Wszystko zaczęło się w 1971 r. Trzy lata po wielkiej rewolucji, która przetoczyła się przez całą Europę. Rewolucji palenia trawki, nieskrępowanego seksu, kwiecistych strojów, długich włosów i niepokornej muzyki. Hipisowska wolność szalała także po Kopenhadze, aż któregoś dnia trafiła na mur. Mur odgradzał zaniedbaną stołeczną ulicę Prinsessegade od 40 hektarów opuszczonych przez wojsko terenów, które dla XVIII-wiecznych królów Danii były fundamentem systemu obronnego kraju, a po II wojnie służyły jako kazamaty dla hitlerowskich kolaborantów. Pewnego wrześniowego dnia grupka hipisów postanowiła sforsować barierę. W Christianii po trzech wiekach militaryzmu nastała era pacyfizmu. "Chcemy stworzyć samorządne i samowystarczalne ekonomicznie społeczeństwo" - pisał znany duński prowokator i dziennikarz o radykalnych ciągotach Jacob Ludvigsen. Tak powstał squat wielkości Watykanu.

Półprawda o tolerancji

Wolne Miasto Christiania - bo tak brzmi jego oficjalna nazwa - staje się artystycznym centrum duńskiej bohemy. Wielokrotnie gra tu Patti Smith, przyjeżdżają Red Hot Chili Peppers, z polskich artystów pojawia się Milo Kurtis z Osjanem. "Gdy pracowałem w Christianii jako mechanik w centrum wynajmu sprzętu budowlanego, grał tu Robbie Williams" - opowiada DZIENNIKOWI Wojciech Wojtkuński. "W Kopenhadze nie było żadnych plakatów, wieść rozeszła się pocztą pantoflową" - dodaje.

Już w latach 70. powstał tu Boessehuset, Dom Gejów. W czasach, w których homoseksualizm był powszechnie uznawany za chorobę, duńscy geje otworzyli własne centrum kultury. Rozkręcili teatr, kabaret, organizowali huczne imprezy. Swoboda obyczajowa nie oznacza jednak, że w Christianii nie obowiązują zakazy, trzy mają charakter bezwzględny: wjazdu samochodem, robienia zdjęć i biwakowania. "Za złamanie któregoś z nich można dostać kamieniem" - opowiada DZIENNIKOWI Marcin Szcześniak, były student Uniwersytetu Kopenhaskiego. Reszta jest dozwolona, to przecież samozwańcza ojczyzna tolerancji. Czy rzeczywiście?

Marzec 2004 roku. Jeppe Gaardboe i Jens Vilstrup, twórcy satyrycznego programu "Den halve sandhed" (Półprawda), chcą sprawdzić, gdzie w królestwie tolerancji leżą jej granice. Okazało się, że niedaleko. Mężczyźni zostali pobici już wówczas, gdy usiłowali postawić drewnianą chatę. Kolejne nieprzyjemności spotkały ich, kiedy próbowali rozpocząć handel "niepoprawnymi politycznie" przedmiotami. Haszysz przy Pusher Str. nikomu nie przeszkadzał. "Imperialistyczna" coca-cola i pomarańcze z "syjonistycznego" Izraela już tak. "W czym handel colą jest gorszy od sprzedaży haszyszu nieletnim?" - pytali dziennikarze.

Narkotyki w Christianii to oddzielna historia. Na początku pojawiły się haszysz i marihuana. "Nie chodziło o łatwe pieniądze, trawka była wtedy symbolem wolności - mówi Wojtkuński. Wkrótce dotarła heroina. Z nią właśnie wiąże się historia, którą mieszkańcy Wolnego Miasta szczycą się do dziś" - sami pozbyli się twardych narkotyków. "Po prostu pewnego dnia zamurowali wejście do dzielnicy, a heroinistom dano wybór: albo się stąd wynosisz, albo trafiasz do jednego z budynków i jesteś leczony" - opowiada Wojtkuński. A ponieważ Christiania nie ma własnych służb porządkowych, mieszkańcy zaprosili do współpracy... motocyklowy gang Hells Angels. Kogo przyłapano na heroinowej dilerce, tego brali w obroty Aniołowie Piekła. Do dziś, mimo wszechobecnej trawki, Christiania pozostaje praktycznie wolna od mocniejszych narkotyków.

