Miejsca odwiedzin w Iranie dobierałem według klucza religijnego; szyickie święto Aszura w Teheranie, wieczny ogień w świątyniach zaratustriańskich, prastare ormiańskie klasztory ukryte w górach Kaukazu.

Jeszcze w Stambule, w samolocie do Teheranu, nic nie wskazywało nadchodzącej zmiany. Wszyscy ubrani po europejsku i stewardesa roznosząca czerwone wino. Jednak zaraz po wylądowaniu wszystkie kobiety, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, założyły chusty. Datownik na zegarze pokazuje 2 Muhharama 1430 roku. O piątej nad ranem taksówka do centrum. Z radyjka rozbrzmiewa hymn państwowy, a na ulicy w półmroku biedota na kawałkach kartonu bije pokłony w stronę Mekki.

Poranna wizyta w banku. Wymiana dolarów lub euro to spore wydarzenie. Uczestniczy w tym kilku urzędników z naczelnikiem oddziału włącznie. Oglądają paszport i wizę, każą podpisywać sterty formularzy, druków i rachunków. W efekcie za 200 euro dostałem ponad 2 miliony riali, których grube pliki upycham w czterech kieszeniach kurtki.

Autobus do Isfahanu to luksus. Napoje, ciasteczka i po trzy wielkie fotele w rzędzie. Tam poznałem Marjam, Irankę pochodzącą z Isfahanu, która od razu zaproponowała mi wspólne zwiedzanie miasta. Irańczycy są narodem niezwykle gościnnym i otwartym. Ludzie na ulicy zapraszają do domu, na herbatę, proponują wspólne zwiedzanie miasta. W pociągu bądź autobusie możemy być pewni, że pod koniec wspólnej jazdy dostaniemy od współpasażera numer telefonu, adres i zaproszenie na wizytę, a czasem nawet na nocleg.

W Isfahanie oglądamy Meczet Piątkowy z ogromnym placem Chomeiniego, herbaciarnię umieszczoną w moście nad rzeką Zajandeh. Iranka zaprasza do domu. Podczas gdy Marjam i jej kuzynka z ulgą zdejmowały chusty, starsza ciotka, podejmująca nas kisielem i granatami, chowa się w drugim pokoju, wołając, że na razie nie wyjdzie, bo nie ma chustki na głowie.


Dalej na pustynię, do Jazdu. To jedno z najstarszych miast Iranu jest kolebką zoroastrianizmu. Starówka Jazdu to plątanina glinianych małych uliczek. Nie można się w nich nie zgubić. Jednak w końcu docieram do Świątyni Ognia, w której od 470 roku nieprzerwanie (!) płonie święty ogień Zaratustry.

Po południu jadę do Wież Milczenia znajdujących się na pustyni poza miastem. Tam zanoszono zwłoki zmarłych na pożarcie sępom. Zoroastrianie uważają martwe ciało za nieczyste, nie wolno go chować w ziemi ani palić. Co prawda ostatniego pochowanego w ten sposób zoroastrianina sępy zjadły w latach 60. XX w., ale wciąż w miejscu tym wieje grozą. U stóp wież znajduje się współczesny cmentarz, gdzie w grubych betonowych sarkofagach spoczywają współcześni wyznawcy religii Zaratustry.

Jednak światowym centrum zoroastrianizmu jest Chak Chak, malutka świątynia na pustyni. Można dojechać tam jedynie taksówką. Na miejscu pusto, cicho i upał. Stary taksówkarz (dla sportu zawsze wybierałem najbardziej rozklekotane taksówki z możliwie najstarszym szoferem) widocznie nie zrozumiał moich wysiłków lingwistycznych, mających na celu wyjaśnienie, że niedługo będę z powrotem. Gdy tylko odszedłem kawałek, odjechał, zostawiając mnie na pastwę losu. W upale wspinałem się dalej, licząc na cudowną pomoc Zaratustry.

