w fotelu i czytanie książek. Czynne spędzanie wakacji stało się powszechne dopiero w 60. latach XX wieku i teraz właściwie nie wypada nie wyjechać w tym czasie, bo co odpowiemy po urlopie na pytanie: „gdzie państwo byli na wakacjach?”. Jednak nie jedziemy tam tylko po to, żeby potem móc opowiedzieć znajomym lub zmusić ich do oglądania na komputerze zdjęć, jakie maniakalnie i bez większej potrzeby robiliśmy żonie, dzieciom, szwagrowi i czasem pomnikom architektury. Jedziemy po to, żeby odpocząć. Bo prawo do wakacji to również powszechne prawo do odpoczynku.
Ale odpocząć od czego? Od pracy – pada najprostsza odpowiedź. Ten rytm czy cykl: praca – odpoczynek, stał się ważnym elementem życia w większości krajów. Określają go nie tylko wakacje (chociaż przede wszystkim), ale także weekendy, zwłaszcza te z różnych powodów przedłużone. Odpoczynek kojarzy się z długim spaniem, spacerami, zmianą otoczenia, porzuceniem niewielkiego na ogół mieszkania, chociaż na kilka czy kilkanaście dni. Ale czy odpoczynek musi wiązać się z wakacjami? Kiedy latem oglądamy niewiarygodne korki na autostradach wiodących na południe Europy, kiedy wyobrażamy sobie, jak przyjemnie jest jechać do Egiptu z wycieczką rodaków, którzy rozmawiają o tym samym, o czym zwykli rozmawiać w Polsce, czyli o głupocie polityki oraz o sposobach na zarobienie pieniędzy, a wieczorem dzień w dzień piją i ryczą „hej, hej sokoły”, to przestajemy być pewni, czy każda forma spędzania wakacji stanowi odpoczynek. Ponadto bardzo wielu ludzi już drugiego wolnego dnia zaczyna myśleć o pracy, a nawet z pewną chęcią rozważa rychły do niej powrót, bo bez pracy nie bardzo wiedzą, co z sobą począć.
Bo też, co można z sobą zrobić w czasie wakacji? Pojechać nad ciepłe morza i w tłumie leżeć na plaży, może czasem popływać, a po południu pierwsze winko i tak dalej. Można je spędzić bardziej kulturalnie i z książkowym przewodnikiem, samodzielnie zwiedzać zabytki. Jednak dla dzieci zabytki nie stanowią atrakcji, więc marudzą, a poza tym ze względu na finanse (i tak to spory wydatek) mamy ograniczony czas, więc pędzimy od kościoła do kościoła, od pałacu do pałacu, czasem do muzeum (bilety dla całej rodziny!), a potem wszystko nam się myli i wracamy do domu, pamiętając tylko, że byliśmy we Florencji, Sienie, Pizie, Lukce i jeszcze gdzieś, aha, w San Gimignano, ale poza krzywą wieżą – bo ją trudno pomylić – już nic nam się z niczym nie kojarzy. A poza tym ta strasznie długa podróż, te marne hoteliki czy campingi, ten upał, to kiepskie jedzenie.

Czy nie jechać?
Czy mielibyśmy wobec tego nie jechać na wakacje? Boże broń! Przecież to nasze święte prawo i w coraz większym stopniu obowiązek. Niestety, nie możemy, z wyjątkiem nielicznych, pojechać wtedy, kiedy chcemy, bo urlop trzeba zaplanować często już w styczniu. W ogóle to jednym z przekleństw wakacji jest planowanie i pakowanie się, tak żeby być przygotowanym na wszystkie ewentualności. Tu dobrze mają młodzi ludzie, którzy biorą plecak i ruszają w ciemno do jakiegoś kraju, ufają, że zawsze znajdą miejsce w hostelu, zawsze poznają nowych znajomych i że w ogóle dadzą sobie radę. Ale w pewnym momencie, tak gdzieś w okolicach trzydziestki, a często wcześniej stajemy się odpowiedzialni nie tylko za siebie i z wyjątkiem ludzi bardzo, ale naprawdę bardzo bogatych, musimy planować, żeby nie trafić z braku miejsc wieczorem do hotelu za 300 euro. Można jednak i warto z tego całego poplątania się wykręcić i od obowiązku uciec.
Jest na to kilka sposobów. Przede wszystkim warto się zastanowić, i to porządnie, nad tym, kiedy naprawdę odpoczywamy, co daje nam to uczucie wolności od świata codziennych obowiązków i codziennej rutyny, czym zatem są dla nas wakacje. Nie słuchajmy nikogo, nie dajmy się zwieść reklamom i ofertom w rodzaju „super last minute”, nie słuchajmy znajomych i ich wspomnień z minionego roku, bo albo są ofiarami nostalgicznej iluzji, albo po prostu kłamią, bo wstydzą się przyznać, że było okropnie. Decyzja należy do nas i tylko do nas. I my sami musimy wniknąć w głąb siebie, do czego na ogół nie jesteśmy przyzwyczajeni, i zdać sobie sprawę z tego, co nam naprawdę sprawia przyjemność. Może to przynieść zupełnie nieoczekiwane rezultaty. Okaże się na przykład, że jednak wakacje najchętniej spędzilibyśmy gdzieś z dala od świata, w otoczeniu przyrody, ale bez grilla, wódki i „sokołów”.
Bo przecież warto sobie uświadomić, że wakacje to odpoczynek nie tylko dla naszego ciała, ale także dla naszej głowy, umysłu, rozumu i wyobraźni. To jest wręcz najważniejsze. O nasze ciało, wprawdzie na ogół mdłe, mamy wiele okazji – teraz to nawet modne – żeby dbać, natomiast nasza głowa wobec nieustannego kołowrotu wokół nas jest na ogół w znacznie gorszej sytuacji. Dlatego też to jej powinniśmy dedykować wakacje. A to wymaga spełnienia kilku warunków. Po pierwsze, musimy całkowicie zrezygnować z zainteresowania tym, co się dzieje w polskiej polityce. Zresztą nie tylko w polityce, ale w ogóle w Polsce, a jeszcze lepiej także na świecie. Chora ciekawość, z jaką śledzimy, czy i w jakim stopniu Lepper wykiwa Kaczyńskich lub odwrotnie (co mniej prawdopodobne), musi ustać na rzecz zdrowej obojętności. Dlatego na wakacjach – dokądkolwiek pojedziemy – należy unikać rodaków, gdyż może się zdarzyć, że przypadkowo spotkanym Polakom przyjdzie do głowy wyrazić swój pogląd na polską politykę, tak jak ma to miejsce w okresie niewakacyjnym, kiedy nawet z moimi sąsiadami na wsi muszę obowiązkowo wymienić parę zdań na temat nikłego poziomu intelektualnego ministra edukacji czy też ministra rolnictwa lub premiera.

Z rodziną czy bez
Po drugie, wakacje spędzamy – nie ma na to rady – z rodziną, chociaż czasami zdrowo jest oddelegować gdzieś dzieci, żeby pobyć tylko we dwoje. Ale powinniśmy sobie zadać pytanie, czy spędzanie wakacji, dłuższych wakacji, z dalszą rodziną lub ze znajomymi to dobry pomysł. Musimy zdać sobie sprawę, że prowadzi to do nieuniknionego życia towarzyskiego, jego znanych konsekwencji, a także do nieustannej wymiany zdań, nawet na temat tego, jak ładnie jest w lesie albo że David Michała Anioła to piękne dzieło. Nic w tym złego, ale nasza głowa przestaje odpoczywać, staramy się być atrakcyjni, rozmowni, dowcipni i już po wszystkim.
Po trzecie, warto rozważyć przewagi wyjazdu gdzieś w Polskę, do w miarę samotnego i ładnego miejsca z lasem czy jeziorem (samotnego jeziora to już pewnie nie ma), nad wyjazd za granicę, na przykład do Chorwacji, gdzie będziemy mieli wynajęty apartament, gdzie trzeba będzie sobie gotować i gdzie będą miliony ludzi wokół, w szczególności rodaków. Kiedy niedawno zorientowałem się (w czasie majowego długiego weekendu), że w węgierskim sanatorium oprócz nieznanej mi mowy przybyszów z dalekich stepów słyszę nieustannie język polski, postanowiłem mówić po angielsku, ale to tego polskiego nie zagłuszało. Istnieje wyjście pośrednie, a mianowicie w trakcie wakacji pojeździć po miejscach mało popularnych, na przykład po wspaniałych miasteczkach słowackich, gdzie szansa na spotkanie rodaków jest niewielka i gdzie można łączyć kulturę z naturą, czyli oglądanie zabytków architektury ze spacerami po jeszcze dzikich lasach.
Wreszcie, po czwarte, jeżeli zdaliśmy sobie dobrze sprawę z tego, w jakich okolicznościach nasza głowa i nasza wyobraźnia naprawdę odpoczywają, to trzeba być w sposób żelazny konsekwentnym. Wakacje to przecież nie tylko odpoczynek, ale także zdobycie zapasów na cały następny rok czy co najmniej na kilka miesięcy. Zapasów dla naszej pamięci, wspomnień, które dadzą nam okazję do zastanowienia się, i obrazów, które powracając, powinny czasami pomóc nam przetrwać jednostajność naszego biurka i widoku na sąsiedni budynek biurowy.
Jeżeli uda nam się spełnić te warunki, to wielkie wakacje będą udane. Wszystkie te rady sprowadzają się do jednego. Trzeba pamiętać, że wakacje mamy dla siebie, a nie dla nikogo innego, że prawo do nich i do odpoczynku jest prawem o charakterze liberalnym, to znaczy nikt nam nie może i nie wolno mu powiedzieć, jak je mamy spędzać. Że wakacje to okazja do wykorzystania, skądinąd nie zawsze zdrowego w skali publicznej i politycznej indywidualizmu, jaki cechuje naszą epokę i z jakiego na ogół marny lub niewielki czynimy użytek. Hulaj dusza, w czasie wakacji wszystko wolno, nawet być sobą, a nie jednym z milionów. Oby się nam udało to niesłychanie trudne zadanie.