Szantaż Alego Szczura

Miękkie używki próbował w Christianii zwalczyć konserwatywny rząd Andersa Fogha Rasmussena. Władze zaczęły od próby zmuszenia squattersów, aby nie sprzedawali trawki wprost z ulicznych straganów i w ten sposób uczynili handel mniej widocznym. Dilerzy zrozumieli apel dosłownie i... nałożyli na stragany siatki maskujące. "Jak nas wkurzą, wstrzymamy handel haszyszem i po tygodniu Kopenhaga padnie na kolana" - mówił lokalnej prasie "Ali Szczur", jeden z dilerów. Po trwających dwa lata przepychankach rząd wytoczył potężniejsze działa. "Pojawiły się helikoptery, policja z psami i pałkami, zaczęło się przeszukiwanie knajp i ludzi" - opisuje typową obławę Wojtkuński. "Sam widziałem, jak policja rozbiera mieszkańców do naga, ale i tak nic nie znajduje. Czujki gwizdami i krzykami ostrzegają resztę mieszkańców, zanim funkcjonariusze przekroczą bramę.

W knajpie Maanefiskeren, w której marihuanę pali się zamiast papierosów, niebiescy interweniują kilka razy dziennie. Właściciel zaczął nawet reklamować swój bar jako "najbezpieczniejsze miejsce w kraju" i odnotowywać na tabliczce przy drzwiach ilość interwencji. Liczba idzie w tysiące.

Poza nalotami i koncertami jest jeszcze życie codzienne. Część mieszkańców pracuje poza murami dzielnicy, inni prowadzą bary czy sklepiki z pamiątkami, nie płacą podatków na rzecz Danii, zrzucają się za to na potrzeby Wolnego Miasta ("czynsz" jest kilkukrotnie mniejszy niż opłaty za mieszkania po drugiej stronie muru). Działają przedszkola, galerie, warsztaty rękodzielnicze. Gdy ktoś się wyprowadzi, wspólnota sama decyduje, kto odziedziczy wolny lokal. "Choćbyś zainwestował w dom 200 tysięcy koron, opuszczając go, nie możesz niczego zabrać. Tu nie ma własności, jak w tym dziwnym, kapitalistycznym świecie za murem" - mówi bohater szwedzkiego filmu dokumentalnego "Droemmen om Christiania" ("Sen o Christianii") Ole Sol. Z ideowych pobudek mieszkańcy ogłosili też wystąpienie z Unii Europejskiej. "O ile nasi eurosceptycy atakują UE jako siedlisko socjalizmu, które reguluje krzywiznę banana, o tyle dla mieszkańców Christianii Unia jest neoliberalną hydrą" - śmieje się Szcześniak.

Dzisiaj jednak Christiania to tylko cień dawnej świetności. Liczba mieszkańców komuny spadła o połowę, przestał istnieć słynny Dom Gejów. Większość ludzi nie mieszka tam z przyczyn ideowych, ale dlatego że jest taniej. "Dla Duńczyków to po prostu fajne miejsce, żeby posiedzieć sobie na bruku, posłuchać ulicznych grajków" - mówi Szcześniak. "Jedyne, co naprawdę ich wkurza to, że christiańczycy nie płacą podatków" - dodaje Wojtkuński.

Miasto umiera, ale się nie poddaje

Dlatego wielu z entuzjazmem przywitała decyzję sądu z 26 maja 2009 roku. Po pięciu latach batalii zadecydował że właścicielem gruntów w Christianii jest państwo. Zdaniem rzecznika Wolnego Miasta Thomasa Ertmana władzom zależy tylko na tym, aby na terenie dawnych wojskowych magazynów postawić budynki, z których będzie można ściągać czynsz po kopenhaskich stawkach. Mimo to mieszkańcy nie zamierzają dać się dobić. Hipisów już tu prawie nie ma, ale są ludzie, dla których Wolne Miasto to styl życia, często to już drugie pokolenie mieszkańców squatu. Jeśli ktokolwiek podejmie próbę zrównania ich świata z ziemią, staną do walki. Gdy w grudniu 2006 roku policja wysiedliła anarchistów z innego, znacznie mniejszego squatu w duńskiej stolicy, jej ulice zamieniły się w plac bitwy. Zjechali się lewicowi aktywiści z całej Europy, płonęły samochody. "Jeśli będą chcieli zrobić z nami to samo, spotkają się z podobną odpowiedzią. Tyle że wówczas będzie ona 20 razy ostrzejsza" - ostrzega w rozmowie z DZIENNIKIEM Thomas Ertman.

Jednak buńczuczne zapowiedzi Ertmana nie zmienią faktu, że miasto powoli usycha. "Kiedyś to było polityczno-artystyczne centrum alternatywnej Europy" - komentuje w rozmowie z DZIENNIKIEM duński socjolog Kaspar Villadsen. "Dziś artystów i radykalnych utopistów zastąpili ludzie z marginesu, bezdomni, imigranci. Rząd mówi o normalizacji Christianii. Ale w tym przypadku normalizacja oznacza utratę charakteru" - dodaje.