W połowie góry zaczęły się słoneczne tarasy, gdzie w czasie dorocznego święta wierni modlą się do Słońca. W jaskini za pancernymi drzwiami znajduje się mała kapliczka, w której ze skały kapie woda (Chak Chak to w wolnym tłumaczeniu „kap kap”) i pali się święty ogień. Przy wejściu trzeba założyć białą czapeczkę przypominającą czapkę kucharza.


W Bandar Abbas nad Zatoką Perską mieszają się wpływy arabskie, hinduskie i afrykańskie. Płynę na bogatą w minerały wyspę Hormoz - raj dla geologów. W połowie drogi motorówką wysiada silnik. Dryfujemy z prądem. Żadnego radia, żadnych kamizelek, woda po horyzont. Pasażerowie obłożeni zakupami z lądu - fasolą, cukrem i pampersami - przyjmują awarię ze spokojem. Po dłuższych zabiegach w końcu udaje się odpalić motor i płyniemy dalej.

Podczas jazdy po wyspie na motorze widać, jak krajobraz zmienia się co kilkaset metrów. Skały zielone, purpurowe, piaski, szare księżycowe głazy, niebiesko-czerwono-białe kamienie na plaży. Nad samym brzegiem morza natrafiam na wielki perski dywan usypany z kolorowego piasku.

Zbliża się Aszura. Wieczorem mężczyźni zebrani wokół meczetu opłakują śmierć imama Husajna. Ustawieni w kręgu śpiewają żałobne pieśni i biją się w piersi.

Sziraz dał światu sztukę miniatury, poezję i wino. Od czasów rewolucji w Iranie panuje prohibicja. W anglojęzycznym przewodniku Lonely Planet dział „życie nocne w Iranie” skwitowano jednym zdaniem: „Dream on”. Jednak gdy popytać taksówkarza, przy odrobinie szczęścia zawiezie nas do ukrytej winiarni.

Z Szirazu wypad do ruin Persepolis, żelaznego punktu każdej wycieczki. Kandowan na północy kraju to rodzaj irańskiej Kapadocji. Mała wioska w górach. Mieszkania wydrążone w miękkiej skale. Ludzie żyją tam biednie, bez prądu, bieżącej wody i toalet. Hodują kozy i uprawiają pszczelarstwo. Niechętnie patrzą na turystów. Z zagród dobiega beczenie zmarzniętych owiec, pod nogami walają się kości obgryzane przez zdziczałe skołtunione psy. Twarze mijających mnie mieszkańców są dziwnie podobne. Ci ludzie wżeniali się wzajemnie przez pokolenia, dlatego wszyscy wyglądają dziś jak wielka rodzina bliźniaków.


Ruszam do Dżulfy na granicy irańsko-azerskiej. Małe przygraniczne miasteczko. Tu zaczyna się cywilizacja ruskiego człowieka. Handelek, słodycze, kolorowe plastikowe badziewie, cinkciarze.

Droga nad rzeką graniczną, wzdłuż której ciągną się zasieki i policyjne forty. Chcę zobaczyć ormiański klasztor św. Szczepana, jeden z najstarszych na świecie, którego pierwsze mury datuje się na VI wiek. Samochód dojeżdża do połowy drogi, resztę w zaspach śniegu trzeba przejść samemu. Jak przed wiekami po kolana w śniegu walę w ciężkie drewniane drzwi i wołam, i czekam. Po kwadransie w końcu ktoś otwiera. Wieczorem w jedynym hotelu w mieście (bez ogrzewania) sympatyczny młody brodacz zaprasza na herbatę do pokoju Pakistańczyków handlujących z Azerami złomem. Przypadkowo rozpętuję zażartą dyskusję o różnicach między nimi, sunnitami a szyitami, czyli resztą Iranu.

Teheran - wielkie bure miasto. Nad nim wielki ośnieżony szczyt, za którym leży Morze Kaspijskie i oaza zieleni. Bogaci mieszkają w willach wysoko na zboczu góry, tylko tam jest czyste powietrze. Reszta tłoczy się na dole w smogu i hałasie. Co krok na fasadach budynków murale z męczennikami rewolucji, tudzież portretami Chomeiniego. Największa galeria to mur wokół byłej ambasady amerykańskiej zdobytej przez studentów w 1979 r. Rząd haseł i obrazów przedstawiających USA jako szatana i wcielenie zła.

Mauzoleum Chomeiniego znajduje się na południowych rubieżach miasta, tuż przy ogromnym cmentarzu ofiar krwawej wojny iracko-irańskiej. Nieukończona budowla w stylu licheńsko-perskim rozczarowuje niskiej jakości wykończeniami.

Chyba nieczęsto widują tu polskich pielgrzymów. Moja wizyta postawiła na nogi całą ochronę. Wezwano szefa. Przeszukano mnie dokładnie i pozwolono na pięciominutową wizytę przy grobie ajatollaha, ale w towarzystwie czterech strażników.


Nocleg u Keiwana z Hospitality Club. I już drugiego dnia problem z tajną policją. Nie wolno bez pozwolenia nocować ludzi z Europy. Całodniowe przesłuchanie, wymuszenie podpisania oświadczenia, „że już nigdy więcej”, i zablokowanie paszportu. Keiwan przeprasza, że nie może mnie dłużej gościć. Przenoszę się do hotelu na gwarnym placu Waliasr.

Nadchodzi dzień Aszury. Już na kilka dni wcześniej odbywają się małe procesje oraz Tazyieh, uliczne przedstawienia ukazujące śmierć imama. Na ulice wylegają tłumy. Aszura - święto szyickich muzułmanów, upamiętniające imama Husajna zabitego w bitwie pod Karbalą. Tradycyjnie wierni bija się w piersi, biczują, płaczą, a niektórzy nawet smarują błotem na znak żałoby. Ludzie wchodzą na drzewa. Całe miasto wyje: Huseeejn!

Wieczorem trafiam z teherańczykiem Bakerem do husajni, czyli miejsca, gdzie grupa biczowników ma swoja siedzibę. Jemy wspólny posiłek, tego dnia wszyscy dzielą się jedzeniem. Ulice pełne są kramów, na których darmowe jedzenie: ryż, baranina, placki i oczywiście mała mocna słodka herbata, którą Irańczycy szczególnie chętnie częstują.

Biczownicy przysiadają się z herbatami, zagadują. Kilka herbat na ulicy, kilka w husajni... Jak na jedno popołudnie to stanowczo za dużo. Znowu samolot do Stambułu. Odrywamy się od ziemi. Panie kolektywnie zdejmują chusty, stewardesy polewają wino, wszyscy chętnie się nim częstują.


Informacje praktyczne:

Wiza:
Ambasada Islamskiej Republiki Iranu
ul. Królowej Aldony 22
03928 Warszawa
tel. 0226175627
www.iranemb.warsaw.pl

Lot:
Najtańsze połączenia z Warszawy do Teheranu oferują linie Aerofłot przez Moskwę i Turkish Airlines przez Stambuł. Cena ok. 1500 zł

Waluta
Rial. 1 dolar to ok. 3000 IRR
Faktyczna jednostka przyjętą umownie jest toman. 10 riali to 1 toman i większość cen podawanych jest w tomanach. W Iranie nie działają zachodnie karty płatnicze ani kredytowe. Irańska waluta jest niewymienialna, więc lepiej pozbyć się jej przed powrotem.

Obyczaje:
Iran jest krajem muzułmańskim. Obowiązuje całkowita prohibicja. Kobiety muszą nosić chustę oraz strój zakrywające ręce do nadgarstków i nogi do kostek. Dotyczy to również turystek z Europy.

Kiedy jechać:
Podróż najlepiej planować wiosną lub jesienią. Latem panują wysokie temperatury, szczególnie trudne do zniesienia w obszarach pustynnych.

Bezpieczeństwo:
Iran jest krajem bardzo bezpiecznym dla turystów. Kradzieże należą tu do rzadkości.

Jak podróżować:
Benzyna w Iranie kosztuje kilkanaście groszy za litr. Z tego powodu wszelki transport jest bardzo tani. Najlepszym i najtańszym sposobem komunikacji są taksówki. Bilety na samolot Iranair są stałe; najdroższe połączenie z Bandar Abbas - Teheran kosztuje ok. 150 zł.