Dziennik Gazeta Prawana logo

Przez "centrum diabła" będzie koniec świata?

14 maja 2008, 21:19
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Fizycy z ośrodka CERN w Szwajcarii uruchomili już najpotężniejszy na świecie zderzacz cząstek elementarnych LHC. Niektórzy alarmują, że jeśli coś się nie powiedzie, będzie koniec świata. Nasza internautka Agnieszka miała niepowtarzalną okazję zobaczyć to "centrum diabła".

Pytanie było krótkie: "Chcecie zobaczyć to od środka?”. Ba! Na taką możliwość jedyną reakcją jest szybkie zarezerwowanie biletów lotniczych. Niektórzy mówią o tym miejscu z nabożnym uwielbieniem, inni nazywają go "centrum diabła”. Jego tajemnice zafascynowały Dana Browna – umieścił tam akcję jednej ze swych powieści. Dokąd poleciałyśmy? Do CERN-u!

Mało kogo, jeśli nie jest naukowcem, a zwłaszcza fizykiem, zainteresuje położony po części we Francji i w Szwajcarii ośrodek naukowy. Mało kto wybrałby też taki obiekt jako cel swoich wakacji.

Cóż może być fascynującego w miliardach elementów elektronicznych, w terabajtach danych, w dziesiątkach tysięcy inteligentnych umysłów pracujących i współpracujących z CERN-em? Chyba tylko jedno: znalezienie w końcu odpowiedzi na fundamentalne pytania o początek powstania wszechświata. Ściślej, o kilka pierwszych sekund po Wielkim Wybuchu.


p

CERN, położony w bajecznym miejscu z widokiem na góry – przy ładnej pogodzie widać nie tylko niedaleki Matterhorn, ale i znajdujący się prawie 100 kilometrów dalej Mont Blanc, dzieli się na dwie części: tę na powierzchni oraz schowaną ok. 100 metrów pod ziemią. "Mózg", czyli tysiące naukowców z calego świata przygotowują się właśnie do uruchomienia Wielkiego Zderzacza Hadronów (LHC), który być może wyjaśni, co stało się z antymaterią podczas powstania Wszechświata.

To, co najciekawsze w CERN-ie kryje się ponad 100 metrów pod powierzchnią. Zjazd do gigantycznego tunelu odbywamy w windzie, chichocząc. Wielonarodowościowa, hiszpańsko-norwesko-niemiecko-polska grupa naszych przyjaciół naukowców ma spójne, acz dość specyficzne poczucie humoru. Bo wyobraźcie sobie, że duża część świata, również naukowego rodem ze Stanów Zjednoczonych, obawiała się, że w CERN-ie, po uruchomieniu LHC powstanie czarna dziura!

"A może faktycznie tak się stanie?" – pytam towarzyszącego nam Norwega pracującego w CERN-ie od 17 lat.

"Nie żartuj!" – reaguje śmiechem. "Chyba nie sadzisz, że zbudowalibyśmy coś, na czym sami moglibyśmy wylecieć w kosmos".

Z podobną rezerwą trzeba traktować "naukowe” rewelacje Dana Browna zawarte w "Aniołach i demonach”. "Po publikacji tej książki CERN został zasypany tysiącami listów od fanów Browna" – wspomina Juan. "Wszyscy domagali się wyjaśnień o antymaterii oraz o grożących ludzkości niebezpieczeństwach. Domagali się, byśmy natychmiast zniszczyli zapasy antymaterii" – opowiada pokazując nam jeden z akceleratorów, najmniejszy (zaledwie 20 metrów wysokości) z czterech znajdujących się w 27-kilometrowym tunelu.

Oczywiście, jako niefizyczki, zarówno moja mama, jak i ja staramy się jak najwięcej wyłapać z naukowego slangu. Na szczęście, nasi przewodnicy mają tę umiejętność, że potrafią o skomplikowanych naukowych zagadnieniach mówić prosto i ciekawie. Gdyby nauka fizyki tak wyglądała w mojej szkole, zamiast wkuwać suche wzory i definicje, mogłabym zajmować się fizyką przez duże "ef".

To, czego najbardziej można, zazdrościć pracownikom CERN-u, to niesamowity klimat do pracy i do odpoczynku. Urok lasów i gór, bliskość łagodnych stoków Jury i Saubaudii, lodowce w Chamonix (to dla bardziej wprawionych we wspinaczce), skaliste i trudne ściany Saleve… Jest w czym wybierać.

No i oczywiście Biała Góra. Tym razem widziałyśmy ją z odległości kilometra będąc blisko "Dachu Europy", czyli z Aguille du Midi – 3842 m n.p.m. Przeskok temperaturowy był ogromny. Na dole w Chamonix, pochmurno, lekki deszcz i +12 stopni, na górze, ponad grubą warstwą chmur słońce, silny wiatr i… -15 stopni.

Niektórzy z naszych hiszpańskich przyjaciół pierwszy raz w życiu, poza lodówkami, mieli tu styczność ze śniegiem. Dla części z nich, jak Juanita czy Maria, które przyleciały do Genewy prosto z nadmorskiego Benidorm (+24 stopnie w kwietniu) był to naprawdę duży szok. Szybko dały się przekonać, że śnieg, poza tym, że jest zimy, jest również jadalny. W Hiszpanii chwaliły się później tym wyczynem, jako najciekawszym doświadczeniem z podróży.

Oszołomione kilkudniową naukową wyprawą pojechałyśmy też zwiedzić cudowne miniaturowe i bajecznie urokliwe malutkie miasteczka. Najcudowniejsze – Yvoire. Czyste, pełne pachnących klombów z tęczowymi kwiatami, fikuśnie poprzycinanych drzew, z lekką bryzą znad Jeziora Genewskiego, utrzymane w średniowiecznych klimatach, wapienno-drewiane chatki, przed którymi można znaleźć ręczne prasy do wina sprawiają, że chce się tu zostać. Na zawsze.

Uśmiechnięci właściciele domków siedzą na krzesłach sącząc z grubych szklanek, bez pośpiechu ciemne wino. Pozdrawiają nas radosnym "Bonjour". Dla nas, żyjących w dużym hałaśliwym mieście, to jak uderzenie w głowę obuchem spokoju. To można tak żyć? Nie spieszyć się? Nie stresować? Pozdrawiać nieznajomych mijanych na ulicy? Uśmiechałyśmy się do Polaków, których samolot z Genewy był pełen. Nie zareagowali. Chyba nie byli w tych maleńkich oazach spokoju i radości…

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj