Niezależnie od tego, kto raczy mi opowiadać o Rosji (a właściwie przestrzegać mnie przed Rosją), słyszę ciągle to samo (wyłączając, rzecz jasna, drobne ubarwienia). Pojechałem zatem do Rosji i przywiozłem z niej garść ciekawostek, o których jakoś się nie mówi, a które pozwalają w pewnym stopniu Rosję zrozumieć. A w zasadzie zrozumieć, jak bardzo jest dziwna.

Perturbacje na granicy

Jak to z „Matuszką” bywa, ciekawie zrobiło się już na granicy. Zasadnicza różnica pomiędzy przejściem granicznym w Rosji, a przejściem na przykładowej Litwie jest taka, że opuszczając napchanym walizami, torbami i pudłami samochodem rodzinne strony Mickiewicza, na pytanie: „Co wieziecie?” odpowiedź „Nic” jest wystarczająca, by przejechać.

W Rosji nie ma tak łatwo. Żeby przechadzać się po tej mlekiem i miodem płynącej krainie, należy uzbroić się w cierpliwość, a słynną polską zadziorność zostawić sobie na inną okazję. Przede wszystkim trzeba czekać. Nerwy ludziom puszczają, bo nie wiadomo, do czego się przyczepią, może coś pozabierają, a nawet zaaresztują.

Naturalnie (bo jakżeby inaczej) trafiłem na przerwę obiadową i choć stałem jakieś sto metrów od granicy, słyszałem doskonale te flegmatyczne mlaskanie i długie ziewanie szanownych państwa celników. Gdy już się wreszcie podjedzie - pierwsze zaskoczenie. To nie oni do mnie podchodzą, jak to się robi w Europie, ale to ja muszę wyjść z samochodu, zostawić otwarte drzwi i bagażnik, a następni truchtem podbiec do oddalonej o pięćdziesiąt metrów budki, aby tam zaprezentować mój paszport.

Pokażcie bagaż, towarzyszu

Kiedy już to zrobię i kiedy zostanę sprawdzony w jakiejś bazie albo - kto wie - do jakiejś bazy zostanę wprowadzony, szlaban się podnosi. Oczywiście, to tylko początek generalnej rewizji. Kolejnych postojów było tak dużo, że nie dbam już o chronologię, bo i tak bym o czymś zapomniał.

W telegraficznym skrócie: byłem zmuszony wypełniać jakieś karteczki napisane cyrylicą i dopiero po złożeniu uprzejmej prośby o wersję angielską podano mi takową z szuflady, dla porządku wspomnę także o konieczności wyciąganie całego bagażu z samochodu, aby pan celnik mógł sprawdzić, czy przypadkiem nie transportuję kokainy w bagażniku albo kilku kałasznikowów pod maską. Zmęczony wyciąganiem i wkładaniem ciężkich walizek podjechałem do następnej budki, gdzie młoda - ale w lot chwytająca socjalistyczny celniczy sposób bycia - kobieta poczęła zadawać mi zalatujące dawnymi czasami pytania:
- A dokąd jedziesz?
- Do Petersburga.
- Ale po co ?
- Zwiedzać, na trzy dni, tylko na trzy dni?;
- A którędy wracasz?
- Przez Tallin
- A co to jest Tallin?
itp...

Gdy wreszcie zostałem zwolniony z przesłuchania, odetchnąłem z ulgą i wjechałem do Rosji.

Samochodu raczej nie stracisz…

Przed wjazdem do Rosji trzeba wiedzieć o paru elementarnych sprawach, o których nie przeczytamy w przewodniku. Szczególnie, jeśli się jedzie samochodem osobowym. Tak w ogóle, to według wszystkich moich znajomych podróż samochodem po Rosji jest misją samobójczą, bo „zatrzymają na drodze, samochód, pieniądze zabiorą i jeszcze gębę obiją. A nawet jeśli ominie mnie taka przygoda, to z pewnością rozwalę auto na dziurach drogowych (która to wersja jest, w rzeczy samej, o wiele bliższa prawdzie).

Wracając do meritum, nie wiedziałem o żadnych elementarnych sprawach. Mało tego, nie wiedziałem, że takowe istnieją. Na moje szczęście uświadomił mnie napotkany na granicy kierowca polskiego TIR-a.

- Jak tam mecz, wygraliśmy? - zagadnąłem. - E tam, panie, pojęcia nie mam, odcięty od świata jestem - w ten sposób rozpoczęła się nasza rozmowa, z której dowiedziałem się na przykład, że osobowych to raczej nie kradną (tym bardziej, że ja nie jeżdżę Jaguarem), bardziej już interesują ich TIR-y, ale to „na parkingu podejdą, zakradną się, plandekę rozetną, żeby zobaczyć, co jest w środku”.

…za to przygotuj pieniądze na łapówki dla milicji

Pieniędzy absolutnie nie wymieniać na granicy, ale dwieście metrów dalej; „jest zakręt w prawo prowadzący do małego sklepiku, a za sklepikiem taka niebieska budka, tam zawsze się korzystnie wymienia”. A ruble mieć trzeba, bo na trzystukilometrowej drodze do Petersburga co chwilę stoją milicjanci schowani w krzakach i zatrzymują każdego, kto przekroczy prędkość 70km/h (a nie przekraczają jej tylko kierowcy traktorów.
- Ale co, mandaty wypisują? - pytam faceta.
- E tam, panie, jakie mandaty, my zawsze dajemy po pięćdziesiąt rubelków [w przeliczeniu na złotówki wychodzi trochę ponad pięć złotych] i puszczają - uśmiecha się do mnie kierowca.
- Ale mówić coś trzeba? - dopytuję.
- Panie, jakie tam mówić, wkładasz pan w paszport pięćdziesiąt rubli i już - instruuje - Raz na drodze do Petersburga to i siedem razy płaciłem - rzucił mi na pożegnanie ten przemiły człowiek.

Praca milicji w Rosji w ogóle jest bardzo specyficzna. Może się wręcz komuś zdawać, że tych panów w śmiesznych czapkach można spotkać jedynie na drogach. Takie spostrzeżenie łatwo jednak uzasadnić, bo o ile na szosie jakiś kierowca z naprzeciwka co chwilę ostrzegał mnie światłami przed kontrolą, o tyle w samym centrum Petersburga, na Newskim Prospekcie (odpowiednik warszawskiego Krakowskiego Przedmieścia) nikt nie spieszył rozdzielić dwóch chuliganów tłukących się przed restauracją.

Wreszcie w Petersburgu

Załóżmy, że już dotarłem do Petersburga (choć w rzeczywistości o wiele dłużej się wlokłem). W przewodniku wyczytałem, że w mieście tym panuje niepowtarzalna atmosfera, jakaś zjawiskowa mgła nad wodą, latem występują białe noce, a ludzie są bardzo sympatyczni.

Aby odczuć to na własnej skórze, pierwszego dnia pobytu ruszyłem na miasto. W białą noc, żeby nie było. Najpierw zareagowały moje nozdrza, a ściślej, z wielu zaułków na ulicach śmierdziało fekaliami. Zaczynałem więc powoli pojmować, na czym polega „specyficzny zapach” ulic Petersburga, opisywany m.in. przez Dostojewskiego.

Zaparłem się jednak i poszedłem w stronę centrum. A w centrum, pod wielkim i bardzo ładnym zresztą Soborem Kazańskim, stała sobie grupka petersburskiej młodzieży, studenci prawdopodobnie. Chlali wódkę, zarówno chłopcy, jak i dziewczęta. Aby uatrakcyjnić sobie spożywanie tradycyjnego trunku, zaczepiali przechodzących turystów.

Do Niemców zwracają się następująco: „Wi hajzd du ? Waz izd das? Bija bauch?” (Jak masz na imię? Co to jest? Brzuch od piwa?). Po czym zaczynają się śmiać. W Petersburgu nie ma zakazu spożywania alkoholu w miejscach publicznych, toteż wszyscy piją. A tajemnicza mgiełka nad wodą? To tylko owoc radosnej fantazji zamroczonych magicznym eliksirem poetów. Ja nie czułem w Petersburgu żadnej specyficznej atmosfery, może gdybym upił się wraz z tamtejszą młodzieżą, zacząłbym dostrzegać to, o czym czytam w przewodniku.

Albo taki hotel. Niby zadbany, niby miła obsługa, ale cóż mi po hotelowym szlafroku w łazience i białych papciach, skoro na śniadanie dostaję ziemniaki i kapustę?

A co ze słynną petersburską zabudową ? Ważniejsze zabytki Petersburga nie mają więcej niż trzysta lat (zresztą podobnie jak całe miasto), ponadto są odrestaurowane. Efekt? Większość z nich, za wyjątkiem cerkwi i soborów, wygląda jak sen pijanego cukiernika, obraz totalnego bezguścia Carycy Katarzyny i spółki, natomiast ja nie czułem się jak w pełnym zabytków mieście, ale jak w Dineylandzie.

Kanały są zerżnięte z Holandii, pomniki są kopią pomników rzymskich, miasto w ogóle nie jest oryginalne, stanowi jedynie kopię miast europejskich. Ambicja i pewność siebie nie mogły wystarczyć Piotrowi, aby zbudować najwspanialsze miasto na błocie, pośrodku niczego. Dostrzegalna jest za to mania wielkości, przejawiająca się nawet w przydrożnych chwastach, które momentami sięgają trzech metrów wysokości, jak nigdzie na świecie.

Zrozumieć Rosję?

Im dłużej byłem w Rosji, tym bardziej jej nie rozumiałem. Weźmy pod lupę słynny Ermitaż. Interesowały mnie obrazy Degasa, sala z jego dziełami była jednak zamknięta. Udałem się zatem do jakiejś przełożonej, która poinformowała mnie, żebym poszedł do innej kobiety, która może otworzy, a może nie otworzy. Zdziwiony zrobiłem, jak mi przykazała. - Degas interesuje? Proszę, chodź za mną - uśmiechnęła się do mnie wskazana pracowniczka muzeum, otwierając kluczem salę. Podczas gdy pospiesznie kontemplowałem dzieła francuskiego malarza, miła pani pilnowała wejścia, aby przypadkiem nikt się nie wślizgnął. Ja skończyłem oglądać, ona zamknęła z powrotem na klucz. Jaki to miało sens, tego chyba nigdy się nie dowiem.

Z Rosji zapamiętam sobie: oczekiwanie na granicy, biedę, dziurawe drogi, smród i pijaństwo. Zapytam więc, z czego ci Rosjanie są tacy dumni? Ale z drugiej strony: - Nie chcesz, nie przyjeżdżaj - odpowie każdy z nich.